AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wojna ołowianych żołnierzyków

Ksiądz Marek, reż. Jacek Bunsch, Teatr Polski we Wrocławiu
Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
fot. Mikołaj Pływacz  

1.
Jacek Bunsch, inscenizując Księdza Marka, ugrzązł na artystycznej mieliźnie. I nawet jeśli tytułową rolę Macieja Tomaszewskiego uznamy za popis aktorskiego kunsztu, nie ma w reżyserskiej interpretacji poematu dramatycznego Juliusza Słowackiego ni krzty pięknej katastrofy.

Na Świebodzkim zobaczycie bohaterów w kostiumach putinowskich zbirów, natowskich moro i cyberpunkowych ninja na tle wypalonych blokowisk, co skutecznie rozmywa religijno-patriotyczne traumy obrońców Baru, twierdzy-symbolu pierwszego szlacheckiego zrywu przeciw Rosji. Pełen aniołów, błyskawic i gromów tekst Słowackiego w pracy Bunscha dezawuują kabaretowe maniery aktorów, monotonne projekcje, kiepska muzyka i styropianowe gruzy.

2.
Tyrania władzy, małość wodzów, okrucieństwo wojny, heroizm spiskowców, kruchość inteligencji, rozwarstwienie społeczeństwa, uwikłanie miłości w konwenanse, jednostka przeciw Bogu – każdy z romantycznych tematów i wątków zda się ponadczasowy, uniwersalny, niezależny od aktualnego bestiarium polityki. I każdy da się zrealizować na scenie. Dziady Kazimierza Dejmka, Konrada Swinarskiego i Lecha Raczaka, Kordian Adama Hanuszkiewicza – ile wspomnień arcydzielnych realizacji, które porywały publiczność, rozbudzały umysły i emocje.

Jak się zdaje – poza lubianą dziś przez Zetki dekonstrukcją i innowacjami dramaturgów-demiurgów – dramat romantyczny można zagrać na dwa sposoby: przypominać historyczność epoki lub, od kontekstów uciekając, akcentować uniwersalność duchowości bohaterów. Można wreszcie rozegrać gorączkowe splątanie epoki z opresjami polityki we własnej, autorskiej wyobraźni, jak Wyspiański w Nocy listopadowej czy Strzępka i Demirski w Dziadach. Ekshumacji.

Mimo ogromnej kultury literackiej reżysera pomysł, aby poetycką, uwikłaną w towiańszczyznę wizję sprzed niemal dwustu lat przybliżyć do współczesności, w której militarny potwór Rosji znów jeży się nad Polską czy Syrią, wydaje się nieprzekonujący. Ukraina od lat także nie jest fantazmatem kresów i inteligenckich dram. Na kompletnie odmienionej geopolitycznie szachownicy toczą się współczesne gry wojenne i odmiennego doświadczamy heroizmu.

Z kolei wplątanie w quasi-współczesne narracje wątków ubranych w kostiumy dwudziestolecia międzywojennego (postacie Marszałka i Regimentarza przywołują epokę Piłsudskiego), które zapewne miały zuniwersalizować wymowę tej inscenizacji, dodatkowo skomplikowały prawdopodobieństwo czasoprzestrzeni, którą oglądamy. Można odnieść wrażenie, że Jacek Bunsch wyjął swoich bohaterów z pudła z żołnierzykami, w którym dowolnie mieszają się epoki i style.  

3.
W oryginale Ksiądz Marek jako scenariusz teatralny to XVIII-wieczny thriller polityczny z elementami mistycznego horroru. Jako żywo skrojony na miarę potencjału inscenizacyjnego paryskiego Cyrku Olimpijskiego. Pioruny tu grzmią i błyskają, słońce pali planetę do popiołu, świat zda się kosmiczną katastrofą, powstają duchy rycerzy z grobowców i kurhanów, nad głowami wzlatują ogniste smoki, ciała bohaterów doświadcza głód i zaraza, krew tryska. Sporo wrażeń. Sporo też szekspirowskiego, rozpoetyzowanego gadulstwa o tym, co się komu zdarza i co tam komu w duszy gra.

Mimo tych aeronautycznych i klimatycznych powikłań poetyckiej wyobraźni autora Kordiana anegdota wydaje się stosunkowo prosta. W Barze na Podolu zawiązuje się konfederacja przeciw Rosji – w obronie wolności i wiary. Wolność jest szlachecka, choć z lekkim odcieniem filosemickim, a wiara maryjno-katolicka, o czym przekonuje odtwarzana z offu Pieśń konfederatów z kultowym canto: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach / Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi, / Bo u Chrystusa my na ordynansach, / Słudzy Maryi”.

Kosmiczną tragedię obrońców Baru, opuszczonych przez dowódców, dopełnia sensacyjna intryga – los awanturnika i seksoholika Kosakowskiego (skandalicznie mroczny, doszczętnie zdemoralizowany prototyp sienkiewiczowskiego Kmicica) spleciony z losem Judyty, prorokini, córki rabina, lokalnego finansisty obrabowanego i powieszonego przez tegoż antyherosa.

Wątek drugi to wojenna agresja Rosjan, z powodu rejterady przywódców powstrzymana przez determinację księdza Marka, mistyka i samorzutnego lidera wiernych ojczyźnie obrońców, oraz almanzorowski, efektowny motyw zagłady z powodu dżumy, która obezwładnia butnych agresorów, wprowadzonych do twierdzy przez zdradę Judyty, żądnej pomsty za śmierć ojca.

Całość splatają sceny erotyczne, pojedynki, morderstwa, męczeństwo Marka oraz sporo (nie)moralnych dysput polskich i rosyjskich elit wojskowych o istocie wojny, heroizmu lub tchórzostwa. W przypadku tych drugich określenie „elity” to jednak zdecydowane nadużycie. Impertynencja, zezwierzęcenie, przemoc to atrybuty Rosjan. I, niestety, Kosakowskiego.

Słowacki zatem proponuje czasoprzestrzeń awanturniczą, thriller polityczny, szekspirowską miłość, zbrodnicze charaktery i historiozoficzną mistykę, Bunsch tylko mimowolny sceniczny żart, doceniony przez część publiczności, która po przerwie wróciła w stanie lekkiej nieważkości i, żwawo maszerując obok zaskoczonych aktorów ku krzesłom, chichotała już do końca spektaklu, za co twórców jednak trudno winić.

4.
A choć przestrzegał Konstanty Puzyna, aby nie pisać o teatrze marzonym, wytłumaczę, co na scenie zdarzyć się nie powinno.

Po pierwsze banalna i tandetna scenografia. Lekkie zadymienie, kurz wapienny, taczka gruzu i tony pomalowanego na szaro styropianu lokowały zdarzenia – tak rozumiem zamiar Roberta Rumasa – w zdruzgotanym mieście. Bloki pokruszonych płyt ułożono w dwa niskie wały wzdłuż osi zdarzeń scenicznych, co skutkowało tym, że zarówno sceny zbiorowe, jak i niezbyt subtelne wyznania kochanków zdobiły mimowolne szelesty, poświsty i popiskiwania sztucznego tworzywa. To pierwsze ze źródeł niepowagi na scenie. Na domiar złego w tym niby-gruzowisku ulokowano podesty, na których bohaterowie mogli polegiwać albo wić się z rozpaczy, zgodnie z literą tekstu, lecz niezgodnie z realiami dekoracji.

Tymczasem – znów marzenie widza – dramat aż prosił się o rozstawienie szpitalnych prycz czy żelaznych łóżek (pojawiły się w XVIII wieku), których ramy i sienniki mogłyby nie tylko zagrać mury w ruinie, lecz i narzędzia męki Marka i spalonych żywcem przez Rosjan chorych czy, w scenach erotycznych, swoiste instrumenty muzycznej ekstazy. W tekście Słowackiego epizod płonącego szpitala to nie tylko impuls nagłego zwrotu akcji, lecz i wielka figura kary Bożej na skalę Boschowskiego piekła. W budowlane inferno Rumasa uwierzyć się nie da.

Po drugie banalne projekcje. Dosadnie, lecz niewytłumaczalnie wobec tekstu przywołujące współczesne tragedie Aleppo czy Mariupola – komputerowo nałożono płomienie na czarno-białe zdjęcia zrujnowanych blokowisk. Jakoś nie a propos tego, o czym słyszymy. W toku zdarzeń nużąco powtarzalne. Słabo rezonujące wobec akcji na scenie. A przerywająca pląsy płomyków transmisja z Watykanu, w której papież łaja księdza Marka i jego herosów – w oryginale scena gorzka, bo kładąca klątwę na ich niepokorne myśli o wierze i wolności – zdaje się grubym, patrykowo-vegowskim żartem podszyta.

Po trzecie fonia. Poza powszechnie znaną Pieśnią konfederatów niewiele fraz autorskich Piotra Klimka da się zapamiętać. Grzmoty piorunów i armat zdają się infantylne, nie budują nastroju powagi. Emocje widzów bazują na poetyce muzycznej ilustracji do kreskówek.

Po czwarte reżyseria świateł. Dariusz Bartold odpalił bodaj wszystkie białe światła pod sufitem, czym spłaszczył i pozbawił jakiegokolwiek światłocienia scenografię i aktorów. Czerwone czy niebieskie płachty w oknach tła od biedy przypominają o wojnie czy porze dnia, ale pomarańczowe świetlówki zapalone prawem kaduka pośród tej białej płaskiej plamy na scenie niczego i nikogo z przestrzeni nie wydobywają, niewiele uwypuklają, wydają się barowe, a nie kosmiczne.

5.
To był wieczór Macieja Tomaszewskiego. Aktora, który rozumiał, co mówi, i skutecznie bronił postaci księdza Marka przed śmiesznością. Nawet jeśli nadużywał chwilami gestyki kina niemego – dramatyczne rozkrzyżowania ramion, przesłanianie oczu, uścisk płonącej ideami głowy – uwiarygodniał te gesty interpretacją tekstu. Znakomita dykcja, świetna emisja głosu, docieranie do sensu słów; naprawdę intrygująca lekcja romantycznego teatru poetyckiego.

Tomaszewski zbudował dystans wobec trywialnie współczesnych kostiumów i nieprawdopodobnej scenografii. I, wracając do teatru marzonego, powinien tego wieczoru po prostu zagrać monodram na tle pantomimy postaci-figur woskowych, postaci z militarnego panopticum, postaci z niezbyt erotycznego kabaretu, skoro reżyser aż tak chciał uwspółcześnić swoją inscenizację, a aktorom w większości zabrakło dykcji i talentu, by olśnić lub chociaż przekonać.

Być może obroniłby się jeszcze Krzysztof Kuliński w etiudzie Rabina zamordowanego z rozkazu Kosakowskiego-psa wojny (chciałoby się powiedzieć za Forsythem), lecz unieprawdopodobnił tę postać sam Słowacki, pozbawiając ją głębi, operując swoistym szmoncesem. Może broniłbym Braneckiego w interpretacji Marcina Rogozińskiego – dobry głos i oszczędna gestyka w dławiącej gardło roli kolaboranta Rosji. Może też zakapturzonych animatorów zdarzeń – ni to mnichów, ni to ninja, ni to montażystów sceny tajemniczo błyskających latarkami w podcieniach Świebodzkiego.

Niczego dobrego nie da się napisać o Judycie Magdaleny Różańskiej – zamiast płomiennej prorokini nowych relacji między Polakami a Żydami zobaczyliśmy rozczapierzoną, rudowłosą Barbie, postać pozbawioną jakkolwiek wiarygodnych emocji, monotonnie, mechanicznie odtwarzającą tekst Słowackiego, w człowieczeństwie raczej groteskową niż dramatyczną, o gestach w manierze influencerek z Instagrama.

Pozostali aktorzy to kukiełki z różnych bajek. Tylko tyle.

5.
A puenta – gorzka. Szkoda styropianu, można było nim ocieplić czyjś dom.

16-12-2022

Teatr Polski we Wrocławiu
Juliusz Słowacki
Ksiądz Marek
opracowanie tekstu i reżyseria: Jacek Bunsch
scenografia i kostiumy: Robert Rumas
muzyka: Piotr Klimek
wideo: Piotr Wyrzykowski
światło: Dariusz Bartold
obsada: Maciej Tomaszewski (gościnnie), Ernest Nita, Magdalena Różańska, Krzysztof Kuliński, Błażej Michalski, Bartosz Buława, Edwin Petrykat, Marian Czerski, Maciej Gisman, Michał Białecki, Jakub Giel, Marcin Rogoziński, Andrzej Olejnik, Hubert Kowalczys, Jakub Grębski, Marcin Piejaś (rola na filmie)
premiera: 19.11.2022

galeria zdjęć Ksiądz Marek, reż. Jacek Bunsch, Teatr Polski we Wrocławiu Ksiądz Marek, reż. Jacek Bunsch, Teatr Polski we Wrocławiu Ksiądz Marek, reż. Jacek Bunsch, Teatr Polski we Wrocławiu Ksiądz Marek, reż. Jacek Bunsch, Teatr Polski we Wrocławiu ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany SAFETOTO
    SAFETOTO 2024-03-05   10:42:35
    Cytuj

    It's a game. Five dollars is free. Try it It's not an easy game ->-> 카지노사이트.com