AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ryzykowny auto-stop

Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
Przecena dla wszystkich, Teatr Ósmego Dnia,
fot. Helander Joanna  

W pogodne popołudnie 9 czerwca 1977 roku Marcin Kęszycki, aktor Teatru Ósmego Dnia, stał na poboczu szosy numer 11 Katowice-Poznań, za miasteczkiem Kórnik, łapiąc auto-stop. Spieszył się. Było już kilkanaście minut po szóstej, uciekł mu autobus, a na siódmą musiał koniecznie być w Poznaniu, gdzie w Ośrodku Teatralnym UAM „Maski” przy ulicy Stalingradzkiej 26 (obecnie aleja Niepodległości) miała się zaczynać popremierowa, druga z kolei „oficjalna” prezentacja Przeceny dla wszystkich.

Sprawa była gardłowa: boje z cenzurą o zezwolenie na premierę trwały od marca, lider grupy, Lech Raczak, spędzał całe godziny w gmachu poznańskiego oddziału GUKPPiW przy ulicy (o, ironio losu!) Mickiewicza, wykłócając się z cenzorem o każdą bez mała linijkę tekstu. Cenzor ten był, swoją drogą, nader liberalny, skończył polonistykę kilka lat przed Raczakiem i pisywał do lokalnej prasy ciekawe artykuły o kinie radzieckim – tym wartościowym, spod znaku Szukszyna i Tarkowskiego, nie o ideologicznym badziewiu.

Jeszcze w marcu, gdy negocjacje były bardzo dalekie od jakiegokolwiek, choćby nikłego kompromisu, dał zgodę na „próby otwarte” Przeceny. Pierwsza z nich odbyła się 22 marca.

Sześć dni wcześniej, 16 marca, wczesnym rankiem w mieszkaniach Raczaka i kilku aktorów Teatru Ósmego Dnia agenci Służby Bezpieczeństwa przeprowadzili drobiazgowe rewizje. Oficjalnym pretekstem dla nakazów przeszukania było śledztwo w sprawie nadużyć w poznańskich Spółkach Wodnych, gdzie czterech członków Teatru zatrudniało się przez jakiś czas, pracując „na akord”.

Owo śledztwo, a później proces, to osobna historia, szczegółowo opisana przez Raczaka w kilku tekstach i wywiadach, nie ma co się tutaj o niej rozpisywać. Warto tylko nadmienić, że Kęszyckiemu zarekwirowano podczas rewizji w jego domu przy ulicy Walki Młodych (obecnie Podgórna) kilkanaście numerów paryskiej „Kultury” oraz kilkanaście książek wydanych przez Instytut Literacki w Paryżu. (Zespół Teatru Ósmego Dnia pracowicie przemycał „bibułę” w reflektorach, kiedy jeszcze wypuszczano go za granicę – ostatni wyjazd, do Belgii i RFN z Musimy poprzestać na tym, co tu nazwano rajem na ziemi miał miejsce w listopadzie 1976. Nawiasem mówiąc, wspomniany cenzor wykreślił z tytułu tego przedstawienia słowo „tu” i w ramach swej „twórczości” dodał na końcu znak zapytania.)

Rewizje nie miały tak naprawdę nic wspólnego z jakimkolwiek śledztwem, ich celem było znalezienie „kwitów”, które dałyby pretekst dla kolejnych prześladowań sądowych, a także utrudnienie krnąbrnemu zespołowi codziennej pracy. Zarekwirowano między innymi notatki z prób Przeceny dla wszystkich – na szczęście praca nad tym spektaklem była już skończona, tyle że cenzor…

Odbyło się dziesięć „prób otwartych”. Obowiązywała na nich imienna lista widzów, którzy musieli na niej złożyć swój podpis. Teatr został zmuszony przekazywać te listy władzom Zarządu Wojewódzkiego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, skąd wędrowały one na ulicę Kochanowskiego, do siedziby III Wydziału Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej, czyli do SB. Widzowie na szczęście nie tylko podpisywali się, ale pisali też do SZSP listy z żądaniem dopuszczenia spektaklu do oficjalnego obiegu. Wkrótce „cała Polska” wiedziała, że na Stalingradzkiej w Poznaniu grane jest przedstawienie wybitne, tyle że „półlegalne”.

Na początku czerwca 1977 roku, gdy liczba „prób otwartych” doszła do dziesięciu, cenzor w końcu odpuścił i przystawił na scenariuszu Przeceny odpowiednią pieczątkę. Oficjalna premiera odbyła się 8 czerwca.

Nazajutrz Marcin Kęszycki stał na poboczu drogi numer 11, w pobliżu miasteczka Kórnik, łapiąc uporczywie „okazję” i licząc na cud.

Po dobrych kilku minutach zatrzymał się koło niego żółty „Maluch”. Kierowca, bardzo miły, raźno nawiązał rozmowę. Gdy autostopowa gadka-szmatka rozciągnęła się do kilkunastu minut, nastąpił bardzo nagły, gwałtowny zwrot akcji: miły pan poinformował Marcina, że jest porucznikiem SB, któremu podlegają sprawy związane z Teatrem Ósmego Dnia.

Do dziś nie wiadomo, czy żółty „Maluch” jechał akurat wtedy drogą numer 11 całkiem przypadkowo, czy jednak spotkanie esbeka z ważnym „figurantem” było zamierzone. Za tym drugim wyjaśnieniem przemawia fakt, że w sformułowanym 20 marca 1977 roku Planie przedsięwzięć operacyjnego rozpracowania kryptonim „Herkules” („Herkules” to Kęszycki) znalazło się między innymi zalecenie, by „zabezpieczać każdorazowo wyjazd figuranta poza Poznań”. Z drugiej strony niewykluczone, że pan porucznik (jak sam zameldował zwierzchnikom w notatce służbowej) rzeczywiście wracał do domu swoim prywatnym samochodem po świątecznym pobycie w letniskowej miejscowości Błażejewko, położonej kilka kilometrów za Kórnikiem – 9 czerwca wypadało święto Bożego Ciała, najwyraźniej porucznik też miał dzień wolny od pracy (chyba że jednak nie miał). Z owej notatki wynikało, że początkowo nie rozpoznał w autostopowiczu jednego ze swych „figurantów” i zorientował się, z kim ma do czynienia, dopiero po dobrych kilku minutach.

Dlaczego zdecydował się ujawnić Kęszyckiemu swe miejsce pracy? Co chciał przez to osiągnąć? Możemy w tej kwestii snuć tylko domniemania i spekulacje, zakładając na początek, że spotkanie było rzeczywiście przypadkowe. Z notatki oficera SB wynika, że chciał po prostu porozmawiać z „figurantem”, nadając tej rozmowie możliwie najbardziej nieformalny charakter. Czy to prawda? Tego już dziś nie docieczemy.

Wiadomo natomiast, co czuł i myślał Marcin Kęszycki: miesiąc i dwa dni wcześniej, 7 maja 1977 roku zginął w Krakowie student Uniwersytetu Jagiellońskiego, współpracownik KOR, Stanisław Pyjas. Oficjalna przyczyna śmierci: upadek ze schodów, nieoficjalna i niemal stuprocentowo prawdziwa: pobicie przez funkcjonariuszy SB. Kęszycki, także współpracownik KOR, a na dodatek jeszcze aktor „dysydenckiego” teatru, mógł być jednym z kolejnych celów tajnej policji politycznej. Porucznik, zauważywszy zmieszanie pasażera, stwierdził litościwie, że w każdej chwili może się zatrzymać i pozwolić Kęszyckiemu na swobodne opuszczenie „Malucha”. Marcin odpowiedział przytomnie, że spieszy mu się, a poza tym sytuacja jest, jaka jest: „Jedziemy na jednym wózku”.

W sumie jednak nie był pewien, gdzie dojadą, gdzie wysiądzie, czy wysiądzie sam, czy go wyciągną... Myśli kłębiły mu się w głowie, nie mógł i nie chciał skupić się na uprzejmej konwersacji z porucznikiem. Zresztą konwersacja owa zaczęła przybierać coraz dziwniejszy charakter – esbek, najwyraźniej podochocony zaistniałą okazją, stwierdził, że gdyby właśnie teraz Marcinowi coś się stało, KOR i Radio Wolna Europa miałyby niezłe propagandowe używanie. Ten – przyznajmy – wysoce perwersyjny zwrot w rozmowie wcale się Kęszyckiemu nie spodobał, w związku z czym odpalił porucznikowi jakimś bezczelnym tekstem. Wedle notatki służbowej stwierdził, że śmierć Pyjasa jest niewyjaśniona i że będzie dociekał prawdy niezależnie od okoliczności.

Oficer skierował potem rozmowę na postać Jacka Kuronia, twierdząc, że ten dysydent pragnie, by polała się studencka krew, chcąc ten fakt wykorzystać dla swych antysocjalistycznych celów. Na koniec, jeśli wierzyć temu, co jest napisane w notatce, zapytał, czy Kęszycki sądzi, że działa dla dobra „tego kraju”, bo może jednak historyczna racja jest po stronie jego – porucznika SB, który pracuje na rzecz aktualnego status quo. Nieuchronna konkluzja esbeka: „Rozsądzi nas historia”. No i rozsądziła.

Wspólna podróż dobiegła końca jednak we właściwym miejscu – na ulicy Stalingradzkiej. Porucznik zażyczył sobie, aby Marcin, gdy już wysiądzie, nie przyglądał się zbyt długo i wnikliwie numerom rejestracyjnym samochodu, jego pasażer potraktował to życzenie dość lekceważąco – był spóźniony na spektakl i nie miał czasu na jakiekolwiek przyglądanie się czemukolwiek.

Pointa tej historii: koleżanki i koledzy z Teatru Ósmego Dnia potraktowali spóźnialskiego dość brutalnie, a historię o jego przygodzie na autostopie uznali za bezczelną konfabulację. Uwierzyli mu dopiero w 2006 roku, kiedy uzyskali wgląd do esbeckich teczek i gdy przeczytali notatkę służbową właściciela żółtego „Malucha”.

19-05-2021

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Marian Skulimowski
    Marian Skulimowski 2021-05-24   17:14:32
    Cytuj

    Super opowieść. Pamiętam Teatr Ósmego Dnia z Chatki Żaka w Lublinie. Roku nie pamiętam. 1980 albo 1981. Pozdrowienia. Marian.