AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrzędność i przekora: A imię jego?

Fot. Karol Budrewicz  

Ze szkolnych czasów pamiętam – wspomnienia niebieskiego mundurka, psiakrew! – że na pytanie: „No i co?” należało odpowiedzieć: „No i gucio”. Dialog ten – błyskotliwy tak, jak tylko wiek pokwitania potrafi być błyskotliwy – przychodzi mi na pamięć, ilekroć słyszę lub czytam o Guciu, czyli Gustawie Holoubku. Guciem nazywali go bliscy i przyjaciele; najbliżsi zwracali się do niego jeszcze czulej: Gucieńku. Wzruszającym przykładem wzajemnej, przyjacielskiej czułości jest film rejestrujący rozmowę Gustawa Holoubka i Tadeusza Konwickiego podczas przechadzki po jesiennym lesie. Co chwila słychać: Guciu, Tadziu… Gucieńku, Tadzieńku… Film nakręcił Jan Holoubek parę miesięcy przed śmiercią ojca.

Miałem, owszem, zaszczyt znać Gustawa Holoubka i niejednokrotnie z nim rozmawiać, ale znajomość ta nie wychodziła, rzecz jasna, poza ramy oficjalne, wyznaczone relacjami zawodowymi. Nigdy bym się nie ośmielił powiedzieć o Holoubku: Gucio; nie pozwalałem sobie też zwracać się do niego: panie Gustawie, uważając, że nawet panująca dziś powszechnie amikoszoneria nie usprawiedliwia takiego skracania dystansu. (Dygresja: niemal codziennie odbieram telefony, zaczynające się zwykle od słów: „Czy mówię z panem Januszem Majcherek?”. Odpowiadam, że język polski jest fleksyjny, zatem mówi pan / pani z Januszem Majcherkiem. Pan / pani nie zważając jednak na nic, od razu się spoufala: „Panie Januszu, mam dla pana bardzo ciekawą ofertę…”. W tym momencie na ogół odkładam słuchawkę. Kiedyś nie odłożyłem – propozycja zrobienia bezpłatnej mammografii poruszyła mnie do głębi…). No, raz się zdarzyło, że znalazłem się z Gustawem Holoubkiem w sytuacji poniekąd intymnej. Był koniec lutego 1992 roku. Miałem do Holoubka jakąś sprawę redakcyjną – może chodziło o nagranie wypowiedzi czy autoryzację rozmowy, nie pamiętam. W każdym razie umówiliśmy się w południe w kawiarni „Czytelnika” na Wiejskiej, gdzie wtedy jeszcze codziennie rezydował przy stoliku Konwickiego (z czasem stolik, towarzysko już bardzo uszczuplony, przeniósł się do Bliklego na Nowym Świecie). Nieco później tego dnia miał się odbyć pogrzeb Tadeusza Łomnickiego, na który obaj się wybieraliśmy. Holoubek zaproponował, że zabierze mnie na Powązki samochodem. Dołączyła do nas pani Magdalena Zawadzka i wyruszyliśmy. Dzień był piękny, ale mróz trzymał tęgi, rzec by można – luty. Holoubek jechał nieśpiesznie, opowiadając anegdoty. W pewnym momencie siedząca na tylnym siedzeniu pani Zawadzka pochyliła się w stronę męża i z troską w głosie zapytała: „Gucieńku, czy włożyłeś ciepłe kalesony?”. Holoubek rzucił na mnie swoje nieziemskie spojrzenie i odparł: „Madziu, jak możesz tak przy panu?”. Ale pani Zawadzka, jak przystało na dbającą żonę, kontynuowała: „O, pan na pewno w takie mrozy nosi ciepłe kalesony, prawda, proszę pana?”.

Przyznasz, szanowny czytelniku, że temat, z punktu widzenia każdego mężczyzny (cokolwiek to znaczy w naszych ciężkich genderowych czasach) był intymny, a nawet wstydliwy; nie przypadkiem rzeczony element bielizny zwykło się kiedyś określać z francuska mianem „ineksprymable”, co w spolszczeniu przyjęło jakże znaczącą postać: „niewymowne”…

Tak sobie gawędzę o Gustawie Holoubku (z Tadeuszem Łomnickim w tle) z powodów, których tłumaczyć nie trzeba. O skandalu, jaki wybuchł w Warszawie w związku z odebraniem teatrom Dramatycznemu i Na Woli ich patronów, jest głośno, natomiast dziwnie cicho siedzą autorzy decyzji, mimo że wśród radnych warszawskich jest znana aktorka. Nie chcę rozwijać tego wątku, bo to, wicie, lekarze zabronili mi się denerwować. Ale jeszcze sobie powspominam i to wcale nieodległe czasy.

Imię Gustawa Holoubka nadano Teatrowi Dramatycznemu za dyrekcji Pawła Miśkiewicza, więc niedawno. Była to sytuacja na swój sposób osobliwa. Nikt nie miał wątpliwości, że Holoubek powinien być patronem Dramatycznego – za jego dyrekcji (1972-1982) teatr ten miał świetny okres; dla mnie osobiście była to dekada wielkich olśnień: Jarockiego Na czworakach, Ślub, Rzeźnia, Król Lear, Pieszo, Mord w katedrze; Prusa Noc listopadowa i Operetka; Zatorskiego Kubuś Fatalista, Skiz i Pan Lemercier…; Warjacje Grzegorzewskiego; przedstawienia Ludwika René i samego Holoubka; a potem jeszcze w stanie wojennym Ksiądz Marek Zaleskiego, Dwie głowy ptaka Łapickiego…

Za dyrekcji Holoubka widziałem w Dramatycznym Śmierć Tarełkina w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego. W tej wybornej tragifarsie mówi się, jak wiadomo, o tym, że Tarełkin był tak postępowy, iż szedł przed postępem, a postęp wlókł się za nim z tyłu. I otóż właśnie wspomniana przed chwilą osobliwość: Holoubka – zaprzysięgłego konserwatystę – wzięli sobie za patrona postępowcy, co szli przed postępem; nie muszę chyba przypominać, jaki teatr preferował Miśkiewicz wespół ze swoimi radykalnymi koleżankami Dorotą Sajewską i Katarzyną Szustow. Słowem, paradoks. Jeszcze większym paradoksem jest to, że Holoubek przestał być patronem, gdy dyrekcję objął Tadeusz Słobodzianek, który jako żywo Tarełkinem nie jest. Co prawda, obaj panowie mieli na pieńku u schyłku lat 70., gdy dzisiejszy dyrektor i znakomity dramatopisarz w jednej, pokaźnej osobie pisał recenzje w „Polityce” pod nazwiskiem Jan Koniecpolski. Holoubek naraził mu się swoją inscenizacją Hamleta. Sławna recenzja Koniecpolskiego – właściwie felieton w duchu najlepszych tradycji gatunku – nazywała się Hamleś i nie zostawiała na przedstawieniu suchej nitki. Oburzony Holoubek interweniował u Rakowskiego, ówczesnego naczelnego „Polityki”, a podobno i wyżej; mógł sobie na to pozwolić – był prezesem SPATiF-u.

Konserwatyzm Holoubka… Był mi bliższy niż niejedna manifestacja dzisiejszego progresywizmu, choć przejawiał się niekiedy ostentacyjnie. W 1996 roku, z okazji półwiecza „Teatru” przyznaliśmy specjalne jubileuszowe nagrody imienia Swinarskiego i Zelwerowicza; tę pierwszą – Jerzemu Grotowskiemu, tę drugą – Holoubkowi (a także Zofii Rysiównie). W hotelu „Europejskim” wydaliśmy z tej okazji kameralną kolację, której początek naznaczony był wyraźnym napięciem, jakie „stwarzało się” (po gombrowiczowsku) pomiędzy Holoubkiem a Grotowskim. Pierwszy dawał drugiemu do zrozumienia, że go nie za bardzo ceni. Atmosfera z minuty na minutę tężała, w końcu Holoubek zdecydował się na jawną prowokację. Zwracając swoją charakterystycznie przechyloną głowę w kierunku Grotowskiego, zaczął powoli formułować mordercze pytanie: „A pan to podobno gdzieś za granicą przebywa?”.

W trakcie kolacji doszło jednak do pojednania niepozbawionego, rzekłbym, serdecznej nuty – panowie, oddawszy się wspomnieniom, dogadali się, że ich ukochanym profesorem w krakowskiej PWST był Władysław Woźnik, skądinąd mistrz słowa scenicznego.

Chciałem teraz napisać, że niepostrzeżenie dotarłem do końca felietonu, ale pod wpływem tego przysłówka pamięć dalej by się chciała otwierać i już czai się do skoku klasyczna anegdota o tym, co Holoubek powiedział Szletyńskiemu, gdy ten na próbie Ryszarda II kazał mu niepostrzeżenie przejść przez scenę…

Ale to kiedy indziej. Na razie bardzo jestem ciekaw, kto konkretnie (imiennie!) spowodował, że Teatr Dramatyczny n i e p o s t r z e ż e n i e stracił patrona.

3-1-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-01-04   00:25:51
    Cytuj

    ja też...

  • Użytkownik niezalogowany Śledź
    Śledź 2014-01-03   22:35:44
    Cytuj

    Dziennikarstwo śledcze na tym portalu kwitnie, co ostatnio w pełnej krasie pokazała Pani Puzyna. Zapewne już się smaży tekst o imienia-pozbawiaczach :)

  • Użytkownik niezalogowany Przemysław Śmiech
    Przemysław Śmiech 2014-01-03   16:12:05
    Cytuj

    Witam. Wspaniały tekst, podzielam radość Pani Joanny Puzyny, kłaniam się nisko

  • Użytkownik niezalogowany Joanna Puzyna
    Joanna Puzyna 2014-01-03   13:14:51
    Cytuj

    Jak miło znów czytać Pana teksty, Panie Januszu! Pozdrawiam noworocznie, serdecznie, a nawet sentymentalnie...