AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

To stało się w zabawie

Absolwentka wydziału wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, doktorantka Uniwersytetu SWPS. Była redaktorem naczelnym portalu teatrakcje.pl. Stale współpracuje z kwartalnikami „Scena”, „Aspiracje” i „Nietak!t”, publikowała również w „Teatrze”. Sekretarz regionu warszawskiego portalu teatralny.pl.
A A A
 

W zeszłym roku Anne-Louise Sarks i Kate Mulvany otrzymały za swoją Medeę szereg prestiżowych nagród, w tym Sydney Theatre Award dla najlepszej nowej sztuki australijskiej. Atrakcyjny koncept, by opowiedzieć historię mitycznej dzieciobójczyni z naiwnej, dziecięcej perspektywy, zyskał swoich sympatyków także w Europie, a dokładniej wśród twórców warszawskiego Teatru Polonia, w którym niezwłocznie poczyniono kroki, by przenieść tę opowieść na scenę.

Główną realizatorką tego równie intrygującego, co ryzykownego przedsięwzięcia uczyniono Dorotę Kędzierzawską, mistrzynię kina małych-wielkich bohaterów, kina poruszającego życzliwością spojrzenia, czułą prostotą narracji i empatią. Żmudne próby z udziałem dwóch par sympatycznie rozbrykanych chłopców przyniosły rezultat efektowny i budzący szacunek, ale całkowicie chybiony, ponieważ historia opowiadana przez australijski tandem niewiele ma już wspólnego z Eurypidesowym przetworzeniem mitu – jest zupełnie inną opowieścią.

Całość konceptu można by skwitować grafomańskim rymem, którym Medea (w tej nieciekawej roli Magdalena Boczarska) częstowała widzów na początku i na koniec przedstawienia: „Tak nie było w micie, tym antycznym hicie”. No właśnie, na scenie Teatru Polonia nie zobaczymy barbarzyńskiej Medei, księżniczki i czarownicy z Dalekiego Wschodu, która pomogła Jazonowi zdobyć złote runo; nie będziemy świadkami spisku i nieudanego zamachu na życie Peliasa, skutkującego wygnaniem małżonków; nie zobaczymy walki płci, podkreślonej przez różnice rasowe dzielące Medeę i Jazona; nie zobaczymy miłości, która przemienia się w nienawiść – nie mniej gorącą, szaloną, niedającą się ugasić. W zamian zobaczymy dość banalną obyczajówkę. Zobaczymy gry i zabawy dziecięce, które toczą się równolegle do wydarzeń świata dorosłego (tu: zakulisowych); zobaczymy Medeę – matkę, którą ojciec jej dzieci zostawił dla kobiety młodszej i piękniejszej; Medeę, która informuje swoich synów, że tatuś się wyprowadza, ale nawet nie próbuje z nimi rozmawiać, niczego dzieciom nie tłumaczy. Oświadcza tylko, że chłopcy już niedługo zamieszkają w pałacu, a malcy się cieszą, no bo „kto by nie chciał”. Medea w tej opowieści jest jedynie postacią epizodyczną, wchodzi do dziecięcego pokoju sporadycznie, strzepując z siebie odpowiedzialność za prowadzenie spektaklu niczym popiół z palonego nerwowo papierosa.

Przetworzeń tego mitu były oczywiście dziesiątki. Opowieść o zdradzonej kobiecie, zabijającej w odwecie własne dzieci, zapładniała wyobraźnię dramatopisarzy, filmowców, twórców teatru. Warto może jednak przypomnieć jedną ze scen ekranizacji Larsa von Triera, by pokazać, jak krańcowo różne mogą to być przetworzenia. Gdy starszy synek Medei spostrzega w jej dłoniach sznurek, podchodzi do niej i kładąc matce rączkę na ramieniu wyznaje: „Wiem, co się wydarzy”. A potem, gdy kruche ciałko jego brata zwisa bezwładnie z gałęzi, chłopiec wtula się w plecy kobiety i prosząc: „Pomóż mi, mamo”, wręcza jej podobny kawałek sznurka. Natomiast dzieci Medei naszkicowane przez duet Sarks-Mulvany chłoną życie takim jakie jest; przyszłość – o ile nie dotyczy zamieszkania w pałacu, w którym będzie można skakać z trampoliny do basenu – nie jest dla chłopców interesująca. Nie rozumieją, dlaczego ich mama nie może ani pozostać z nimi, ani wrócić do swego ojca. „Robiłaś coś złego? Paliłaś papieroski?” – pytają, ale więcej w tym dziecinnego przekomarzania się niż autentycznej ciekawości.

Twórcy programu do spektaklu poprosili dziecięcych aktorów, by powiedzieli kilka słów o sobie. Grający młodszego z braci Feliks Matecki zareagował na tę prośbę rozkosznym wyznaniem: „Bardzo chcę zostać Spidermanem i Batmanem jednocześnie”. I rzeczywiście, mały łobuziak na każdym kroku udowadniał, że jego energia (także ta sceniczna) jest niespożyta. Podczas premiery zawzięcie skakał po łóżku – podwieszonym nisko nad sceną i huśtającym się proporcjonalnie do intensywności rozbrykanych zabaw – zaczepiał brata, grał z nim w uczucia i ćwiczył szermierkę, rybkę o wdzięcznym imieniu Korneliusz raczył opowieściami o Argonautach, biegał, hasał, przewracał się, fikał po podłodze, jakby faktycznie władał mocą superbohatera. Najmniej w tym było aktorstwa. Oczywiście można by chwalić malca za sepleniące opanowanie tekstu, dziecięcą naturalność, swobodę w kontakcie z drugim, niewiele starszym chłopcem (również prywatnie bratem Feliksa), ale stawiam dychę, że widzowie równie dobrze bawiliby się oglądając maluchy biegające po podwórku. Albo równie niedobrze, bo jednak nie dla każdego oglądanie hałasujących dzieci musi być rozrywką.

Dla mnie rozrywką – przyznaję – było, ale jednak zgoła nieteatralną, a też i nie do końca uczciwą. Twórcy – karmiąc widzów chwytliwą informacją, że oto przedstawiamy perspektywę dziecięcą – przedstawili perspektywę własną, podpartą obrazkiem bawiących się i niczego nieświadomych dzieci. Wprawdzie na twarzach chłopców można było odczytać ewidentną frajdę, jaką sprawia im udział w spektaklu, ale jednocześnie nie opuszcza mnie poczucie, że dorośli posłużyli się nimi, by załatwić własne sprawy. Zupełnie jak w Medei.

8-09-2014

 

Teatr Polonia w Warszawie
Kate Mulvany, Anne-Louise Sarks
Medea
według Eurypidesa
przekład: Karolina Kołtun
reżyseria: Dorota Kędzierzawska
scenografia i światło: Arthur Reinhart
kostiumy: Małgorzata Zacharska
teksty piosenek: Piotr Lachmann, Bogdan Chorążuk
muzyka: Daniel Pigoński
animacje: Eliza Płocieniak-Alvarez
obsada: Magdalena Boczarska, Wincenty Matecki/Jan Rogaliński, Feliks Matecki/Adam Tomaszewski
premiera: 22.05.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: