AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Czego robić nie należy

Fot. Karol Budrewicz  

 - Opowiedz teatrzyk. No proszę.
- A o czym tym razem?
- O paście do zębów.
- A pamiętasz, jak się pomyliłem i na twoją szczoteczkę nałożyłem pastę dla dorosłych?
- I mnie szczypało.
- …Były dwie pasty. Miętowa – dla dorosłych i truskawkowa – dla dzieci.
- Ja jestem ważniejsza – powiedziała miętowa.
- A niby dlaczego?
- Bo jestem dorosła, odpowiedzialna i w ogóle.
- W ogóle to ja jestem lepsza w smaku – odpowiedziała ta dla dzieci. – Wszyscy uwielbiają truskawki.
- Przecież twój smak jest sztuczny.
- A twój to nie?
- Nie ma w tobie nawet pół truskawki.
- A w tobie nawet listka mięty.

I tak się zacietrzewiły, aż się spieniły ze złości. Zwarły się w uścisku, wypłynęły ze swoich tubek i tak napierały na siebie, że aż się zmieszały. Kiedyś jedna biała, a druga różowa, teraz trudno było powiedzieć, jakiego są koloru. W ogóle trudno było już cokolwiek powiedzieć. Ale one jednak spróbowały.

- Teraz jesteśmy dla wszystkich i do wszystkiego – wydusiły z siebie i opadły z sił.

Bo, zmieszane i skłócone, tak naprawdę były do niczego.

To nie będzie felieton o płynności granic między teatrem dla dzieci a teatrem dla dorosłych. To nie będzie felieton o potrzebie wzajemnego zrozumienia. To będzie felieton o wojnie.

Jerzy Grzegorzewski w razie W (niezorientowanym wyjaśniam, że W znaczy wojna) miał się stawić u drzwi Katedry Gnieźnieńskiej. Śmiał się, że nie bardzo wie, co miałby tam robić. Ale tak naprawdę wiedział. Przecież nie wyjąłby tych drzwi z zawiasów, a gdyby nawet, przecież nie wziąłby ich na plecy i uciekł z nimi w bezpieczne miejsce… W razie W miał zginąć u wrót Katedry. Piękne, prawda?

Twierdzę, że piękne, ze zwykłej zazdrości. Dla mnie takie zaszczyty nie były przewidziane. No, ale ja byłem w „zetce”, więc zginąć miałem w szczerym polu, i to pewnie dosyć szybko. Zetka to była zasadnicza służba wojskowa, miejsce dla zwykłych, szeregowych żołnierzy, jakim właśnie byłem ja.

Na szczęście wojna nie wybuchła. Ale to nie znaczy, że obyło się bez walki. Chcę tu opisać jedną z potyczek, które w sposób znaczący zaważyły na moim życiu.

Jakoś zaraz tak na początku służby jak prawie codziennie wyznaczono mnie do obierania ziemniaków. Wylewałem właśnie brudną wodę z wiadra, kiedy pojawił się mocno już starszawy, otyły sierżant. Zaczął krzyczeć. Na mnie. Stał blisko. Był wielki i agresywny. Bałem się.

…To było tuż po albo jeszcze w trakcie jego ataku. Reakcja obronna rodem z najpiękniejszego rodzaju teatru – z teatru wyobraźni. Otóż wyobraziłem sobie, że ten wielki, wrzeszczący potwór jest małym dzieckiem. Zachowuje się tak samo, ale ma pięć, góra sześć lat: chudziutki, piskliwym głosikiem stara się mnie przerazić, a wywołuje tylko zdumienie i politowanie, a w końcu uśmiech.

Stosuję tę metodę do dzisiaj w różnych sytuacjach: kiedy spotykam się z kimś, kogo z różnych względów trochę się boję, a nieraz, przyznaję, ot tak dla ćwiczenia wyobraźni albo dla polepszenia nastroju.

Dodatkowym uzasadnieniem opowiadania wojskowych historii w felietonie o teatrze jest to, że dowódca mojej drużyny nazywał się Obsada.   

- Zobacz, krokodyl.
- Gdzie?
- Tutaj.

Pojemnik na papier toaletowy ma od góry ruchomą klapę. Nacisnąłem ją i na chwilę rozwarła się paszcza, ukazując rząd białych zębów.

- Ale straszny.
- A mnie się wydaje sympatyczny.
- Umie mówić?
- Nie wiem. Spróbuję pociągnąć go za język.
- Ja, ja.

I pociągnęła go… Ponadmetrowy biały język wysunął się z paszczy.

- No i so ty najlepsego sropiłaś – wyseplenił krokodyl.
- Nie przejmuj się, ja też tak miałam. To trzeba język trzymać za zębami.
- Nie będę milcał!
- Nie rozumiem?
- Kazesz mi nic nie mówić? Kazes mi tsymać język sa sębami.
- Ale Jaśminowa Panienka mówi dosłownie – wtrąciłem się. – Żeby dobrze wypowiedzieć „s”, czy „sz”, język nie może być między zębami, bo się nie uda.
- Psecies sama mi go wysiągnęła. Tseba by go skrósiś.
- To go odgryź.
- A niby jak?
- Przecież masz zęby. Jesteś krokodylem.
- Takie tam semby. Są miękkie i małe. I taki tam se mnie krokodyl.

Przytrzymałem mu paszczę, szarpnąłem i urwałem. Podałem urwany kawałek Jaśminowej… A ona przyczepiła go z tyłu. I z krokodyla zrobiła się biała myszka.

Być może już o tym pisałem, ale lubię wspominać to zdarzenie, bo kiedy je sobie przypominam, nieustannie wprowadza mnie w zadowolenie i zakłopotanie. Jednocześnie.

Otóż o ile dobrze pamiętam, a dobrze pamiętam, było to w toalecie. Natknąłem się w niej na Grzegorzewskiego. Byłem asystentem przy jego pierwszych spektaklach w Teatrze Narodowym. Chciałem rzucić coś w stylu „ładna dzisiaj pogoda”, ale przejęzyczyłem się i zamiast tego zapytałem: „O czym pan chce zrobić to przedstawienie?”. Na co on spojrzał na mnie uśmiechając się i powiedział: „Panie Mariuszu, nie należy się ograniczać”.  

Dziękuję za bardzo.

26-06-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: