AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Rocznicówka Rychcika

Don Juan, reż. Radosław Rychcik, Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi
Pracownik Instytutu Kultury Współczesnej UŁ, redaktor miesięcznika „Dialog”.
A A A
fot. Natalia Kabanow  

Podstawowe problemy Don Juana z Teatru Nowego są dwa: po pierwsze, wyreżyserował go Radosław Rychcik, a po drugie, wyreżyserował go poniżej swoich możliwości. O pierwszym problemie może powinienem milczeć i udawać, że recenzent umie schować własne upodobania do kieszeni (tylko po co kłamać?). O drugim napisać trzeba, bo bez tego trudno byłoby usprawiedliwiać teatr za nieudane przedstawienie. Po kolei.

Ta moja niewrażliwość na teatr Radosława Rychcika jest prawie tak stara, jak jego teatr. Nie widziałem bodaj dwóch pierwszych jego spektakli, ale kolejne premiery śledziłem dość uważnie – przynajmniej początkowo. Jego Fragmenty dyskursu miłosnego (2009) zrozumiałem w takim samym stopniu, w jakim on zrozumiał Barthes’a (więc proszę się nie domagać eksplikacji – kapituluję). Wykrzykiwaną do mikrofonów Samotność pól bawełnianych Koltèsa (2009) przetrzymałem w zatyczkach do uszu, więc niewiele do mnie dotarło (ale ponieważ zatyczki dostałem od obsługi teatru, to wnioskuję, że spektakl miał do mnie nie dotrzeć). Hałaśliwa Madame Bovary (2010) – z wrzaskami i waleniem w fortepianowe klawisze (czy to nie ten spektakl reżyser nazwał „operą krzyczaną”?) – już mnie tylko utwierdziła w przekonaniu, że Radosław Rychcik potrzebuje tekstu nie dlatego, że tekst o czymś mówi, ale dlatego, że tekst może być tworzywem, które można na scenie uformować i zdeformować, jak się chce. Ponad dekadę temu było to jakąś nowością (piszę bez ironii), a przede wszystkim doskonale nadawało się do paranaukowego opisu: był więc Rychcik reżyserem zadającym ostatni cios wielkim narracjom, uchylającym treściową moc słowa (lecz odkrywającym jego performatywny potencjał), „odrzucającym kostium (a uwalniającym ciało)”… I nawet jeśli w późniejszych latach sceniczny hałas zaczął męczyć nawet samego reżysera (wreszcie zrobiło się ciszej), to niezainteresowanie tekstem pozostało, ujawniając się raz jako programowa niechęć do głębszej analizy inscenizowanych zdań, raz jako zabawa w dzieciaka, co to, chwyciwszy koniuszek włóczki z wydzierganego na drutach swetra, ciągnie zań tak długo, aż wszystko rozpruje. Pamiętamy: jak Michał Zadara postanowił wystawić Dziady bez skreśleń, to Radosław Rychcik odpowiedział swoją inscenizacją Mickiewicza (2014), która trwała sporo krócej niż pisemna matura z polskiego. Oceny dostał dobre i na jakiś czas stał się nawet specjalistą od wieszczów pomimo wieszczów (wystawiał Mickiewicza, Słowackiego, Wyspiańskiego) i spoważniał. Jak pisał Internet, z Radka Rychcika zmienił się w Radosława Rychta, ale – by raz jeszcze spożytkować zamieszczoną w „Didaskaliach” recenzję – według mnie najwyżej „odrzucił kostium”, ten najbardziej krzykliwy. Siebie nie zanegował, choć z teatrem nauczył się żyć w pewnej symbiozie. Mało kto widzi w nim dziś buntownika. Jak napiszę, że stał się klasykiem współczesnego teatru, to bardzo się faktom nie postawię. Tylko czy sam Radosław Rychcik zgodziłby się z tym twierdzeniem?

Jasne, że nie. „Klasyk” to we współczesnym teatrze słowo podejrzane i nielubiane, bo pachnie paździerzem i zalatuje trupem (nie przez przypadek sztandarowy polski konkurs na wystawienie sztuki dawnej nazywa się „klasyka żywa” – chodzi o zaklinanie rzeczywistości). Żeby więc nie udusić się od fetoru rozkładającej się dramaturgii urodzonego równo czterysta lat temu Molière’a, najlepiej nadmiernie jej nie eksponować. Rychcik odcina więc, ile się da, zostawiając – z bądź co bądź i tak nie najdłuższej komedii francuskiego pisarza – ledwie jakiś szkielet fabuły. Na moje oko, mógłby w ogóle wyrzucić wszystkie słowa i zrobić pantomimę, zagraną – co więcej – przy zgaszonych światłach: bo przecież każdy wie, że jak na bilecie ma wydrukowane Don Juan, to rzecz będzie o podrywaczu, co śmiał się losowi w twarz. A jednak światło się pali i aktorzy mówią.

Mówią niecierpliwie, jakby śpiesząc się na gagi dziejące się na scenie w chwilach milczenia. Zaś te dodane między Molière’a etiudki są śmieszne tylko wtedy, gdy nie mają z Molière’em nic wspólnego (więc najzabawniej jest, gdy z konfesjonału wyjdą dwie rozkochane w sobie zakonnice, a chwilę później – dwaj księża). Kiedy zaś reżyser próbuje jakoś nawiązać do fabuły (Eliwira w dłużącej się jak maraton pogoni za Don Juanem), to ze sceny wieje nudą. Nuda zaś – wiadomo nie od dziś – to siostra śmierci. Śmierć zaś – to klasyczny Molière. I jak tu się nie bać? Radosław Rychcik próbuje jeszcze oswoić strach – posąg Komandora przenicowuje, upodabniając go do rozsianych po kraju koszmarkowatych pomników papieskich, a z finałowej przemowy kamiennego gościa w zasadzie rezygnuje – ale z tej walki karnawału z postem nic się już nie urodzi. Po pięciu kwadransach spektakl na dużej scenie Teatru Nowego dobiega końca.

Czy czegoś się dowiedzieliśmy? Nieszczególnie. A gdybym musiał wskazać choć jeden powód, dla którego Rychcik wystawił tę komedię, to proponowałbym skierować uwagę w stronę Molière’owskiej rocznicy. Już od czasów przedszkolnych wiemy jednak, że akademia ku czci to synonim znużenia. Domyślam się, że reżyser próbował jakoś wpisać swojego Don Juana w dysputy o Bogu (to dlatego, ile razy słyszymy słowo „niebo”, aktorzy robią miny jak na castingu do filmu Fritza Langa, i dlatego cała akcja dzieje się w kościele), ale zrobił to na tyle po łebkach, że trudno o jakieś zwarte analizy. Znajoma mówiła, że Rychcik, próbuje ogrywać w tym spektaklu konwencję latynoskiej telenoweli: stąd te potoki słów przeplatane grymasami twarzy i stąd ta niemilknąca muzyka w tle. Ale ja tej aluzji nie odczytałem, zaś nieustannie sączące się z głośników rytmy i dźwięki nie dodają przedstawieniu niczego poza monotonią.

W tej scenicznej mizerii dobrze wypada Bartosz Turzyński (Sganarel): radzi sobie technicznie z niełatwym do mówienia tekstem, dowodząc – mimo wszystko – że w zdaniach Molière’a jest jednak jakiś sens. Jego monolog o wierze (jakim cudem Rychcik go nie wykreślił?) jest może najlepszym fragmentem tego przedstawienia. Dużo wdzięku ma też wieśniaczy duet Karolki (Emilia Walus) i Piotrka (Łukasz Gosławski) – i nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z samograjem (nikt lepiej od Molière’a nie zrozumiał sensu wpisania w wysoką komedię scen z porządku jarmarcznego), ale dlatego, że oboje dają sobie czas na oddech, na reakcję, na pomyślenie. W spektaklu gonionym cwałem (który i tak się dłuży!) to dobre urozmaicenie.

A zatem żal. Jest to przedstawienie zmarnowanych szans. Prawo cykliczności sprawi, że do Molière’a szybko w Nowym się nie wróci, a w pamięci pozostanie ta okolicznościowa akademia, której Radosław Rychcik nie przemyślał, i w którą zaangażował spory aparat wykonawczy. Z niedowierzaniem patrzyłem na poustawiane na scenie dekoracje Łukasza Błażejewskiego, którym obce było jakiekolwiek myślenie skrótem lub konceptem. Podobno w jakimś programie dla TVP (ktoś jeszcze udziela tej stacji wywiadów?!) scenograf tłumaczył, co miał na myśli, ale nawet na nieoglądanego mogę się założyć, że budując na scenie kościół, miał na myśli… kościół. Ot, taki wielopoziomowy konstrukt artystyczny. Ta godzina z groszem grania Don Juana wymagać będzie od Nowego dużego zespołu na scenie i poza sceną, a od widzów dobrej woli, by nie rozczarować się do teatru na dłużej. A w każdym razie, by nie rozczarować się do klasyki.

02-03-2022

Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi
Molière
Don Juan
przekład: Jerzy Radziwiłowicz
reżyseria i opracowanie tekstu: Radosław Rychcik
kostiumy, scenografia, reżyseria świateł: Łukasz Błażejewski
muzyka: Michał Lis
choreografia: Jakub Lewandowski
obsada: Malwina Jelistratow, Aleksandra Posielężna, Emilia Walus, Przemysław Dąbrowski,
Łukasz Gosławski, Paweł Kos, Dariusz Kowalski, Michał Kruk, Krzysztof Pyziak, Piotr Seweryński, Bartosz Turzyński
premiera: 26.02.2022

galeria zdjęć Don Juan, reż. Radosław Rychcik, Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi Don Juan, reż. Radosław Rychcik, Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi Don Juan, reż. Radosław Rychcik, Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi Don Juan, reż. Radosław Rychcik, Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Irena Chylińska
    Irena Chylińska 2022-05-10   22:31:05
    Cytuj

    Byłam, widziałam i nie zgadzam się z panem Piotrem Olkuszem. Dla mnie było to przedstawienie interesujące, ciekawe, dynamiczne, a przede wszystkim nie nudne. Moliere we współczesnym wykonaniu. Najważniejsze kwestie sztuki przekazane. Świetna gra aktorska. Wyróżniłabym tutaj pana Pawła Kosa, ujmująco i przekonywująco zagrana rola. Brawo reżyser, brawo aktorzy. Cieszę się, że byłam na tym spektaklu i polecam innym.