AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Siekiera i koronki

Teatrolożka i filmoznawczyni.
A A A
 

Od lat zastanawiam się, dlaczego trudno w Polsce o dobrą komedię teatralną. Próby wystawiania fars podbijających sceny zachodnie kończą się raczej marnie – to znaczy publiczność gromadzi się tłumnie, ale na scenę wstyd patrzeć.

Przyznaję, moja diagnoza jest nieco ryzykowna, bo na spektakle tego gatunku wybieram się rzadko, ale nie znalazłam wyjątku potwierdzającego regułę. Inaczej mówiąc: co jakiś czas daję komedii czy farsie szansę, potem oglądam, a następnie unikam takich spektakli przez dłuższy czas.

Dlaczego nie umiemy wystawiać utworów, które z takim powodzeniem realizowane są w Europie i Stanach Zjednoczonych? W żargonie krytyków zwane pieszczotliwie konfekcją (komedie mieszczą się w tym pojęciu obok utworów bardzo poważnych – by nie rzec dramatów, ale też wystawianych w guście jak najszerszej publiczności), spektakle niepolskie posiadają jednak często wdzięk i potrafią rozśmieszyć. Na rodzimych scenach budzą w najlepszym przypadku moje lekkie zażenowanie, w najgorszym – wściekłość, że oto tracę z życia kilka godzin, które mogłabym spożytkować przyjemniej.

Można powiedzieć – nie mamy tradycji. Można, ale co z tego, skoro: po pierwsze, jakieś (a w tym wypadku wcale niebagatelne) tradycje zawsze się znajdą, po drugie, tego typu utwory wystawiane były od dawien dawna, a od ponad dwudziestu lat jeszcze częściej, więc moglibyśmy się wreszcie ich nauczyć. Najprościej – jako pewnego gatunku teatralnego, który trzeba opanować, będąc zarówno reżyserem, jak i aktorem.

Wydaje się, że reżyser nie dowierza widzom i nie ufa ich poczuciu humoru.Słowem, wiele by można mówić, ale trochę to nie przystoi w sytuacji, gdy reżyser wybiera tekst, angażuje aktorów, a teatr chwali się premierą. Krytyk może zabawiać się (albo ratować, jak kto woli) rozważaniami teoretycznymi, niezbyt zresztą – powiedzmy to otwarcie – oryginalnymi czy błyskotliwymi, ale w końcu trzeba stanąć oko w oko z rzeczywistością, czyli konkretnym przedstawieniem. I koniecznością jego oceny.

I tu powstaje pewien problem. Arszenik i stare koronki pamiętam z dwóch realizacji: filmowej w reżyserii Franka Capry z 1944 roku i Teatru Telewizji w reżyserii Macieja Englerta z 1975. Ale na spektakl w Teatrze im. Juliusza Słowackiego szłam z umysłem czystym i chłonnym, nieobciążonym ani wdziękiem Cary’ego Granta, ani subtelnością ról Ireny Kwiatkowskiej czy Barbary Ludwiżanki. To jednak, co zobaczyłam, skłoniło mnie do prędkiego powrotu do domu i wygrzebania ze zbiorów filmowych kopii, która miała przywrócić moje miłe wspomnienia, zatarte przedstawieniem Krzysztofa Babickiego.

Bądźmy jednak sprawiedliwi: sam wybór tekstu Josepha Kesselringa jest dość ryzykowny. To w końcu urocza czarna komedia, ale mająca już kilkadziesiąt lat. Współczesne czarne komedie nie przypominają owej eleganckiej i subtelnie tkanej historyjki o rodzinie szaleńców. Ale skoro Babicki zdecydował się zrealizować utwór, który – mówiąc wprost – może (choć nie musi) wydać się nieco archaiczny, powinien zrealizować go w zgodzie z regułami gatunku.

Dlaczego nie umiemy wystawiać utworów, które z takim powodzeniem realizowane są w Europie i Stanach Zjednoczonych?  A te wydają się dość proste: perypetie dwóch starszych pań, wyprawiających na lepszy ze światów starszych, samotnych mężczyzn, wymagają precyzji i lekkości reżyserskiej ręki. Każdy żart, czy to słowny, czy sytuacyjny, wybrzmiewa dopiero wtedy, gdy opowiedziany czy zainscenizowany jest z lekkością właśnie. W komedii o zabijaniu śmieszy nieprzystawalność szlachetnych intencji i brutalnych skutków, absurd logiki dwóch dam, które w istocie przynależą do innego, zapomnianego już świata. O tym, że są szalone, widz dowiaduje się w trakcie oglądania rozwoju intrygi, jaką Joseph Kesselring buduje dość przewrotnie. Panny Brewster, córki obłąkanego naukowca, dopuszczającego się przed laty eksperymentów na ludziach i wynajdującego lek będący źródłem rodzinnej fortuny, dokonują zbrodni, pojąc gości zatrutym winem z porzeczek. Sympatia widza dla staroświeckich dam ma być w istocie nie tylko źródłem rozbawienia, ale też konfuzji – bohaterki to w końcu morderczynie.

Ale niewiele z tych subtelności zostaje w spektaklu Krzysztofa Babickiego. Wydaje się, że reżyser nie dowierza widzom i nie ufa ich poczuciu humoru. To, co powinno być zaledwie sygnalizowane, jest zainscenizowane jasno i dobitnie – tak, by nie pozostał cień wątpliwości co do intencji i skutków. A jednocześnie Babicki nie znajduje współczesnych przełożeń niektórych zapisanych w dramacie okoliczności, choćby tych obyczajowych.

Arszenik i stare koronki Josepha Kesselringa to jednak przede wszystkim partytura aktorskiego popisu. Tyle że postaci dwóch starszych pań, ich bratanków, narzeczonej jednego z nich czy nierozgarniętych posterunkowych powinny być rysowane delikatną kreską; wyrazistość przeczy w tym przypadku komizmowi. Babicki jednak w całym przedstawieniu stawia na wyrazistość: bohaterowie mówią do widza, nie do siebie nawzajem, czyniąc stosowne pauzy po istotniejszych kwestiach (widz, nie daj Boże, coś przeoczy); ich ruchy są niekiedy kanciaste, przerażenie nazbyt widoczne, a rozczarowanie oczywiste.

Tautologia bywa chwytem, bywa też błędem. Arszenik i stare koronki w Teatrze im. Juliusza Słowackiego są spektaklem pełnym przesady – i nie jest ona źródłem zabawy, ale irytacji i znużenia. Zmiana tonu w tym przypadku rozstraja cały instrument – to tak, jakby pozytywkę nakręcać przy użyciu imadła.

9-04-2014

 

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Joseph Kesselring/ Autorzy premiery na Broadwayu: Howard Lindsay, Russel Crouse
Arszenik i stare koronki
przekład: Antoni Marianowicz, Janusz Minkiewicz
reżyseria: Krzysztof Babicki
scenografia: Marek Braun
kostiumy: Sławomir Smolorz
choreografia: Jacek Tomasik
obsada: Anna Polony (gościnnie), Urszula Popiel (gościnnie), Sławomir Rokita/ Maciej Jackowski, Krzysztof Jędrysek, Tomasz Wysocki, Tadeusz Zięba, Feliks Szajnert, Wojciech Skibiński, Natalia Strzelecka, Jerzy Światłoń, Tomasz Augustynowicz, Grzegorz Łukawski, Rafał Sadowski
premiera: 22.03.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany hyrny
    hyrny 2015-05-20   03:23:01
    Cytuj

    To dlaczego nie możemy obejrzeć za darmo w internecie "Arszeniku i ..." z Kwiatkowską i Ludwiżanką, skoro płaciliśmy i płacimy na TVP abonament?