AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Marzyć, mimo wszystko

Boska, reż. Robert Talarczyk, Teatr Ludowy w Krakowie
Teatrolog i filmoznawca.
A A A
fot. Klaudyna Schubert  

„Niektórzy mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nigdy nie powie, że nie śpiewałam” – te słowa Florence Foster Jenkins, „najgorszej śpiewaczki świata”, padają w dramacie Petera Quiltera Boska. Na Scenie pod Ratuszem wypowiada je Marta Bizoń, grająca tytułową postać „ekscentrycznej Amerykanki”. Dlaczego nieutalentowana, ale za to kochająca muzykę, a co gorsza, również ceniąca wysoko swoje możliwości wokalne, kobieta stała się bohaterką nie tylko przetłumaczonej dotąd na dwadzieścia siedem języków sztuki Glorious! Quiltera, ale również innych teatralnych tekstów, książek i dwóch filmów: Boska Florence w reżyserii Stephena Frearsa z 2016 roku oraz Niesamowita Marguerite w reżyserii Xaviera Giannoli z 2015 (pierwszy z nich jest biograficzny, oryginalny tytuł brzmi po prostu Florence Foster Jenkins, drugi traktuje historię niezwykłej kariery jedynie jako inspirację do skonstruowania fabuły)? Może dlatego, że nie istniały przeszkody, które mogłyby zniweczyć jej marzenie? Że odnalazła w sobie siłę (a los zesłał odpowiednie środki w postaci spadku – najpierw po śmieci ojca, a potem matki), by stawić czoło wszystkim „ignorantom” twierdzącym, że śpiewa „przeraźliwie, niedorzecznie, niewiarygodnie źle”?

W didaskaliach czytamy: „Pieśni w tej sztuce powinny być śpiewane na żywo. Aktorka nie musi naśladować głosu pani Jenkins, powinna śpiewać źle, w swoim własnym stylu…”. Jak śpiewa Marta Bizoń? Oczywiście źle, ale z jakim oddaniem! Aria Królowej Nocy z Czarodziejskiego fletu Mozarta brzmi okropnie, a jednocześnie… w przedziwny sposób chwyta za serce. Bo śpiewana jest tak szczerze, jak tylko może śpiewać artystka przekonana o tym, że jej sopran koloraturowy zachwyca świat.

Rola Bizoń jest naprawdę dobra. Co prawda, dramat Quiltera nie stwarza, moim zdaniem, tylu możliwości dla aktorki, co scenariusze Nicholasa Martina (Boska Florence) czy Xaviera Giannoli (Niesamowita Marguerite). O życiu Jenkins dowiadujemy się znacznie mniej niż w przypadku filmu Frearsa, gdzie, na przykład, poznajemy jej traumatyczne doświadczenia z pierwszego małżeństwa. Jeden z recenzentów Boskiej Florence napisał: „Cienka granica dzieli empatię od litości, a Florence Foster Jenkins od blisko stulecia jest popkulturowym miernikiem tej różnicy”. U Frearsa bohaterka (grana przez Meryl Streep) jest tyleż egotyczną spadkobierczynią fortuny, pozwalającej jej na spełnianie największego marzenia, czyli rozwijania kariery sopranistki, co ofiarą – despotycznego ojca, rodzinnych oczekiwań czy wreszcie męża, który w noc poślubną zaraził ją syfilisem. W sztuce Quiltera portret kobiety jest mniej złożony, wiemy tylko, że odziedziczyła spore pieniądze, a tych niestety ubywa, i że od dekad związana jest z niezbyt uzdolnionym aktorem, St. Clairem (w spektaklu gra go Tadeusz Łomnicki). Autor dramatu przenosi ciężar z intymnego dramatu Florence na jej miłość do sztuki; zdaje się badać fenomen „tryumfu entuzjazmu nad talentem”.

Widziałam premierowe przedstawienie na Scenie pod Ratuszem; wspominam o tym, bo później przeniesiono spektakl na Dużą Scenę Teatru Ludowego. Nie wiem, jak zaaranżowano tam przestrzeń, ale stłoczone na małej Scenie pod Ratuszem sprzęty (eleganckie kanapy, stylowe stoliki, gramofon) sprawiały, że jeszcze silniej można było odczuć sytuację bohaterki. Przeprowadziła się do mniejszego mieszkania (kapitał się kurczy), ma coraz mniej czasu na to, by nagrywać swoje występy. Widz znający historię Florence, wie, że Marta Bizoń, aktorka w średnim wieku, gra kobietę około siedemdziesięcioletnią (Jenkins zmarła w 1944 roku, miesiąc po legendarnym koncercie w Carnegie Hall). Bizoń zdaje się jednak nie tworzyć postaci historycznej, ale pewną figurę – uosobienie marzenia o pięknie. Jej Florence bywa infantylna, ale bystra, nie jest małostkowa, raczej wybacza innym drobne i większe słabości. Nieustannie otacza się wielbicielami, ale, bądźmy szczerzy, wie, że zaskarbiła sobie ich względy nie tylko wyjątkowym talentem, ale również pieniędzmi.

W spektaklu Roberta Talarczyka dużo ciekawsze są postaci kobiece: obok bohaterki Bizoń interesujące są te stworzone przez Beatę Schimscheiner (Dorothy, przyjaciółka Florence, której udaje się przetrwać własną codzienność i ekscentryczne pomysły Jenkins dzięki kolejnym kieliszkom sherry) i Jagodę Pietruszkównę (Pani Verindah-Gedge, bezskutecznie protestująca przeciw publicznym występom śpiewaczki). Mężczyźni, pianista Cosme McMoon (Robert Ratuszny) i wieloletni przyjaciel artystki St. Clair pozostają w cieniu. Świetne są kostiumy Katarzyny Borkowskiej (wśród nich ten inspirowany słynną kreacją sopranistki, zwaną Aniołem Inspiracji, czyli suknią z tiulu z przypiętymi na plecach skrzydłami). Spektakl w Teatrze Ludowym okazuje się niekiedy zbyt farsowy: lekkość komedii zastąpiono tu grubym żartem sytuacyjnym, subtelność – humorem rodem z sitcomu.

Krakowską Boską ogląda się jednak z przyjemnością. Owszem, zabrakło nuty nostalgii, która pozwoliłaby zastanowić się nad niezwykłym życiem niesamowitej Florence i lepiej ją zrozumieć. Warto jednak posłuchać, jak Marta Bizoń „przeraźliwie, niedorzecznie, niewiarygodnie źle” wykonuje arię Królowej Nocy.

07-04-2021

Teatr Ludowy w Krakowie
Peter Quilter
Boska
tłumaczenie: Elżbieta Woźniak
reżyseria: Robert Talarczyk
scenografia, kostiumy, reżyseria świateł: Katarzyna Borkowska
kierownictwo muzyczne: Jerzy Kluzowicz
obsada: Marta Bizoń, Robert Ratuszny, Tadeusz Łomnicki, Beata Schimscheiner, Roksana Lewak, Jadwiga Pietruszkówna
premiera: 20.02.2021

galeria zdjęć Boska, reż. Robert Talarczyk, Teatr Ludowy w Krakowie <i>Boska</i>, reż. Robert Talarczyk, Teatr Ludowy w Krakowie <i>Boska</i>, reż. Robert Talarczyk, Teatr Ludowy w Krakowie <i>Boska</i>, reż. Robert Talarczyk, Teatr Ludowy w Krakowie ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: