AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zwyczajne love story

Kamień i popioły, reż. Michał Grzybowski, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu
Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
 

Polskie tłumaczenie tekstu Kamień i popioły kanadyjskiego dramaturga Daniela Danisa ukazało się w „Dialogu” piętnaście lat temu. Jak dotąd tylko trzy teatry wystawiły go na swoich scenach. Siedząc na widowni w Kaliszu, zastanawiałam się, dlaczego – mimo wszystkich zalet dramaturgicznych – Kamień i popioły tak rzadko pojawiają się na naszych scenach.

Tekst małoobsadowy, który daje dobry materiał dla aktorów, jego struktura aż zaprasza do stworzenia skromnej (a więc niedrogiej) inscenizacji, i temat taki, że może przyciągnąć do teatru tych, dla których klimat tragicznej miłosnej telenoweli jest tym, czego szukają w dziełach sztuki. Równocześnie ta dramatyczna fabuła miłosna podana jest w taki sposób, że można mieć poczucie, iż obcuje się z jakąś głęboko tragiczną, lecz możliwą, prawdopodobną historią. Kaliska inscenizacja w reżyserii Michała Grzybowskiego pokazała, iż dramat Danisa jest bardzo dobrym materiałem dla teatru, trzeba jedynie mieć aktorów, którzy są w stanie udźwignąć przedstawienie, ponieważ opiera się ono niemal wyłącznie na ich pracy.

Narracja prowadzona jest przez cztery osoby, z których każda opowiada osobny fragment tej samej historii, opowiada nam – widzom, z innymi opowiadającymi nie ma w zasadzie żadnej relacji budowanej na przykład przez dialogi czy wspólne działania. Jedyne takie współgranie, partnerowanie sobie ma miejsce na samym początku spektaklu. Kiedy widzowie jeszcze zajmowali miejsca, na Scenie Kameralnej na podwyższeniu zajmującym całą przestrzeń prezentacji zaczął się nerwowo kręcić chłopak (Jakub Łopatka) wyglądający na typowego nastolatka w T-shircie i z bejsbolówką założoną daszkiem do tyłu. Kiedy światło gaśnie, z czarnego prostokąta pośrodku sceny, który okazuje się być podłużną dziurą, usiłuje coś z wysiłkiem wyciągnąć. Tym czymś jest bezwładne ciało kobiety (Agnieszka Dulęba-Kasza), które jednak z jakimś ociąganiem zaczyna ożywać. Widać, że między tą dwójką jest jakiś rodzaj uczucia, czy też może raczej, że łączy ich jakaś silna relacja. Jak wyniknie z dalszych monologów, to dwójka mieszkańców jakiegoś prowincjonalnego kanadyjskiego miasta: Jajco i Shirley, część pięcioosobowej paczki, która od zawsze trzymała się razem, robiąc w mieście różne „numery”. Każdy, kto obejrzał w swoim życiu choć jeden amerykański film dziejący się w prowincjonalnym miasteczku, wie, co to za grupa – rozrabiaki, ale „w gruncie rzeczy” dobre chłopaki. Ot, postrzelają do szczurów na wysypisku, powłóczą się samochodami po ulicy, wplączą się w jakąś rozróbę w barze. Niecodzienne jest może to, że czterem facetom przewodzi kobieta.

Historia opowiedziana w spektaklu obejmuje okres siedmiu lat – wszystko są to retrospekcje mające wyjaśnić, jak doszło do tragedii, o której dowiemy się w finale, ale której przeczucie cały czas wisiało nad opowiadanymi zdarzeniami. Obok miejscowej dwójki pojawia się dwoje przybyszów z wielkiego miasta. To ojciec (Michał Wierzbicki) z córką Pascale (Aleksandra Pałka), którzy szukają nowego życia, uciekając przed tragedią, jaka ich spotkała – w napadzie została zgwałcona i zabita matka Pascale, a żona Clermonta. Historia siedmiu lat ich życia w miasteczku ograniczona jest do kłączowatej opowieści na temat relacji, która połączyła całą czwórkę i w efekcie doprowadziła do tragicznego jej finału. Poznajemy ją dzięki osobnym minimonodramom, wzajemnie się przeplatającym, w których to słowo jest najważniejsze. Aktorska ekspresja jest dla niego niezbędnym elementem, materialnym nośnikiem tekstu.

Clermont chce się trzymać z dala od mieszkańców, nie opowiada, dlaczego się tu osiedlił, jego podstawowym zajęciem jest opróżnianie piwnicy z kamieni zostawionych tam przez poprzednich właścicieli domu. Pascale próbuje wejść w towarzystwo w miasteczku, w ten sposób poznaje Shirley, ale też nie chce wyjawiać tajemnicy o swojej matce. Shirley zafascynowana utrzymującym dystans mężczyzną o „wilczych oczach” próbuje (skutecznie) go uwieść, z czym z kolei nie może pogodzić się Jajco, według którego Shirley nie powinna stawać się „zwykłą” kobietą, tylko pozostać ostrą i bezwzględną przywódczynią grupy. Shirley też chyba nie do końca potrafi rozstać się ze swoją rolą i mimo że, jak sama twierdzi, kocha go bardzo, postanawia z kumplami zaaranżować własną fikcyjną śmierć, by mogła się dokonać ich zemsta na Clermoncie. W dniu pogrzebu okazuje się, że Shirley żyje, zdruzgotany Clemnont podpala własny dom, a Jajco, od którego Shirley i tak uciekła, strzela sobie w usta. Tragedia na całego.

Ze względu na nad miarę tragiczną narrację tego przedstawienia, to, czy stanie się ono czymś zdatnym do oglądania i ewentualnie skłaniającym do refleksji na temat ludzkiego losu, człowieczych postaw i wyborów, w ogromnej mierze zależy od aktorów. Tym z kaliskiego przedstawienia na szczęście – z jednym małym wyjątkiem – poszło bardzo dobrze. Wierzbicki jako Clermont jest bardzo stonowany, jakby „wycofliwy” (on operuje głównie w tyle sceny), dopiero kiedy nawiązuje romans z Shirley, pojawia się na jego twarzy co jakiś czas drobny uśmiech. Dzięki tym skromnym środkom bardzo przekonująco pokazał człowieka, którzy dzięki miłości rodzi się na nowo do życia. Podobnie Dulęba-Kasza jako Shirley – początkowo jest niemal wyłącznie szorstka i twarda zarówno w zachowaniach, jak i w tonie wypowiadanych słów. W miarę jak jej postać zakochuje się w Clermoncie, aktorka łagodzi swój wyraz, by w ostatnich scenach dodać mu wyraźny rys rozpaczy. Pascale Pałki natomiast rzeczywiście urzeka jakąś dziewczęcą ufnością i otwartością, jest czasem łagodna, czasem bardzo energetyczna w swoim wyrazie całkiem jak nastolatka, której nastroje potrafią zmieniać się z minuty na minutę. Na tym tle nieustanna nadekspresyjność Łopatki jako Jajca wypadała bardzo monotonnie, a przez to jego postać stała się dość jednowymiarowa. Być może był to celowy zabieg, który miał ukazać chłopaka wyłącznie jako prymitywa całą swoją wartość czerpiącego z funkcjonowania w patologicznej wspólnocie. Niemniej skoro tak wiele zależy w tym spektaklu, dla którego podstawą są wypowiadane przez postacie słowa, od gry aktorskiej, choćby drobne jej zróżnicowanie pozwoliłoby na zbudowanie ciekawszej roli, a więc i bardziej zróżnicowanej postaci.

Jakby to dziwnie nie brzmiało w kontekście spektaklu opowiadającego o ludzkich tragediach, ogląda się go całkiem dobrze. Jeśli tylko w kolejnych prezentacjach uda się aktorom zachować ten sam poziom wykonawstwa co na premierze, kaliska scena będzie mogła pochwalić się bardzo udanym zakończeniem sezonu.

01-08-2018

galeria zdjęć Kamień i popioły, reż. Michał Grzybowski, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu <i>Kamień i popioły</i>, reż. Michał Grzybowski, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu <i>Kamień i popioły</i>, reż. Michał Grzybowski, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu <i>Kamień i popioły</i>, reż. Michał Grzybowski, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu
Daniel Danis
Kamień i popioły
przekład: Ewa Kuczkowska
reżyseria, opracowanie muzyczne: Michał Grzybowski
scenografia: Tomasz Walesiak
światło: Edgar de Poray
obsada: Agnieszka Dulęba-Kasza, Aleksandra Pałka, Jakub Łopatka, Michał Wierzbicki
premiera: 29.06.2018.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: