AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Koniec świata po wrocławsku

Wrocław. Escape room, reż. Arkadiusz Buszko, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie filia we Wrocławiu
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
fot. Tobiasz Papuczys  

Jak na prawdziwy escape room przystało – chciało się zeń wydostać. Wydaje się, że coś podobnego – w swojej manierze załatwiania niektórych spektakli jednym jedynym zdaniem – o najnowszej premierze studentów IV roku Wydziału Lalkarskiego Wrocław. Escape room mógłby napisać niezastąpiony Antoni Słonimski. Ale w naszych czasach od tego rodzaju ćwiczeń w wyjątkowo uszczypliwej lapidarności aż się roi w sieciach społecznościowych, więc w recenzji wypadałoby z własnych ocen jakoś się wytłumaczyć. Zwłaszcza jeżeli mowa o dyplomie teatralnym. Istnieje bowiem szansa (circa 5-7%), że coś z tego, co napisze krytyk, przyda się nowemu pokoleniu artystów.

Zacznę od przemyślenia, które towarzyszyło mi już w trakcie oglądania: nie robi się spektaklu 16+ (o czym pogrubioną czcionką uprzedza notka programowa), żeby rozmawiać z widzami tak, jakby mieli oni, dajmy na to, lat trzynaście. Sensów, i bez tego zbyt łatwych do samodzielnego wyłuskania, nie powtarza się kilkakrotnie wprost ze sceny. Zresztą nawet w wypadku trzynastolatków tego czynić raczej nie wypada. Jak słusznie tłumaczyła w którymś z TED-ów pracowniczka sławnego Pixar Animation Studios, dajemy publiczności „2” i „2”, zazwyczaj tego i lekkiej zachęty do operacji dodawania wystarcza, żeby opuściła salę filmową z własnym „4”. Proste? Niby tak. Ale jakże często bagatelizuje się tę zasadę. Do tego stopnia, że zaczyna się powątpiewać, czy kwestia wrażliwości odbiorcy, jego ewentualnej wiedzy i doświadczenia, w ogóle przewija się w trakcie przygotowania kolejnej premiery.

Weźmy chociażby pierwszą z licznych opowiedzianych nam we wrocławskim przedstawieniu historii. Dydaktyczność wymowy „żywotów równoległych” Marii Skłodowskiej Curie i Clary Immerwahr, chemiczki i pierwszej kobiety, która uzyskała na Uniwersytecie Wrocławskim stopień doktorski, wzbudziłaby protest, jak się wydaje, zarówno u jednej, jak i u drugiej. Bo tu i obowiązkowe Kinder. Kirche. Küche, i tyrady pokroju: „Poświęciłam życie człowiekowi, który okazał się bestią. Poświęciłam dla niego talent, pasję i karierę”. Rozumiem, że podawane to wszystko jest pod sosem zgrywy i groteski. A jednak chciałoby się, żeby pod nim, pod tym sosem, znalazły się soczyste kawałki „mięsa” dramaturgicznego, a nie same kości tez i haseł. Nawet jeżeli ze wszech miar słusznych.

Kiedy Immerwahr mówi, cytuję: „Czasy były takie, że kobieta bez męża nie znaczyła nic. Była niewidzialna, a nawet podejrzana” – chciałbym to zobaczyć, poczuć, wyczytać z działania, wydedukować z sytuacji i kontekstu, a nie usłyszeć z ust bohaterki. Tymczasem u odpowiedzialnego za scenariusz Piotra Rawickiego narracja niebezpiecznie zbliża się do udramatycznionej wersji hasła encyklopedycznego, przeciążonego owymi: był rok taki a taki, zrobiłem… dokonałem… a wtedy… a potem... Szczególnie ucierpiała na tym Edyta Stein. Wciągu zaledwie jakichś pięciu-siedmiu minut dowiadujemy się: gdzie studiowała, jaką pracę naukową u Husserla obroniła, kiedy przyjęła sakrament, kiedy bierzmowanie, gdzie wykładała, kiedy przyjęła imię Teresa Benedykta od Krzyża, w którym roku założyła czarny welon karmelitański, a w którym przeniosła się do Holandii, wreszcie przy jakich okolicznościach trafiła do obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Normalnie wykład. Być może chodziło o przedstawienie sposobu naszego obcowania z podobnymi osobami, których życie dla potomnych kurczy się do listy znaczących dat i wydarzeń? Jak skwituje to pod koniec sama Stein: „Wynieśli mnie na ołtarze i tyle”. Ale wtedy wypadałoby – na zasadzie kontrastu – pokazać jakieś alternatywne podejście czy rozwiązanie. A tego nie uczyniono.

Odnoszę więc wrażenie, że chybionym był sam pomysł wyjściowy, ponieważ bodajże każda z przedstawionych opowieści zasługuje na osobne przedstawienie. I bodajże każda, przez ten zawrotny rytm prezentacji, znacząco straciła na swej głębi i ewentualnym emocjonalnym zaangażowaniu publiczności. Usprawiedliwić to tym trudniej, że dokonana przez Rowickiego kumulacja nie przełożyła się na powstanie jakichś ważnych sensów i wartości wyższego szczebla. Więcej nawet, tajemnicą, przynajmniej dla mnie, pozostało to, wobec jakiego klucza – z bardzo przecież obfitych dziejów Wrocławia – dobierano bohaterów. Dlaczego akurat Clara Immerwahr, Zbyszek Cybulski, Zofia Gostomska-Zarzycka, Manfred von Richthofen, Edyta Stein, Karl Denke i kilku innych?

Stąd pewien paradoks Wrocław. Escape room polega na tym, że mimo oczywistości przesłania poszczególnych jego fragmentów, wypowiedź całości uznać należy za po części nazbyt banalną, chociaż słuszną, po części nazbyt mętną i nieprzekonującą. Bo to, że katastrofa nie będzie nas dzieliła na idealistów, nacjonalistów, youtuberów, płaskoziemców czy antyszczepionkowców, to raczej rzecz jasna. Jak i to, że – o ile wypadnie nam druga szansa – należałoby wszystko odbudować, tylko że lepiej. Jak lepiej? O tym przedstawienie raczej milczy. Poza tym, przyznajmy, sam temat apokalipsy „bez aniołów, gwiazd, trąb i Boga”, która zamiast do naszych wnuków, przyszła do nas niczym „złodziej, z czwartku na piątek” w ostatnim czasie solidnie wyeksploatowano. Zbyt dużo – serialowych, książkowych, filmowych, teatralnych – „końców świata” zdążyliśmy już zaliczyć i przetrawić. Trudno w tej kwestii powiedzieć coś rzeczywiście nowego. Tym bardziej w tak prostolinijny sposób, czyli o katastrofie poprzez katastrofę. Dlatego zagłada ludzkości pozostaje tu raczej hasłem wywoławczym. Tytułowa zaś metafora escape roomu nieco naciąganą ramą dla tak, a nie inaczej wymyślonej układanki. I reżyserowi Arkadiuszowi Buszko trudno było cokolwiek z tym zrobić.

Oprawę plastyczną natomiast zaliczyć należy do jaśniejszych stron spektaklu. Dżesika Zemsta i Wojciech Bereś (lalki, scenografia, opracowanie graficzne, a przede wszystkim kostium) puścili wodze fantazji, zasiedlając rozpadający się i przepoczwarzony mikrokosmos sceniczny surrealistycznymi potworami o wydłużonych, zwielokrotnionych, wykrzywionych, zamienionych miejscami kończynach. Wszystko to skonstruowane z dziesiątków poćwiartowanych manekinów i fragmentów dziecięcych lalek, co u niejednego z widzów z pewnością wzbudzi lekkie dreszcze. Niemniej jednak na zdjęciach Tobiasza Papuczysa te pomysły na formę intrygowały znacznie bardziej. Na scenie nieco tracą na aurze tajemniczości i niesamowitości. Ważniejsze, że odciągają uwagę od aktorek i aktorów, którzy i bez tego nie mają łatwo. Ubranie ich w jednakowe obcisłe kostiumy cielistego koloru było rozwiązaniem ryzykownym, jako że niezbyt sprzyja rozróżnieniu osób, które większość z nas widzi na scenie – i to z porządnej odległości – po raz pierwszy. Z tego i kilku innych powodów trudno mi więc było kogokolwiek spośród nich wyróżnić. Nawet potem, gdy każdy zagrał ze dwie-trzy postacie, nie licząc uczestnictwa w niemalże nieustannej – i nie zawsze potrzebnej – asyście choreograficznej. Zapamiętałem jedynie Miłosza Broniszewskiego w makabresce o Kanibalu Denke i Czarną Panią w wykonaniu Adriany Paprockiej.

Podkreślę na koniec, że nie kwestionuję intencji twórców. W żadnym razie. Jak też ich zaangażowania. Kiedy w specjalnym, puszczonym po premierze nagraniu (chyba nagraniu?) reżyser tłumaczył, że w trakcie pracy nad spektaklem pokochali oni zebrane historie, jestem w stanie mu uwierzyć. Tym większa szkoda, że nie sprawili, żebym też się mógł w nich zakochać. Chociaż przyznam, o niektórych sobie postanowiłem doczytać. Tyle w sprawie wymiaru edukacyjnego spektaklu. Ale tego trochę za mało. Dlatego właśnie chciało się z tego escape roomu wydostać. Z jednej strony sam świat przedstawiony skonstruowany i pomyślany jako spełnienie najgorszych koszmarów o końcu człowieka i człowieczeństwa, zdecydowanie nie jest miejscem miłym i przyjemnym. Z drugiej strony naszkicowane sylwetki znanych wrocławian, nawet przyprawione licznymi na ich temat fantazjami, zwyczajnie nie porywają. Ani każda z osobna, ani złożone w większą całość.

14-04-2021

Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie filia we Wrocławiu
Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Lalkarskiego
Piotr Rowicki
Wrocław. Escape room
reżyseria i choreografia: Arkadiusz Buszko
scenografia, kostiumy, lalki i opracowanie graficzne: Dżesika Zemsta, Wojciech Bereś | ASP
wizualizacje: Katarzyna Trzewik | PJATK
muzyka: Dawid Dorożyński | AM
asystenci reżysera: Miłosz Broniszewski, Bartosz Kurowski
obsada: Julia Bochenek, Miłosz Broniszewski, Szymon Bujak, Ula Gołdowska, Agnieszka Horniczan, Antonia Lewicka, Sandra Obrębska, Adriana Paprocka, Joanna Pilska
premiera: 05.02.2021

galeria zdjęć Wrocław. Escape room, reż. Arkadiusz Buszko, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie filia we Wrocławiu <i>Wrocław. Escape room</i>, reż. Arkadiusz Buszko, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie filia we Wrocławiu <i>Wrocław. Escape room</i>, reż. Arkadiusz Buszko, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie filia we Wrocławiu <i>Wrocław. Escape room</i>, reż. Arkadiusz Buszko, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie filia we Wrocławiu ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: