AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Mimochodem

Historyk teatru, krytyk teatralny i literacki oraz tłumacz książek. Pracowała w Instytucie Sztuki PAN, Ministerstwie Kultury, była redaktorem naczelnym wydawnictwa Egmont. Współpracowała z TVP. Jest stałą współpracownicą Polskiego Radia. Publikowała w czasopismach poświęconych sztuce, literaturze i teatrowi (m.in. w „Dialogu” i „Teatrze”).
A A A
Gogol, reż. Lionel Menard,
fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska  

Nie jestem specjalną znawczynią teatru mimów jako gatunku, ale na warszawski Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu chodzę z mniejszą lub większą systematycznością od 14 lat, więc trochę doświadczeń się nazbierało. Od dziesięciu lat, szefem imprezy jest Bartłomiej Ostapczuk – wystarczy, że on się dobrze zna na tym, co robi, i jest w pełni świadom, kogo zaprasza i co pokazuje.

Pamiętam sierpień 2010. Gorąco. Ludzie tłumnie stoją przed Teatrem na Woli, którego dyrektorem od 1 września będzie Tadeusz Słobodzianek. On też tam stoi. „Mimowie”, jak to mimowie, łydkami trzęsą, bo przyszły dyrektor ma, delikatnie mówiąc, opinię człowieka kontrowersyjnego, któremu różne radykalne decyzje przychodzą łatwiej niż innym. Poszła więc plotka, że „Mimom” zaraz głowę utnie, bo po co mu takie obciążenie w budżecie, a w ogóle to się lubi rządzić po swojemu, a ten festiwal to takie kukułcze jajo. Jako że znałam Słobodzianka nie od wczoraj, to zbliżyłam się z pytaniem, czy rzeczywiście skasuje tych „Mimów”. A on robi wielkie oczy i pyta, po co miałby likwidować coś, co się tak ładnie rozwija, a w ogóle przecież to ciekawe. Odetchnęłam, a „Mimowie” pod gospodarskim okiem Słobodzianka rozkwitli i kwitną sobie do dziś.

To nie przesada. Sam Ostapczuk – bez nostalgii, za to szczerze – wspomina w wywiadach, jak to do teatru przychodziło po 30 osób (a widownia jest niemała). W tym roku, mimo silnej konkurencji mundialu, bo festiwal przeniesiono z sierpnia na początek lata, sala pękała w szwach. A po inauguracyjnym Gogolu produkcji gospodarzy, czyli Warszawskiego Centrum Pantomimy, była owacja na stojąco. Serce rośnie, bo ta popularność to nie tylko efekt uporu organizatorów. Gdyby pokazywali rzeczy mierne, nudne i nieprofesjonalne, to nikomu by się na tę Wolę nie chciało jeździć, zwłaszcza że z powodu przebudowy ulic prawie nie ma jak dojechać. Nie powiem, że zadupie, bo zadupie to to nie jest, od Pałacu Kultury nie ma dwóch kilometrów, ale jednak taka trochę ślepa kiszka.

W sferze programowej organizatorzy starają się o najlepszych, ale z tym łatwo nie jest, bo niektóre znane zespoły mają grafik zaplanowany na całe lata z góry i w efekcie widzimy takie wiekowe przedstawienia, jak Once rosyjsko-niemieckiego Dereva, którego popularność u naszej krytyki mnie zadziwia, bo poza biegłością techniczną ani sensu, ani smaku w tym nie widzę i takie popisy zapominam zaraz po wyjściu z teatru. A powtarzanie za programem w opisach, że spektakle Dereva łączą „pantomimę, taniec współczesny, butoh, rosyjską awangardę, komedię dell’arte, klaunadę, performance, physical theatre i happening”, oczywiście robi wierszówkę, ale nic ponad to. Poza tym, jak się łączy wszystko ze wszystkim, to na ogół wychodzi pies rasy kundel, a to właśnie ta rasa wygrywa amerykańskie konkursy na najbrzydszego psa świata.

Zespół Bodecker & Neander Compagnie na szczęście jest na tyle z Polską zaprzyjaźniony, że nigdy nie zawodzi. Nie tylko pokazują program własny, biorą udział w przedstawieniach kolegów (Theaterzirkus Dresden), ale też prowadzą warsztaty; warsztaty trwają pięć dni, oprócz nich w tym roku nauczali swojej sztuki tacy mistrzowie, jak Lionel Mènard z Francji i Amerykanin Gregg Goldston. To drugi, „niejawny”, ale nie mniej ważny nurt Festiwalu Mimu. A Bodecker & Neander to klasa sama dla siebie – jak kiedyś Marcel Marceau, są w stanie zapełnić największe sale, i to oni zamykali w tym roku festiwal na scenie Teatru Dramatycznego, śmiesząc niezależnie od tego, czy pokazywali sceny z bardzo długą brodą, czy zupełnie nowe. Co do mnie zawsze mnie bawi sposób, w jaki znikają ze sceny – nie schodzą, a właśnie znikają, stają się coraz mniejsi i mniejsi, jakby kryli się za horyzontem, choć głębokość sceny się nie zmienia. Takim właśnie mimo-chodem.

Wieczory współczesnej pantomimy – stały punkt programu – mają swoich fanów, ale dla mnie są zdecydowanie zbyt długie, a jak widzę sekwencję etiud w wykonaniu kilkudziesięciu osób, to mało co zapamiętuję; ale oczywiście ludzie są różne, więc nie tyle kwestionuje ten pomysł, co się od niego dystansuję.

Najciekawsze wydały mi się w tym roku dwa spektakle odnoszące się do klasyki – wspomniany Gogol oraz Faust bez słów. Gogol zrobił na widzach wielkie wrażenie, zwłaszcza na tych, którzy uwierzyli, że za pośrednictwem metempsychozy reżyserował go zza grobu sam Marceau i że to wierne przeniesienie paryskiego Płaszcza z 1951 r. Guzik prawda, na szczęście, bo wszelkie rekonstrukcje w 99% to płody poronione, „bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy”, zdechłe już od momentu koncepcji, nie mówiąc o realizacji. Gogol Mènarda z Ostapczukiem w głównej roli jest faktycznie luźno oparty na Płaszczu, ale skupia się na licznych scenach rodzajowych rodem z XIX-wiecznego Paryża, dających pole do popisu i pokazania komicznych talentów reszcie zespołu, który jest coraz lepszy i bardziej okrzepły z każdym rokiem, czyli Marcie Grądzkiej, Ewelinie Grzechnik, Paulinie Szczęsnej, Pawłowi Kuleszy i Ireneuszowi Wojaczkowi. To bardzo stylowy spektakl, szarobłękitny niczym wyobrażony tylko w etiudzie Ostapczuka, nieistniejący gołąbek. Są też fajne lalki, nieoczekiwane, bardzo efektowne zakończenie, a jedyne, czego mi zabrakło, to zwartość dramaturgiczna opowiadanej historii – ale może jestem przeczulona na tym punkcie, skoro wszystkim się podobało.

Najciekawsze wydały mi się w tym roku dwa spektakle odnoszące się do klasyki – wspomniany Gogol oraz Faust bez słów. Mnie natomiast podobał się szczególnie Faust Theaterzirkus w reżyserii Toma Quaasa. Szczególnie pierwsza etiuda, w której przebrany za kloszarda Rainer König (grający później Boga) znajduje książkę, coś tam sobie z niej na wyrywki podczytuje i odgrywa jednoosobowo całego Fausta w siedem minut z zegarkiem w ręku. A potem niesie ową książeczkę do wędrownego zespołu i pokazuje kolegom, którzy w jarmarczno-cyrkowej manierze wystawiają arcydzieło Goethego. Byłam wysoce usatysfakcjonowana grą aktorską, szczególnie, że w Fausta wcielił się Wolfram von Bodecker, w Mefista zaś Alexander Neander. Człowiek, nawet stary i zblazowany, bywa dzieckiem podszyty, więc i ja bawiłam się jak dziecko, zwłaszcza, że cała dekoracja opierała się na wariacjach z różnej wielkości książkami i świetnie to Niemcom wyszło. Do tego żywa muzyka i wyraziste, charakterystyczne aktorstwo ciążące ku grotesce; cały zespół grał wybornie. Od szczegółów do ogółu – bardzo mi się wszystko podobało, i choć dyrektora Słobodzianka najwyraźniej nie satysfakcjonowała dramaturgia i użycie przez ludzi dźwięków (co zakłóca czystość gatunku), to pozwolę sobie mieć zdanie odrębne. Przyznaję, że znam sztukę, ale chyba nawet ci, którzy jej nigdy nie czytali, zrozumieli, o co w tym szatańskim pakcie chodziło.

Bywam na festiwalach i często już w połowie czuję znużenie i zmęczenie. Tu – dzięki przeplatankom spektakli z warsztatami – teatr był co drugi dzień, więc można się było zregenerować przed telewizorem albo na świeżym powietrzu. I jaki to oddech, że przez cały tydzień nikt nic nie mówił. Tadeusz Różewicz, który przyjaźnił się z Henrykiem Tomaszewskim, który był mistrzem Stefana Niedziałkowskiego, który był mistrzem Bartłomieja Ostapczuka, który… (to się jeszcze okaże, czyim będzie mistrzem), zachwycał się sztuką mimu. „Jak cicho jest spotkać mima – napisał w wierszu do przyjaciela. – Jak dobrze, że Pan nie mnoży słów…”. To piękny wiersz i zawsze go sobie przypominam, kiedy jadę, nawet bardzo okrężną drogą, do Teatru na Woli.

4-07-2014

XIV Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu, 13-22 czerwca 2014 r., Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy.   

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany ingrid
    ingrid 2014-07-16   01:10:34
    Cytuj

    jeżeli zapraszanie od lat jednych i tych samych artystów (a w przypadku jednych z tym samym repertuarem co niedawno) świadczy o, jak to Pani napisał, wiedzy Ostapczuka nt. mimu - gratuluję! Proszę sie bardziej rozeznać w sprawie i wtedy pisać, bo takie "wypociny" są mało interesujące. Tzn. w ogóle mnie nie zajmuje, co Pani myśli, zajmuje mnie kondycja pantomimy i liczę na rzetelne recenzje, a nie pisanie, bo mi redakcja zleciła i zapłaciła. To jest słabe i niegodne. Pozdawiam