AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ciepło-zimno

Boa, reż. Paweł Sakowicz, Narodowy Stary Teatr w Krakowie
fot. Filip Preis  

Siedem ciał w różnym wieku i kształcie wprawia biodra w ruch falujący, który staje się sposobem bycia w świecie, równie płynnym i nieoczywistym, co nieznoszące linii prostych ścieżki queerowych pragnień oraz relacji. W Boa Pawła Sakowicza pożądanie jest jak łaszący się kot – nieustępliwe, nieodwoływalne, ale niekoniecznie drapieżne, oszalałe czy arcyzmysłowe. Zdaje się być stanem domyślnym; to modus operandi. Zespół Narodowego Starego Teatru jest w tej choreografii lepki, a zarazem jakby odklejony, bo zawieszony między afektywnie wzburzoną realnością rozkołysanych ciał a alienującą przestrzenią zimnych mediów, które działają jak niewidzialny, ale wszechobecny bóg.

Scenę wypełnia biel – jak w studiu fotograficznym. Puste ekrany wprowadzają do świata kina, a okrągły, obrotowy podest zdaje się należeć do porządku galerii (i handlowej, i muzealnej). To sterylne nie-miejsce, zawieszony pomiędzy różnymi krainami (pop)kulturowej wyobraźni portal, ale też tabula rasa. Sytuacyjną ramą staje się natomiast casting. Jesteśmy więc w preludium do czegoś, co dopiero ma powstać. W przestrzeni, w której tyleż prezentuje, co stwarza się siebie, i którą rządzi przerywany rytm zapętleń i powtórzeń.

Performerki i performerzy (Magda Grąziowska, Ewa Kaim, Katarzyna Krzanowska, Radosław Krzyżowski, Aleksandra Nowosadko, Przemysław Przestrzelski oraz Łukasz Szczepanowski) kręcą biodrami i wibrują spojrzeniami, zmieniając kierunki oraz pozycje falowania. Chociaż w wielu scenach ich poruszenia wydarzają się symultanicznie, choreografia pełza po różnych rejestrach czasu, tempa, ekspresji i wrażliwości, otwierając się na zdecentralizowaną wielość ucieleśnionych perspektyw. I tak wężowe ruchy, w których trwają aktorki i aktorzy, bywają kokieteryjne i zalotne, ale też zawadiackie, przaśne i przegięte. To, co wspólne, bez skrępowania rozpuszcza się w różnicy, ale to, co jednostkowe, nie wyobcowuje się z sieci afektywnych współzależności, tylko nieprzerwanie aktualizuje jej potencjał. Ile osób performujących, tyle strategii uwodzenia, patrzenia i zwodzenia. Choreografia Sakowicza tylko pozornie unifikuje uwężowione ciała, bo w istocie jest wyzwolicielką niespójnych, niekompatybilnych, raz zestrojonych, a kiedy indziej rozprzężonych energii, naprzemiennie zaczarowujących i odczarowujących narodową scenę oraz przekształcających ją w dziwaczne, odmieńcze miejsce, z którego uciekł czy wygnał się Logos.

W Boa z jednej strony jest zmysłowo, z drugiej – kampowo i ironicznie. Co jednak istotne, te jakości nie tyle wzajemnie się znoszą, ile cyrkulują w niekończących się fuzjach ciepła i chłodu, podniecenia i wygaszenia, którego w tym przypadku nie należy utożsamiać ze spełnieniem. Z tego, co obojętne, wycieka namiętność, dystans otulają rozgrzane zmysły, a cielesną energię ochładzają wyziewy technologicznej pustki oraz ukąszenia ostrego światła (Jacqueline Sobiszewski). W warstwie dźwiękowej (Justyna Stasiowska) brzmienia z radykalnie zróżnicowanych porządków nierzadko wzajemnie się infekują, tworząc jednak raczej fascynujące i wciągające kakofonie niż zgrzyty, które rozdzierają audialny krajobraz. Kostiumy Mileny Liebe także zostały uszyte z dysonansów: salonowy blichtr miesza się z popkulturową swawolą, a elegancki minimalizm rozsadzany jest przez erotyczny twist.

Dramaturgia Anki Herbut wydaje się podporządkowana zasadzie zmyłki. Kiedy energie się kumulują i zbliżają do erupcji, coś w strukturze choreografii pęka, a afektywne bulgotanie zostaje tymczasowo zmrożone. Eksplozje, których nie było, niedokończone ruchy, zawieszone spojrzenia, urwane monologi, perypetie bez rozwiązania, akcje bez finału, castingi bez zwyciężczyń, filmy bez premier, scenariusze, z których powypadały słowa, zdania na końcu języka… Boa to gra wstępna, eksperyment przyglądający się samemu sobie, brak, który transformuje się w pełnię, ale ostatecznie i tak nie pozwala na jej domknięcie. To stawanie się, działanie i odraczanie działania. Choreografia Sakowicza, tak jak tekst Herbut, cały czas jest o krok od eksplozji, na granicy spełnienia. Kiedy myślę, że spojrzenia aktorek i aktorów zaraz mnie pożrą, one oddalają się w stronę pustych ekranów.

Boa cechuje nieuchwytność. Sensy wyślizgują się z samych siebie, a dramaturgiczna plątanina wątków z każdą sceną gęstnieje, coraz bardziej się wybrzuszając. I o ile rozumiem, że mamy podążać za króliczkiem, a nie łapać go, o tyle nadmiar uruchamianych kontekstów tę gonitwę mi komplikuje. Relacje między ciałem a obrazem czy dyskursem, byciem a projekcją, pragnieniem a oszołomieniem, afektem a technologią, bliskością a jej atrapą, podmiotem a przedmiotem oraz kwestie związane ze sprawczością spojrzenia: jego performatywnym i dialogicznym wymiarem – to zaledwie kilka z prześlizgujących się przez Boa tematów. A jeszcze sama morfologia pożądania. I organiczność języka czy mięsistość słowa. I krwistość wzroku. I (bez)cielesność symulakrów. I kwestia kulturowych zawłaszczeń oraz rekontekstualizacji. To wszystko wiruje w nieco ponadgodzinnej choreografii jak karuzela w postmodernistyczno-surrealistycznym lunaparku wrażeń, z której schodzi się na miękkich nogach

Sakowicz i Herbut remiksują motywy, tematy oraz rozwiązania formalne czy dramaturgiczne, które sprawdziły się w ich wcześniejszych spektaklach, między innymi w Imperial (2023) i Masakrze (2019). Ten recykling można, jak sądzę, powiązać ze złodziejską strategią. W opisie Boa czytamy: „Ciała stają się tu nośnikami ukradzionych choreografii i skrawków ognistych telenowelowych fabuł”. Choreograf i dramaturżka kradną od samych siebie, upłynniając granice między kopią a oryginałem. Dostrzegam w tym z jednej strony autoironię, z drugiej – swoisty gest krytyczny: sprzeciw wobec późnokapitalistycznej nadprodukcji form i idei. Zarazem trudno mi jednak odgonić myśl, że powtórzenia są tu symptomem dramaturgicznego impasu, który wypływa z nadmiaru poszatkowanych treści.

Dość problematyczny, w moim odczuciu, jest też wątek kolonialny, który przez całą choreografię rozwija się niejako w domyśle. Herbut i Sakowicz piszą: „Aktorki i aktorzy praktykują uwikłane w kulturowe stereotypy tańce Południa, uwodzą nieistniejącą kamerę, istniejącą publiczność i siebie nawzajem”. Co więc w tym kontekście znaczą wibrujące biodra performerek i performerów? Czy fakt, że kubańskie mambo tańczone jest w spektaklu o pożądaniu, należy interpretować w perspektywie postkolonialnej dekonstrukcji zachodnich zawłaszczeń, których mechanizm nie polega wyłącznie na przejęciu elementów obcej kultury, ale też na zatarciu ich historii i społeczno-politycznego potencjału? A jeśli tak, to czy rzeczywiście samo powtórzenie stereotypu (z ironicznym przypisem o zapachu spalonej skóry) może go zdemontować albo chociaż rozszczelnić?

Nie wykluczam oczywiście tego, że Boa w ogóle nie próbuje uruchomić krytycznej refleksji o białych praktykujących niebiałe tańce, bo w istocie jest po prostu choreograficznym quasi-pastiszem zachodniej (pop)kultury. Warto tu jeszcze dodać, że zespół Starego Teatru w żadnym momencie nie tańczy mambo tak, jak robią to na przykład Johnny i Penny w Dirty Dancing (1987). O ile bowiem w filmie układ choreograficzny jest jakby wyczyszczony z tego, co radykalnie inne, o tyle w Boa ani nie chowa się pup, ani nie prostuje się kręgosłupów. Wręcz przeciwnie. W choreografii Sakowicza ciała są radośnie i bezczelnie rozwibrowane, gibkie i elastyczne (zespół naprawdę zdumiewa!).

Aktorki i aktorzy nie odtwarzają heteryckich układów, a relacje między nimi są czułe, przygodne, zmienne i niezdeterminowane płcią. Nieharmonijna, celebrująca różnorodność choreografia Sakowicza nie artykułuje normatywnej romantyczności, lecz afirmuje sieci queerowych powiązań. Boa nie jest oczywiście białą fantazją na temat kubańskości, tylko przechwyceniem elementów innego tańca i wpisaniem ich w kontekst choreo-opowieści o nieoczywistych trajektoriach pożądania oraz wzajemnej troski. To w pewnym sensie również powrót wypartego. Czy takie mambo jest mniej problematyczne niż to z turniejów tańca towarzyskiego? Nie wiem. Ale zdaje się też, że twórczynie i twórcy niekoniecznie chcą, by było.

Choreografia Sakowicza jest miękka i mięsista. I taki jest też tekst Herbut. Spojrzenia performerek i performerów oraz te z quasi-poematu dramaturżki w momentach największego napięcia są jak gałki oczne z Psa andaluzyjskiego (1929) Luisa Buñuela. W Boa dotykają i wzajemnie oblepiają się zarówno dłonie, jak i spojrzenia oraz słowa. Falujące biodra, mrugające powieki, rozbiegane źrenice eksplorują możliwości nieoczywistych połączeń między nimi samymi a innymi aktorami sieci: publicznością, przestrzenią, światłem. Imperatyw „zrób to jeszcze raz, ale z inną emocją”, który wraca w tekście jak upiorny refren, wydaje się ironicznym komentarzem do realności castingu czy niewydolności językowych komunikatów, ale problematyzuje też fenomenem afektywno-tożsamościowej plastyczności. Remedium na niekonkretny język Sakowicz i Herbut znajdują zaś w somatopoetyce i choreografii. Ciało reanimuje wyczerpane słowa, a dzięki Boa narodowa scena oddycha głęboko i soczyście.

18-10-2023

Narodowy Stary Teatr w Krakowie
Boa
reżyseria: Paweł Sakowicz
choreografia: Paweł Sakowicz
tekst i dramaturgia: Anka Herbut
sound design: Justyna Stasiowska
światło: Jacqueline Sobiszewski
kostiumy: Milena Liebe
obsada: Magda Grąziowska, Ewa Kaim, Katarzyna Krzanowska, Radosław Krzyżowski, Aleksandra Nowosadko, Przemysław Przestrzelski, Łukasz Szczepanowski
premiera: 29.09.2023

galeria zdjęć Boa, reż. Paweł Sakowicz, Narodowy Stary Teatr w Krakowie Boa, reż. Paweł Sakowicz, Narodowy Stary Teatr w Krakowie Boa, reż. Paweł Sakowicz, Narodowy Stary Teatr w Krakowie Boa, reż. Paweł Sakowicz, Narodowy Stary Teatr w Krakowie ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany Mansi Kalra
    Mansi Kalra 2024-02-24   14:09:33
    Cytuj

    Sexy Chandigarh Escorts services always provide the most refreshing sexual time to their clients. These babes are the most lovable professionals who will try every way to give their clients a positive experience of lovemaking. They will give you the finest treat.

  • Użytkownik niezalogowany Ainz
    Ainz 2023-11-09   06:14:51
    Cytuj

    It's a prelude to wallpaper a room, where self-presentation and creation intertwine with a rhythm of loops and repetitions.

  • Użytkownik niezalogowany Boże Święty
    Boże Święty 2023-10-19   16:48:21
    Cytuj

    Typowy wysryw teatrologiczny.