AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Najstarszy i chyba czas mu umierać

47. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora
Animator kultury, dziennikarz, scenarzysta, dramaturg i reżyser. Był wieloletnim recenzentem, m.in. „Gazety Wrocławskiej”, publicystą kwartalnika „Scena” oraz komentatorem teatralnym telewizyjnego programu Rewolwer kulturalny. Jest jednym z ojców założyci
A A A
 

No dobra... Jest  stary, ale mówienie dziś o starości przed pięćdziesiątką to chyba jednak kokieteria! W każdym razie jako zjawisko w swoim gatunku jest rzeczywiście najstarszy na świecie. Jego ostatnia, 47. odsłona skończyła się jeszcze w blasku pięknego, październikowego lata. Pytałem siebie: czy Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora – bo o nich piszę – dociągną do pięćdziesiątki? Odpowiadam jak z nut: nie!

Ten festiwal to przecież kulturalna nisza. Znaczących sponsorów nigdy nie przyciągnie. Żyje życiem teatralnych odmieńców, którzy na scenie wybrali samotność. Nie ma specjalnego znaczenia, że ten „staruch” w corocznych odsłonach wypełnia sale w nadkompletach młodymi ludźmi w pięknie przebudowanej szkole teatralnej przy ul. Braniborskiej. Na bilety trzeba się zapisywać całe tygodnie przed pierwszym spektaklem, bo wstęp jest wolny. 

Młodych polityka i jej obsesje nic nie obchodzą. Natomiast wielu urzędników chciałoby, żeby się to kalekie historycznie święto teatru skończyło raz na zawsze. Najlepiej natychmiast. Uważają, że przynosi hańbę narodowej kulturze. Powstał niepotrzebnie w PRL-u, czyli w czasach komuszych. Dziś od razu politycznych torsji można dostać, prawda? Z całą pewnością zadekretował ten festiwal jakiś pachołek Leonida Breżniewa w daczy pod Moskwą. Może w IPN są jakieś kwity?! Tak myślą w naszym demokratycznym kraju o „starym” funkcjonariusze w różnych urzędach i odnawiają nasz kraj, by śladów nie było już po „komunie”. Ten akurat teatralny festiwal trwa i jest dla nich symboliczną zmorą w całkowitej dwudziestoparoletniej historii odnowy w odnowie.

Taka piękna, to dlaczego taka paskudna?

Tegoroczny festiwal, w porównaniu z innymi festiwalami, nie dostał pieniędzy prawie żadnych. Za karę, tzn. za swoją historię. Szkoda, bo ma on taką piękną historię. A tworzyli ją najwybitniejsi – jeszcze raz napiszę – najwybitniejsi polscy aktorzy w całych dziejach polskiego teatru. No, ale jakoś mało patriotycznie jednak. Już źle się to wszystko zaczęło. W roku 1966 po raz pierwszy pojawiły się we Wrocławiu, w klubie Związku Młodzieży Socjalistycznej „Piwnica Świdnicka”, takie ówczesne gwiazdy teatru, kina i telewizji, jak Kalina Jędrusik, by mamić ludzi monodramem Tabu Jacka Bocheńskiego, czy Andrzej Łapicki w celu zawracania głowy owrzodzonemu socjalizmem społeczeństwu Sposobem bycia Kazimierza Brandysa (kto to czytał?) – a powinni z innymi sługusami i popaprańcami systemu iść demonstracyjnie i podpalić Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a potem przespać się na styropianie na wszelki wypadek. Dziś byłby znakomity pretekst, żeby obojgu tym wybitnym i naprawdę wspaniałym artystom odsłonić wspólny pomnik na placu Maksa Borna, bo tam nieboszczka partia miała wtedy swoją główną siedzibę we Wrocławiu. Inspiracją dla rzeźbiarza mógłby być kadr z filmu Gdzie jest trzeci król, w którym grali razem w owym nieszczęsnym roku 1966.

Dodam, bo było to w końcu wydarzenie historyczne na świecie, że na tym pierwszym przeglądzie sił w tej niszy, obok Jędrusik i Łapickiego w modnym socjalistycznym klubie młodzieżowym, zamiast walczyć z komuną zagrali przy kompletach widzów i burzach oklasków m.in.: Ryszarda Hanin, Danuta Michałowska (grała też w krakowskim Teatrze Rapsodycznym razem z Karolem Wojtyłą w najlepszych czasach komuny!), Halina Słojewska, Anna Lutosławska, Wiesław Drzewicz, Wojciech Siemion i utalentowany wrocławski lalkarz, Andrzej Dziedziul. Mam nadzieję, że te nazwiska coś mówią chociaż ludziom teatru. Przegląd został znakomicie przyjęty przez widzów i krytyków. W następnym roku poczynania aktorów osądzało już także jury. Przez te wszystkie festiwale przewinęło się dokładnie 582 aktorów, a ważyło ich aktorskie talenty 85 jurorów. Rekordzistą wśród tych ostatnich jest były dwukrotny rektor warszawskiej Akademii Teatralnej, profesor Lech Śliwonik, który wyrokował aż 26 razy!

Tak sobie dworuję, bo tegoroczny festiwal, w porównaniu z innymi festiwalami, nie dostał pieniędzy prawie żadnych. Za karę, tzn. za swoją historię. Jego współwłaścicielami są teraz: krakowska szkoła teatralna, a dokładnie jej wrocławska filia, do spółki z warszawskim Towarzystwem Kultury Teatralnej, Wrocławskim Towarzystwem Przyjaciół Teatru i Ośrodkiem Kultury i Sztuki, podległym dolnośląskiemu marszałkowi. Nie chcę tu krakać, ale może za rok czy za dwa, jak da Bóg i nasz papież już święty za tym się wstawi, to akurat gdy Wrocław będzie celebrował swoją europejską stołeczność, ten festiwal zdąży zniknąć i nie będzie przynosił hańby. Być może sam konkurs na najlepszy polski monodram w ramach akcji ratunkowej zostanie ponownie szybko przeniesiony, ale tym razem z inicjatywy Towarzystwa Kultury Teatralnej, do innego miasta. Albo i nie. Rewolucji się nie spodziewam, choć festiwal odbywał się prawie zawsze w październiku.

Skoro już grzebię w tej paskudnej historii i Państwa męczę, to jako bonus chciałbym coś dodać o szczerym sercu tego festiwalu, czyli tegorocznym konkursie (42. OFTJA) i na zawsze wyjaśnić, dlaczego Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora odbyły się po raz 47., a konkursowy Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora po raz 42. Spróbuję w telegraficznym skrócie skończyć owo pomieszanie z poplątaniem w odliczaniu.

Od 17 do 20 października roku 1966 na 1. Ogólnopolskim Przeglądzie Teatrów Jednego Aktora zobaczyliśmy szesnaście monodramów. W jego drugiej edycji Główną Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki jury przyznało Tadeuszowi Malakowi, dziś profesorowi krakowskiej szkoły teatralnej, za monodram W środku życia oparty na twórczości Tadeusza Różewicza. W roku 1969 w szyldzie zmieniło się jedno słowo i mieliśmy 4. Ogólnopolski FESTIWAL Teatrów Jednego Aktora (OFTJA). We Wrocławiu odbyło się dziesięć edycji, ostatni w roku 1975. Gospodarzem następnego, czyli 11., był już Toruń. W tym zacnym mieście festiwal dotrwał do 30. edycji w roku 1996.

W miejsce „ukradzionego” festiwalu wrocławscy entuzjaści tej formy spontanicznie powołali do życia w ramach kontynuacji w roku 1976, bez pytania o zgodę kogokolwiek, 11. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora (WROSTJA). Pod presją hunwejbinów z socjalistycznej młodzieżówki ówczesne władze zdecydowały, że WROSTJA zostały odcięte od korzeni i miały być liczone od zera. Tak więc w roku 1977 zamiast 12. odbyły się 2. WROSTJA. Tak się to toczyło do roku 2000. Po ćwierć wieku jubileuszowe już Spotkania dodały sobie wreszcie „ukradzione” dziesięć lat i mieliśmy 35. WROSTJA. Był jeszcze jeden zakręt wcześniej. W roku 1980 rozszerzyła się formuła i zmieniła nazwa na Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora i Małych Form Teatralnych, ale z okazji wspomnianego jubileuszu wszystko wróciło prawie do korzeni, bo dopiero po pięciu latach przerwy za porozumieniem stron konkursowy festiwal wrócił z Torunia do miejsca narodzin. A w ramach 36. WROSTJA odbył się 31. OFTJA i ta podwójna numeracja przetrwała do dziś. Być może niedługo nie będzie to miało kompletnie znaczenia. Tak czuję, że zupełnie niepotrzebnie tyle się tych literek naskładałem w wyrazy i zdania…

Serce festiwalu jako bonus

Napiszę tylko o tegorocznym konkursie. Owo serce, czyli OFTJA, jako byt niezależny bije raz mocniej, raz słabiej w cielesnej (czytaj: organizacyjnej) skórze WROSTJA. Ważne jest, bo jak pokazuje historia, zmieniło drogi i sposób myślenia o sztuce teatru wielu aktorom rozpoczynającym wędrówkę. Najbardziej klasycznym przykładem jest poznański aktor Janusz Stolarski, który jako jedyny zresztą do tej pory zdobywał dwukrotnie Grand Prix OFTJA. By liczyć się w konkursowych szrankach, każdy musi sobie znaleźć cudze myśli i słowa, z którymi do tego stopnia się utożsami, iż będzie je traktował jak własne. Dlatego materiał literacki jest bardzo różnorodny, ale zawsze szalenie ważny. Oczywiście zdarza się, że jest to dramat napisany specjalnie dla jednego aktora. Przywołam tylko kilku znanych pisarzy: Tadeusz Różewicz i jego Śmieszny staruszek, Ireneusz Iredyński i jego Maria, Henryk Bardijewski i słuchowisko Lalki, moje ciche siostry, Roman Śliwonik i Rów, no i wrocławianki: Urszula Kozioł i Kobieta niezależna oraz Marianna Bocian i Odejście Kaina, napisane specjalnie czterdzieści lat temu dla Wiesława Komasy, dziś profesora Akademii Teatralnej w Warszawie. To historia, wiem, ale nikt po te teksty ponownie nie sięga, bo od aktora wymagają najwyższego kunsztu i tytanicznej pracy. Teraz  pojawia się bardzo wiele prób młodych autorów, co budzi nadzieję, że powstaną kiedyś utwory wyjątkowe.

Ja chcę zobaczyć z paru metrów duszę aktora, a nie fantastyczne efekty wykreowane przez komputer. Głównym materiałem literackim do tej trudnej teatralnej przeprawy są jednak w 95 procentach adaptacje najróżniejszych dzieł, nie tylko wysokiej literackiej próby. W tym roku w konkursowych spektaklach trafił się nam tylko jeden zgrabnie i dowcipnie napisany przez satyryka Tomasza Jachimka monodram Kolega Mela Gibsona. Reszta to były scenariusze inspirowane jeno literaturą. Ciekawa była próba toruńskiej aktorki Teresy Stępień-Nowickiej opowiedzenia o losach jedynej wśród Cichociemnych kobiety, Elizabeth Watson (generała!). Była to najrzetelniejsza chyba robota aktorska w całym konkursie. Zabrakło jednak trochę błysku niespodzianki, paru bardziej dramatycznych zderzeń już na etapie scenariusza. Zmarnował swoją szansę Zacharjasz Muszyński, który w Listach do Kręcipitki Antoniego Adamskiego także mocno dotykał historii, ale nudził zamiast fascynować odmiennością epok i aktorskim warsztatem. A było czym nas porwać. Nie porwała mnie też sobą Dominika Kojro w monodramie Jolie, bo jakoś nie wierzyłem, że to jej sprawa. Choć zderzenie opowieści o luksusowych pokojach i ich gościach z klaustrofobiczną klitką w hotelowym przyziemiu, w której bohaterka żyła, powinno „coś urodzić” i to „coś” nawet mignęło przez chwilę w jednej z piosenek. Mnóstwo efektów niby wspomagało aktorkę. I pomysłowe animacje, i muzyka, i ułożony ruch sceniczny, a jednak zabrakło chociaż cienia prawdziwych emocji. Niewiele więcej energii miała komputerowa miłość. O tym, jak można zakochać się blogerce, choć się bardzo nie chce, opowiedział, biegając w kółko Tomasz Pisarek w monodramie Love, ale musiał się zadowolić nagrodami, które dostał wcześniej na innych festiwalach.

Grand Prix nie tylko za wdzięk

Tak goniłem prawie pojedynczymi zdaniami, żeby zostały mi tylko nagrodzone demonstracje aktorskich talentów. Największe chyba wyzwanie stawiał widzowi monodram Rum & Vodka Online Amina Bensalema urodzonego w Drawsku Pomorskim absolwenta wrocławskiej szkoły, którego nagrodziła pani prorektor Elżbieta Czaplińska-Mrozek. Napisałem widzowi, a powinienem przyznać uczciwie, że mam na myśli siebie, czyli kogoś, kto w teatrze jednego aktora oczekuje spotkania z artystą, który ma coś ważnego do powiedzenia. Niepotrzebne są do tego komputery, lasery, bajery, ekrany, mikrofony i całe tony różnych technicznych cudów – wystarczy zwykła ludzka prawda. Ja chcę zobaczyć z paru metrów duszę aktora, a nie fantastyczne efekty wykreowane przez komputer. Propozycję Amina Bensalema mogę umieścić gdzieś na bardzo dalekim marginesie eksperymentu, bardziej w teatrze jednego komputera niż w teatrze jednego aktora. Oczywiście wizualnie to było szalenie atrakcyjne, intrygujące, ale zaskakiwały mnie i nawet podziwiałem możliwości maszyny, robota, ale nie osobowość aktora. Mogę o nim powiedzieć, że jest przystojnym, młodym mężczyzną, tylko to nie był konkurs piękności ani komputerowych możliwości, które mają swoje osobne spędy w innych miejscach. Nie wiem nawet, kim był jego bohater: dresiarzem, alkoholikiem niemogącym sobie dać rady ze sobą czy niedojrzałym indywiduum? Gdzieś to wszystko się pogubiło w graficznych zabawach, wyświetlanych obrazach: tu widzimy aktora na żywo, a za chwilę kamera pokazuje go nam na korytarzu za drzwiami. Po co? Nikt nie spytał, a to ważne w teatrze pytanie. Wiem, wszystkie teatry tak się teraz „innowacyjnie” bawią. Taka moda. 

Teatr w klasie to świetny pomysł edukacyjny warszawskiego Teatru Powszechnego, a monodram Larsa Noréna Sebastian X aż się prosi o psychodramę zaczynającą się od ostrej prowokacji. Wyobraźmy sobie, że aktor Tomasz Błasiak otwiera drzwi prawdziwej klasy w prawdziwej szkole i wpycha brutalnie do niej mocno przestraszoną nauczycielkę. Ma parę minut, żeby zastraszyć uczniów, którzy takie scenki oglądali w telewizji, zanim się wszyscy domyślą, że to na szczęście jest tylko spotkanie z teatrem. Taki spektakl chciałbym obejrzeć i miny dzieciaków, które dały się nabrać. W sali teatralnej już przy pierwszej prowokacji wobec widza spektakl traci swoją dramaturgiczną siłę, bo się zamienia ona w jakiś żart. Widz się nie przestraszył. Artysta bardzo się napinał, żebyśmy się bali, a tu nic. Na szczęście przestraszył się jeden juror, Tomasz Miłkowski i dał „terroryście” nagrodę, którą dysponował, czyli całe dwa tysiące.

Nic to przy Julii Wyszyńskiej, bo ta uwiodła trzech dostojnych profesorów (Janusza Deglera, Bogusława Kierca, Krzysztofa Kulińskiego) i wyjechała z Wrocławia bogatsza o sześć tysięcy, bo zdobyła Grand Prix OFTJA 2013. Tym najlepszym okazał się monodram Medea w jej brawurowym wykonaniu. Regulamin OFTJA mówi, że gdy trzech jurorów nagrodzi tego samego aktora, to jest właśnie najwyższa nagroda. Nie zdarza się to każdego roku. Na tegoroczne Grand Prix czekaliśmy aż trzy lata.

Gdy trzech jurorów nagrodzi tego samego aktora, to jest właśnie najwyższa nagroda. Nie zdarza się to każdego roku. Na tegoroczne Grand Prix czekaliśmy aż trzy lata.Już po kilku minutach jak na dłoni widać, że nie tyle okrutnym mitem o czarodziejce z Kolchidy, która pokochała bezgranicznie Jazona, zainspirowała się autorka scenariusza Magdalena Marciniak, ale samą Medeą jako kobietą odrzuconą przez mężczyznę. Przeniosła ją w dzisiejsze realia. Z mitu zostało tylko imię tytułowej bohaterki i zagadkowy Jot (w domyśle Jazon), którego widzi właściwie w każdym mężczyźnie na widowni. Można się zastanawiać, czy nie mamy do czynienia z nimfomanką, i to dość nachalną. Medea nimfomanką? To by była dość rewolucyjna interpretacja mitu, który także po swojemu pokazywali tacy artyści, jak Eurypides, Owidiusz, Pasolini czy von Trier. Bohaterka scenariusza Marciniak z grubsza wie, co powinna zrobić, żeby zatrzymać mężczyznę przy sobie. No właśnie: nie być grubsza. Mówi do pierwszego lepszego Jot, który jej się w tej chwili nawinął: „Chciałam zrobić z siebie kobietę. Kobietę twoich pragnień. To musi być w zasięgu mojej mocy. Czarodziejka Medea. Godzina dziennie w fitness clubie powinna chyba wystarczyć? Raz w tygodniu masaż. No i oczywiście dieta. Dwa małe posiłki dziennie. Tabletki odchudzające. Jogging. Z każdym dniem coraz dłużej. Eliminacja zmęczenia. Bieganie. Praca. Seks. Maksymalna wydajność. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Potem, może to docenisz? Bieganie. Praca. Seks. Bez zadyszki. Coraz sprawniej. Widoczny efekt. Ciało, w które się inwestuje. To najlepsza inwestycja na przyszłość. Wbrew wszystkiemu. Ciało przeciwstawione starości. Zatrzymane w punkcie granicznym własnego rozwoju. Potem, może być już tylko gorzej”.

Kiedy oderwie się na moment od Jot, to biega na wysokich szpilkach, w wizytowej sukience, pełnym makijażu od ściany do ściany, a gdy robi się jej gorąco, to zwleka z siebie chaotycznie kieckę i dalej pędzi na połamanie nóg. To są też momenty, kiedy się czegoś o niej dowiadujemy. Na przykład, że ta Medea pochodzi ze Śląska. Jak aktorka. Czasem opada z sił i niezadowolona z efektów tej bieganiny z bezsilności rozrywa rajstopy, pokazując nam przy okazji sińce i poobijane kolana. Reżyserka tego monodramu, też Marciniak, ale Ewelina, wymyśliła bardzo symboliczny gest: bohaterka odciska na dłoniach szminkę z warg i jest jak naznaczona stygmatem kobieta w bezsensownej pogoni za mężczyzną. To chwile słabości.

Zaraz ruszy przecież do kolejnego Jot i zechce na nim wymóc, by się z nią ożenił albo chociaż obiecał. Tutaj aktorka z dużą swadą i polotem improwizuje. Dialogi i sytuacje. Przytula się, siada na kolanach, obejmuje, głaszcze różnych panów. Ma w sobie mnóstwo naturalnego wdzięku. Fantastycznie posługuje się mimiką i tembrem głosu. Podejrzewam, że gdyby pojechała na któryś z coraz liczniejszych w Polsce festiwali impro, to wyjechałaby z większymi nagrodami. Spotykają się na nich artyści potrafiący improwizować na zadany temat i jeszcze błyskawicznie znajdować dowcipne pointy. Aktorka bydgoskiego Teatru Polskiego też to wszystko potrafi. Taka zabawa jednak ma też pułapki. Można łatwo stracić kontrolę nad słowami. Jeśli któryś Jot ją odrzuca, najpierw go bardziej kusi, a potem zaczyna robić uszczypliwe uwagi na temat jego wyglądu, wyśmiewać, szydzić, a jak się zapędzi i ktoś się złośliwie odetnie, to zaczyna obrażać. A tu już się kończy zabawa i teatr. Na konkursowym spektaklu ze dwa takie momenty miała. Wszystkiego nie da się zwalić na konwencję. Nie można tego nazwać zemstą odrzuconej Medei.

Na finał zostawiłem sobie nadzieję, czyli właścicielkę „Szczebla do kariery” przyznanego wspólnie przez jurorów Teresie Kowalik za monodram Set Of Structures, który żywił się piosenkami Kory, czyli Olgi Jackowskiej oraz dziesiątkami symbolicznych rekwizytów, często nie do rozszyfrowania dla widzów. Talentu studentce wrocławskiej szkoły z pewnością odmówić nie można, więc szczebel może się przydać. Jego kawałek należy się też autorce scenariusza i reżyserce owego artystycznego zdarzenia, Marcie Streker.

32 lata temu jury 11. OFTJA w Toruniu raz na zawsze odrzuciło kolegialny sposób ferowania wyroków i wręczania nagród. Do dziś każdy juror ma kopertę, a w niej wspomniane dwa tysiące, ale zanim je wręczy najciekawszemu jego zdaniem artyście, musi to swoimi słowami przed publicznością i siedzącymi w sali wykonawcami jak najrzetelniej uzasadnić. Bywało, że owo celebrowane wręczanie nagród okazywało się najciekawszym festiwalowym spektaklem.

20-11-2013

47. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany BU-BA
    BU-BA 2013-11-21   14:31:13
    Cytuj

    Dziękuję za artykuł. Mam nadzieję, że myli się PAN, wieszcząc rychłą śmierć Festiwalu. Dziękuję również za próbę wyklarowania kwestii "cyferkowej". I tak nie połapałam się w tych zawiłościach, ale w razie potrzeby jest gdzie wrócić, by dokonać analizy. Pozdrawiam w nadziei, że za rok znów zaprosimy, jakiegoś samotnika-wariata(tkę)na naszą scenę, by wypełnił pustkę w sercu widzów, zmęczonych i zniesmaczonych "mizerią" aktorską serwowaną z każdego kanału i banału. Głogów czeka na "krew, pot i łzy".