AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wilgoć

Woda w usta, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego
Doktor nauk humanistycznych, krytyk teatralny, członek redakcji portalu „Teatralny.pl”. Pisze dla „Teatru”, kwartalnika „nietak!t”, internetowego czasopisma „Performer” i „Dialogu”. Współautor e-booka Offologia dla opornych. Współorganizuje Festiwal Niezależnej Kultury Białoruskiej we Wrocławiu.
A A A
fot. Natalia Kabanow  

Trudno mi sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio przestrzeń Dużej Sceny Wrocławskiego Teatru Współczesnego próbowano zaaranżować w sposób, w jaki zrobił to Arek Ślesiński. Do podobnych eksperymentów z układem scena-widownia w budynku przy ulicy Rzeźniczej tradycyjnie służy „pusta scena” na strychu. W tym jednak przypadku niewielka sala o skromnym zapleczu technicznym nie udźwignęłaby rozmachu pomysłu plastycznego, który pod wieloma względami zdominował przygotowaną przez Lenę Frankiewicz inscenizację.

Przekonujemy się o tym już w chwili zajmowania miejsc, czyli wybierając jedno z krzeseł rozstawionych po bokach sceny albo na jej dodatkowo rozbudowanym proscenium. Jesteśmy bardzo blisko akcji, z trzech stron dość szczelnie otaczając olbrzymią piaszczystą wyspę o wyraźnie zaznaczonych konturach. Przypomina paletę malarską. Przyrząd przygotowany do rozmieszczania, rozcieńczania i swobodnego mieszania teatralnych farb. W miejscu, gdzie powinien znaleźć się otwór na kciuk, usypano małe wzgórze. Tu – po krótkim, pełnym sztucznego dymu i ekstatycznych pląsów, taneczno-wizyjnym wprowadzeniu – wyląduje Viola, główna bohaterka i narratorka sztuki napisanej przez dramatopisarkę i pianistkę Sandrę Szwarc.

„O i wakacje / wakacje w końcu / słońce plaża / ptaki śpiewają / cały rok się męczyć czekać na ten dzień...” – rozprawia, leżąc na wznak, udając beztroską urlopowiczkę. Ale jakaś groteskowość i fantastyczność całej tej sytuacji wprost wisi w powietrzu. Odpowiada za to zarówno pełne wewnętrznego napięcia aktorstwo Pauliny Wosik, jak też dramaturgia, sprawnie podsycająca naszą niepewność co do tego, w jaki sposób Viola wylądowała na tej zagadkowej wyspie. Ale nie tylko. Rzecz w tym, powracając do konceptu scenograficznego, że większą część przedstawienia oglądamy przez składającą się z licznych długich plastikowych pasm zasłonę. Spuszczona na wyspę, oddziela nas od niej przezroczystą ścianą. Dzięki niej, zawieszonemu w nadsceniu kwadratowemu zwierciadłu z jednym uciętym rogiem oraz reżyserii świateł Aleksandra Prowalińskiego przestrzeń gry raz za razem wypełnia się, a raczej bywa zatapiana intensywnymi odcieniami koloru żółtego. Jak gdyby ten zagubiony w przestrzeni i czasie ostrów, bezlitośnie smagało słońce. Jak gdyby wszystko i wszyscy zanurzeni byli w miodzie, gęstym syropie, żywicy ciężkich do udźwignięcia przeżyć.

Miejscu temu daleko więc do ukrytej w oceanie rajskiej oazy. Jest puste. Niemalże sterylne. O drzewach i kokosach słyszymy jedynie z ust Violi. Zresztą nie tylko o nich. Większości rzeczy, o których mówi coraz bardziej niespokojna i przestraszona dziewczyna, nie dane będzie nam zobaczyć. Stąd jak najbardziej uzasadnionym wydaje się przypuszczenie, że istnieją tylko w jej rozgorączkowanej wyobraźni. Myślenie zaś o wyspie jako pejzażu psychicznym bohaterki już po kwadransie staje się dość oczywistym tropem interpretacyjnym. Nie zważając nawet na to, że spektakl rozkręca się nazbyt powolnie. Przez jakiś czas nie jestem pewien, o czym właściwie chcą ze mną porozmawiać twórczynie przedstawienia.

Dopiero później okaże się, że chociaż wyspa jest bezludna, nie oznacza to wcale, że Viola została na niej sama. Bo żadne to „wakacje”, tylko ucieczka. Rozpaczliwa próba wyrwania się, wyswobodzenia się z poprzedniego życia, które było życiem „plemiennym”, uwięzionym w ciasnej klatce toksycznych, pozbawionych żywych uczuć relacji rodzinnych. Ucieczka od domu z jego doprowadzającą do szału, a zarazem obezwładniającą atmosferą ciągłego niespełnienia, wzajemnej podejrzliwości i emocjonalnego odrętwienia, czego znakiem i symbolem jest wszechobecna i ciągle przypominająca o sobie wilgoć. Wyspa staje się dla Violi miejscem ostatecznej psychomachii; czyśćcem albo piekłem – w zależności od tego, czy będzie w stanie uporać się z własną traumą, prześladującymi ją widmami „drapieżnych” wspomnień. Oraz tego, czy zanim tu trafiła, nie dokonała czegoś nieodwracalnego.

Snujemy więc kolejne przypuszczenia i próbujemy, niczym antropologowie, zrekonstruować byt i obyczaje „plemienia” Violi, aż w pewnym momencie twórcy postanowią puścić nam zrobione w konwencji dokumentu nagranie. Ten montaż przetasowanych ze sobą wywiadów rozstawia większość kropek nad dotychczasowymi „i”. Opowiada o bezradności cierpiącej na osobowość borderline („osobowość z pogranicza”, czyli pomiędzy zaburzeniami psychotycznymi a neurotycznymi) Violi i cichej desperacji matki, niepotrafiącej nawiązać z nią bliskich relacji. O ojcu, który uparcie zaprzecza temu, że jest alkoholikiem. O bracie bliźniaku Violi, Sebastianie (Mariusz Bąkowski), którego z siostrą połączyła szczególna, pełna troski relacja. Wymyślili nawet własny, składający się z klaśnięć i pstryknięć palcami, język. Sebastian jednak wydaje się być „otruty” nienawiścią do rodzica i nie ukrywa swoich marzeń o zemście.

Nie jestem wszakże pewien, czy podobna wycieczka w rejony żerujących na emocjonalnym ekshibicjonizmie programów telewizyjnych była niezbędna. W każdym razie zdecydowanie wolę wcześniejsze, niekiedy bardzo poetyckie, innym razem ocierające się o niedorzeczność obrazy. Jak ten, w którym wspaniale pasujący do roli ciągle szukającego zwady ojca Rafał Cieluch wynurza na chwilę głowę z plastikowej zasłony. Tak, jak gdyby znalazł lufcik do innej rzeczywistości. Najpierw opieprza kogoś, kto nie umie zaparkować auta, żeby nagle zacząć zwierzać się z tego, jak bardzo się stara. Że cały jest wypełniony tym staraniem, a mimo to nic mu nie wychodzi. Albo ten, w którym Matka w przejmującym wykonaniu Anny Kiecy, zebrawszy włosy córki w kucyk u góry i nie wypuszczając go z rąk, biegnie dookoła wyspy wraz z Pauliną Wosik, niczym niosąca ogień olimpijski atletka. Wychodzi z tego dotkliwa metafora niekończącej się sztafety pokoleń, zapętlonej w paradoksie: rodzice, pragnący nawiązać autentyczną więź z własnymi dziećmi, najbardziej troszczą się o to, żeby wszyscy szeroko uśmiechali się na wspólnym rodzinnym zdjęciu.

Z drugiej strony, nawet po wspomnianym nagraniu spektaklowi daleko jest do jednoznaczności. Jak przyznaje reżyserka: „Po pierwszej lekturze tego tekstu byłam przekonana, że Viola swojego oprawcę «załatwiła» i cały ten potok słów, który się z niej wydobywa, wypowiadany jest przy okazji «odsiadki». To jednak tylko jedna z możliwych interpretacji”. Bo Woda w usta – utwór wyróżniony sceniczną realizacją w IV Konkursie Dramaturgicznym „Strefy Kontaktu”– jest tekstem wielowymiarowym i wielopoziomowym. Pełnym aluzji literackich labiryntem, za wejście do którego posłużył Wieczór Trzech Króli Williama Szekspira. Autorka postanowiła pofantazjować na temat tego, dlaczego Viola i Sebastian wyruszyli w daleką podróż. Co mogło wygnać ich z domu? Przed czym uciekali?

W tkankę sztuki zostaje również wpleciony świetne pasujący do jej tematyki wątek z Króla Leara. Despotyczny ojciec-władca, przestrzegający „krnąbrną” córkę, że tej „lepiej było wcale się nie rodzić / niż pożałować mu dobrego słowa”, staje się u Szwarc „królem szczurów”. Tych ohydnych poczwar, co żywią się wspomnianą wcześniej wilgocią. Ta zaś, zanim zmaterializuje się dzięki umieszczonym w nadsceniu spryskiwaczom, zdąży przesiąknąć nawet do oryginalnie pomyślanych scen parafrazujących znane motywy bajkowe. Tam bowiem ucieka wyobraźnia bohaterki, kiedy nie potrafi już mówić wprost, lecz nie zamierza też nabierać tytułowej wody w usta.

W jednym z takich epizodów Viola i Sebastian uciekają niczym Wendy i Piotruś Pan, posypując głowy gwiezdnym pyłem. „Staramy się walczyć z wilgocią, bo chyba przywędrowała tutaj z nami. Miejmy nadzieję, że wkrótce uda się nam całkowicie o niej zapomnieć, Sebastian tak jak zawsze twierdzi, że to możliwe, trzeba tylko wyruszyć w podróż, co też zresztą zrobiliśmy; jesteśmy więc chyba na jak najlepszej drodze” – napisze w liście do rodziców Viola. I doda: „Któregoś dnia na pewno uda się nam o niej zapomnieć, tak jak Wy zapomnieliście o nas”. Ciężkie to słowa i przykre. Niemniej jednak czasami między „rodzimym plemieniem” a Nibylandią najbezpieczniej wybrać to drugie.

11-05-2022

Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego
Sandra Szwarc
Woda w usta
dramaturgia: Sandra Szwarc
reżyseria: Lena Frankiewicz
scenografia i kostiumy: Arek Ślesiński
muzyka: Olo Walicki
choreografia: Ula Zerek
reżyseria światła: Aleksandr Prowaliński
video: Filip Wierzbicki, Mateusz Zieliński
asystent reżysera: Mariusz Bąkowski
konsultacje psychologiczne: Weronika Morawiec
obsada: Anna Kieca, Paulina Wosik, Mariusz Bąkowski, Rafał Cieluch
premiera: 29.04.2022

galeria zdjęć Woda w usta, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego Woda w usta, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego Woda w usta, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego Woda w usta, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: