AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Oskarżmy skarżącą?

Oleanna, reż. Krzysztof Prus, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Pracownik Instytutu Kultury Współczesnej UŁ, redaktor miesięcznika „Dialog”.
A A A
fot. Krzysztof Bieliński  

Do pisania tej recenzji siadałem wielokrotnie. Czytelnikowi należy się jasny komunikat i jeśli nawet nie ocena spektaklu wyrażona liczbą gwiazdek, to chociaż konkretna informacja o wrażeniach recenzenta. Odkładając pisanie z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień (a premiera Oleanny odbyła się Jaraczu w końcu maja!) miałem nadzieję, że czas mi pomoże i sam zrozumiem mój stosunek do tego przedstawienia. Czy tak się stało?

Albo jeszcze inaczej: w czym problem?

Napisany trzy dekady temu dramat należy do najpopularniejszych utworów Davida Mameta, prawdziwego weterana i klasyka tak zwanego ambitnego Broadwayu – nie tylko dzięki teatralnym inscenizacjom (również w Polsce), ale dzięki filmowej adaptacji utworu. Na początku lat dziewięćdziesiątych był tyleż prowokacyjny, ile odkrywczy. Jego prowokacyjność brała się z mówienia otwartym tekstem o możliwych nadużyciach władzy w relacji mistrz-uczennica (a to, w anglojęzycznym świecie drogich uniwersytetów z gwiazdorzącymi wykładowcami było co najmniej nieoczywiste), zaś odkrywczość – z samego faktu analizowania strategii zachowań potencjalnych ofiar seksualnego wykorzystania (co zrobić, by przedstawić światu swoją prawdę?). Oleanna w trzech scenach opowiada o relacji Johna i Carol: profesora i studentki uwikłanych w przekroczenie granic prywatności. On – na pewno za bardzo skrócił dystans w trakcie uniwersyteckich konsultacji sam na sam. Ona – na pewno przeżyła tę rozmowę w sposób traumatyczny i jeśli początkowo nie umiała tego nazwać, to z czasem zrozumiała, iż padła ofiarą uniwersyteckiej przemocy, z seksualnymi podtekstami w tle.

David Mamet nie stawia kropek na „i”, co daje pole do interpretacyjnego popisu, ale także robi z dramatu rodzaj mechanicznej zabawki. Kat z pierwszej sceny jest ofiarą w scenie trzeciej, zaś poturbowana w pierwszej scenie studentka – turbuje w scenie ostatniej. Taka jest poetyka dużej części „zaangażowanych” sztuk z Broadwayu: mówią o problemach wymagających zaangażowania, ale same nie angażują się po żadnej ze stron. Mierzą racje, nie wydając sądów. Widza pozostawiają z przekonaniem, że to wszystko jest bardzo skomplikowane, zwłaszcza że mieszają realizm z poetyką przypowieści, a psychologizm z grą typami. W rezultacie możemy mieć w wypadku Oleanny sztukę o bardzo różnych sprawach: o tragedii wykładowcy, który uciekając przed smugą cienia, zagalopował się wobec prowokującej go studentki... O tragedii młodej kobiety, która padła ofiarą gwałtu… O studentce, która mści się na profesorze, bo nie zaliczył jej egzaminu, i tak dalej. Pracując nad swoją inscenizacją dramatu, Harold Pinter, jeden z największych dwudziestowiecznych dramatopisarzy brytyjskich, zadał sobie sporo trudu, aby publiczność nie dostrzegła w Carol wyłącznie wyrachowanej bojowniczki o prawa kobiet, która mści się na gatunku męskim, wrabiając go w odpowiedzialność za czyny, do których nie doszło. No właśnie: Pinter próbował wyjść poza to najoczywistsze rozumienie fabuły (kto wie, czy nie zaplanowane przez Mameta?), zgodnie z którym niemożność podważenia kobiecych oskarżeń o molestowanie seksualne daje kobietom broń, z której mogą zacząć korzystać bez umiaru. Czy twórcy spektaklu w Jaraczu nie próbują czegoś zgoła przeciwnego niż Pinter? Tego właśnie nie wiem i to nie daje mi spokoju.

Bo oczywiście zdajemy sobie sprawę, że niebezpieczeństwo istnieje: że oskarżenia o nadużycia seksualne natychmiast pociągają za sobą uznanie osoby skarżącej za ofiarę, zanim jeszcze dojdzie do procesu. Że oskarżony zawsze, zanim jeszcze zacznie się bronić, zostaje uznany winnym. Ale czy domagając się rewizji tego schematu, mamy ochotę na opowieść o cynicznej kobiecie, która z ataku na mężczyznę czyni sens swojego życia? A o tym jest właśnie niezinterpretowany dramat Mameta. Pamiętam, kilka linijek wyżej pisałem, że dramatopisarz się nie angażuje i nie dopowiada. Tyle że równej obojętności nie zachowuje rzeczywistość, w której ten dramat oglądamy, a to bardzo dużo zmienia. I jeśli reżyser – inaczej niż Pinter – nie spróbuje się zaangażować, to rzuca tę opowieść na pastwę najniższych emocji wyciągających daleko idące wnioski: skoro w ostatniej scenie to kobieta jest pewna siebie, a do tego triumfuje nad mężczyzną, to na pewno musi oszukiwać. Słowem: co najmniej połowa oskarżeń o molestowanie seksualne jest wzięta z kosmosu.

Wydaje mi się, że rozumiem, dlaczego Krzysztof Prus nie chciał pokazać palcem, co o tym wszystkim myśli. Chciał przedstawienia z gatunku „to skomplikowane”. A zatem Michał Staszczak wspaniale odgrywa tego piekielnie dwuznacznego profesora, który zdaje się sam nie wiedzieć, czy przekroczył czerwoną linię, czy nie. Elżbieta Zajko mistrzowsko realizuje się w roli zahukanej studentki (1 scena), wyzwalającej się feministki (2 scena), cynicznej oskarżycielki (3 scena). Ale jeśli komuś nie wystarcza ufundowany na technicznych podstawach zachwyt („Jak oni wspaniale grają ten skomplikowany świat!”), to albo wychodzi z przedstawienia jeszcze bardziej przekonany, że oskarżenia o nadużycia seksualne są zwykle ściemą, albo… Albo wychodzi bezradnie zniesmaczony. A to dlatego, że choć Krzysztof Prus podkreśla sztuczność sytuacji (między innymi za sprawą otwartych zmian rekwizytów i kostiumów oraz umowności ulokowania bohaterów przy blacie – jakby chodziło o stolik do gry), to jednak sytuacja wydaje się wyjątkowo prawdziwa.

Na scenie mamy bowiem wykładowcę Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej i jego byłą studentkę, a wszystko dzieje się w teatrze, którego część pracowników i współpracowników została niewiele wcześniej oskarżona o nadużycia przez jedną z ich uczennic, i przeciwko którym toczy się (bądź toczyło – z różnymi wnioskami) postępowanie w Szkole Filmowej. Sytuacja jest zatem co najmniej niezręczna. Oczywiście przypuszczam, że za decyzją repertuarową i pomysłem reżyserskim stała dobra wola oraz chęć przypomnienia, że osoba, której nie udowodniono winy, pozostaje niewinna, ale – jak w tym nieśmiesznym dowcipie – złe wrażenie pozostaje. Może byłoby lepiej, gdyby o konieczności oszczędnego wyrażania sądów bez ukończonego postępowania dowodowego przypominali inni? Może niekoniecznie ci, którzy tak blisko byli całej sprawy i latami nie dostrzegali problemu, na który zwróciła uwagę – w wypadku tego środowiska szkolnego – Anna Paliga?

Obrońcy spektaklu powiedzą, że odbieram prawo głosu niesłusznie oskarżonym albo tym, których koleje zawodowego losu postawiły w pewnym momencie blisko oskarżanych. A może powiedzą, że wyciągam zbyt daleko idące wnioski, że wszystkie podobieństwa są przypadkowe, a moje skojarzenia fikcji z rzeczywistością – błędne. Bo przecież w tym spektaklu chodziło tylko o techniczną maestrię dramatopisarską i wyrafinowany popis aktorski… Może powiedzą, że to opowieść ponadczasowa i że niesłusznie dostrzegam w niej potencjał bezpośredniej aluzji do współczesności. Jeśli tak jest naprawdę, jeśli chodziło tylko o rozrywkę, to moja konsternacja może być tylko jeszcze większa.

04-11-2022

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
David Mamet
Oleanna
przekład: Marek Kędzierski
reżyseria i opracowanie muzyczne: Krzysztof Prus
scenografia, kostiumy, reżyseria światła: Marek Mikulski
inspicjentka, suflerka: Ewa Wielgosińska
obsada: Michał Staszczak, Elżbieta Zajko
premiera: 28.05.2022

galeria zdjęć Oleanna, reż. Krzysztof Prus, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi Oleanna, reż. Krzysztof Prus, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi Oleanna, reż. Krzysztof Prus, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi Oleanna, reż. Krzysztof Prus, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: