AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Teatr wypróbowany

Zemsta, reż. Krzysztof Jasiński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Pracownik Instytutu Kultury Współczesnej UŁ, redaktor miesięcznika „Dialog”.
A A A
fot. Krzysztof Bieliński  

Używamy tego słowa w teatrze rzadko, ale używamy: format. Chodzi o widowisko, które w niezmienionej lub nieznacznie zmienionej wersji pojawia się na różnych scenach w różnym czasie i z innymi aktorami. Jeśli nie klon, to na pewno brat bliźniak. Teatr Jaracza odgrywa Zemstę, którą niecałą dekadę wcześniej odgrywał warszawski Teatr Polski.

Dlatego też nie jestem przekonany, jak powinno się numerować Zemsty w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Zaś sytuację dodatkowo komplikuje fakt, iż jeszcze wcześniej, w 2004, Jasiński zrobił też Zemstę (zresztą graną do dziś) w Krakowie, na niedużej scenie Teatru Stu. Pomysł był dosyć podobny, ale tamto przedstawienie, mimo że też dźwięczą w nim skoczne dźwięki nakreślone przez Piotra Rubika, różniło się chociaż dekoracjami. Zemsty łódzka i warszawska dzieją się w scenerii bliźniaczo podobnej, choć podpisanej innymi nazwiskami. I jeśli oddaję się tej buchalterii, to nie dla samej magii liczb: wiadomość, że pomysł na spektakl powstał dawno temu, pozwala lepiej opisać charakter ostatniej propozycji Jaracza. Jest to widowisko poza czasem. Nawet, jak ktoś nie ma bladego pojęcia o rodzeństwie tej inscenizacji, ale choć trochę śledzi teatr, to szybko się zorientuje, że ogląda przedstawienie nieświadome istnienia takich rzeczy jak kalendarz. Jedni nazwą to ponadczasowością reżyserskiego zamysłu, inni – zaklinaniem czasu. Jedno nie przeczy drugiemu.

Nie doskwiera mi w tym spektaklu brak aluzji do współczesności (dosyć już mam lektury klasyki podporządkowanej konieczności jej unowocześniania i wiązania na siłę z tym, co tu i teraz). Zastanawia mnie natomiast przywiązanie Krzysztofa Jasińskiego do scenicznego konceptu, który – choć nigdy nie był przesadnie przejęty swoim związkiem ze swoją współczesnością – z czasem musi zacząć funkcjonować głównie jako historyczny dokument. Przywołam słowa największego z wielkich: to Peter Brook powtarzał, że przedstawienie po kilku latach powinno schodzić z afisza, bo się zwyczajnie starzeje, na tym właśnie polega kwintesencja teatru. I jeśli Brook sam nie zawsze robił użytek z tej wiedzy (ktoś zliczył, ile lat grał Mahabharatę?), to chyba miał świadomość, że widzowie spoglądają na jego latami eksploatowane spektakle jak na swoiste archiwa teatralnych przemian. Czy Krzysztof Jasiński chce, byśmy tak właśnie patrzyli na jego Zemstę? Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, a wręcz przeciwnie.

Przedstawienie ma coś z opery. Począwszy od pierwszej sceny, w której (tu gra po raz pierwszy Rubik, choć na szczęście nikt nie klaszcze) mamy słowno-gestyczną zapowiedź większości wątków z Zemsty. Później rozpoczyna się sekwencja recytatywów i arii granych frontem do publiczności z nadzieją (spełnioną) na jej oklaski w trakcie spektaklu. To poniekąd zrozumiałe, bo Krzysztof Jasiński nie tylko ma świadomość, iż Zemstę zna prawie każdy (podziękujmy raczej Wajdzie niż samemu Fredrze), więc duża część zdań ma po prostu siłę muzycznego szlagieru, ale też nie ryzykuje jakiejś relektury tekstu. W latach 2013-2015 Instytut Teatralny realizował spory projekt badawczo-artystyczny „Nikt mnie nie zna, czyli Fredro niekanoniczny”. Krzysztof Jasiński zrobił zaś spektakl dokładnie o czymś innym: o tym, że Fredrę zna każdy, a w każdym razie Fredrę kanonicznego. Efekt jest zgodny z założeniem: spektakl śmieszy tych, którzy najbardziej lubią te żarty, które już znają. Zatem większość potencjalnych widzów.

Postaci i sytuacje sceniczne maluje się tu grubą kreską. Cześnik (Andrzej Wichrowski), czyli w gorącej wodzie kąpany Raptusiewicz, naprawdę zanurza się w pierwszej scenie w balii (zgadnij widzu, czy jest w niej wrzątek, czy może chodzi o studzenie temperamentu). Rejent, czyli ten od „woli nieba”, chodzi po scenie z procesyjnym sztandarem. Wiatrówka do strącania makówki strzela z hukiem i błyskiem, a mur graniczny wznosi się na scenie dzięki pracy hydraulicznych podnośników z zapadni. To wszystko jest spójne, nierzadko zresztą posiada szlachetny urok, zwłaszcza wówczas, gdy zamknięta po bokach wysokimi schodami prowadzącymi do dwóch różnych gospodarstw scena doświetlona zostanie ciepłą bielą (scenografia Marek Chowaniec) i gdy ożywią ją swoją obecnością postaci w skrojonych ze starannie dobranych materiałów kostiumach (projekt Anny Czyż). Może właśnie dzięki takiej wyciszającej kompozycji tła i kadrów, zamierzenie ostentacyjna, przejaskrawiona gra aktorów nie trąci kabaretem.

A mogłaby, bo główna postać tej Zemsty, Papkin w wykonaniu Bronisława Wrocławskiego (w drugiej obsadzie pojawi się jeszcze Marek Nędza), szuka porozumienia z widownią zanim jeszcze wygłosi – do niej zresztą, nie do pozostałych aktorów – pierwsze zdania. Gram dla was – zdaje się deklarować, wymachując wielkim kapeluszem, mnożąc aparty, dopominając się gestami dłoni kończenia kwestii wraz z nim. Jest w tym konsekwentny i pomysłowy, a do tego – jakimś aktorskim sposobem – ze sceny na scenę nieustannie bardziej przekonujący.

W ogóle to właśnie druga część spektaklu robi lepsze wrażenie. Może dlatego, że nie musimy się oswajać z tym pomysłem na aktorski popis, a może dlatego, że… tego popisu jest tutaj mniej. Andrzej Wichrowski jest tu Cześnikiem, który umie już nie tylko się gorączkować, ale także płatać figle. Jest bardziej kameralny, a przy tym o wiele szczodrzejszy w okazywaniu zainteresowania złożoności swojej postaci. Wraz z Robertem Latuskiem (Dyndalski) i Bronisławem Wrocławskim tworzą najwspanialszą scenę tego przedstawienia, którą – tu też zaskoczenia nie ma – jest scena pisania listu, ale – wbrew przypuszczeniom – zagrana nie na forte, tylko na całej skali emocji. To taki mały koncercik na troje muzyków prowadzących swoje melodie, oddających – kiedy trzeba – głos partnerom, dbających o tempo i precyzję. To tu zobaczymy Bronisława Wrocławskiego, jakiego widujemy za rzadko: bardzo, bardzo oszczędnego w gestach, serdecznego w spojrzeniach, maczającego pióro w kałamarzu z gestem triumfującego szpadzisty. Robert Latusek nie gra gbura ani tłuka – raczej jakiegoś uwięzionego na zapyziałej prowincji pismaka, który nie miał w ostatnich latach zbyt wielu okazji, by używać głowy do myślenia i dłoni do pisania. Andrzej Wichrowski (jak on to wspaniale robi!) sam zdaje się zauważać – oczywiście jako Cześnik – jak bardzo spospoliciał, jak bardzo przestał troszczyć się o swój język, jak bardzo zgnuśniał.

Świetna jest para młodych. Elżbieta Zajko jest Klarą bystrą i bez wielkich pretensji. Mateusz Czwartosz jest zaś typem kochanka wyjętym raczej z wiktoriańskich powieści niż ze staropolskiego kufra z widmami. Tak naprawdę, to są trochę obok tego świata wielkich kłótni i wielkich gestów. Nie wbrew, ale właśnie obok.

Widać to doskonale we wszystkich scenach, w których Wacław Mateusza Czwartosza spotkać się musi z Podstoliną Ewy Audykowskiej-Wiśniewskiej, granej tu jakby chodziło o jakiegoś wampa z ruskiej guberni. Woskowa twarz matrioszki, napuszone blond włosy i brwi wąziutkie jakby zrobione z dwóch nitek, a do tego wschodni zaśpiew i nachalność… Ewa Audykowska-Wiśniewska cieszy się z tej roli, ale przecież ze świadomością przerysowania tej gry i jakiejś jej nieprzystawalności do tego, co prawdziwe i codzienne.

I jeśli to wszystko działa na widownię, to również dlatego, że aktorzy grają przed publicznością, która ich lubi i zna. I która dobrze wie, co może dostać. To taki teatr porozumienia gwiazd i fanów, w którym sama literatura i wszystko, co związane jest z jej interpretacją, okazuje się naprawdę drugorzędne. Satysfakcji publiczności ze spędzonego wieczoru upatrywałbym zatem nie w tym, że Krzysztof Jasiński znalazł jakiś sposób, by dowieść, że Zemsta jest klasyką wiecznie żywą, ale w postawieniu przez niego na teatralny mechanizm, który zawsze ma swoich widzów: mechanizm oparty na stworzeniu w widzu przekonania, że owocnie spędził wieczór, spotykając się z teatralnym rzemiosłem wyższej próby. Faktycznie i on, i sami aktorzy wiedzą, że wszystkich byłoby stać na więcej: na bardziej zniuansowaną interpretację. Tyle że zarówno Jasiński, jak i aktorzy mają także świadomość, że publiczność nie zawsze tego chce.

23-11-2022

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Aleksander Fredro
Zemsta
reżyseria: Krzysztof Jasiński
scenografia: Marek Chowaniec
kostiumy: Anna Czyż
inspicjentka, suflerka: Ewa Wielgosińska
obsada: Ewa Audykowska-Wiśniewska, Klara Zajko, Mateusz Czwartosz, Robert Latusek, Radosław Osypiuk, Karol Puciaty, Mariusz Siudziński, Łukasz Stawowczyk, Bogusław Suszka, Andrzej Wichrowski, Bronisław Wrocławski / Marek Nędza
oraz statyści: Dawid Bierzgalski, Piotr Kowalski, Bogusław Przybylak, Krzysztof Rusiecki
premiera: 19.11.2023

galeria zdjęć Zemsta, reż. Krzysztof Jasiński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi Zemsta, reż. Krzysztof Jasiński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi Zemsta, reż. Krzysztof Jasiński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi Zemsta, reż. Krzysztof Jasiński, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: