AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wszyscy jesteśmy bardzo ważni

Zwiastowania, reż. Karolina Szczypek, Festiwal Nowe Epifanie w Warszawie
Karolina Szczypek  

Każdy ma coś do powiedzenia na temat rodziny. Coś prawdziwego, bo popartego doświadczeniem. Coś ważnego, bo wpływającego nie tylko na nas, ale i na cały świat. Jesteśmy przecież tego świata podstawą i centrum jednocześnie. Z naszej ważności wynika również istotność rodziców oraz wszystkiego, co między nami. Posłuszeństw i buntów. Zwłaszcza tych drugich, z których wywodzimy zwycięstwa i porażki, chlubę i wstyd. W Zwiastowaniach Karoliny Szczypek, przedstawieniu przygotowanym w ramach festiwalu Nowe Epifanie, poznajemy osiem rodzinnych historii, opowiadanych przez performerów występujących pod własnymi imionami. To nie tylko aktorzy, ale także dramatopisarze, dramaturdzy i reżyserzy. Wśród nich sama Szczypek.

***
Na Scenie Malarnia warszawskiego Teatru Studio stoi tylko kilka krzeseł. Na ścianie w głębi pojawiać się będą obrazy – głównie z kamery, którą operuje jeden z performerów, szukając zbliżeń i portretów. Wyróżnia się nagranie pochodzące z rodzinnego archiwum, na którym widać tańczącą na weselu młodą parę. Mogą to być rodzice Pawła Sablika, który, tańcząc w sukni ślubnej, podejmuje rozmowę z obrazem, a więc i z ważnym zdarzeniem z przeszłości, którego nie może pamiętać. To jeden z niewielu momentów, w których twórcy wychodzą poza opowiadanie wspomnień. Artyści w materiałach promocyjnych mówili o inspiracji filmami dokumentalnymi Marcina Koszałki, co tłumaczy przyjętą ascetyczność formalną i perspektywę osobistego doświadczenia. Tłumaczy, ale nie pomaga w jej realizacji. Każdy z performerów kolejno wygłasza monolog, w którym mierzy się z pytaniem „jak zacząć?”. W tę monotonną strukturę wpleciono oszczędne rozmowy i duety rodem z psychodramy, w których jedna z postaci gra rodzica drugiej. Jest też kulminacyjna scena, która jako jedyna wprost odnosi się do przywołanego w tytule zwiastowania Maryi (poprzez choreografię i wyświetlony tekst dramatyczny). Poprzedza ją najlepszy z monologów.

Magdalena Dębicka zwierza się, że cały czas nie może niczego zacząć i opowiada o idealnym początku. Rozgrywa się on w świecie filmu, bo – jak mówi performerka, i doprawdy nie sposób się z nią wtedy spierać – „teatr jest słaby”. W tle gra Ordinary Love U2, a Dębicka z ironiczną egzaltacją opowiada wymarzoną scenę z filmu dla nastolatków, w którym gra główną rolę. Dba przy tym o zachowanie możliwie wszystkich kiczowatych chwytów, które znamy z tego typu produkcji. Z wyobraźni przechodzi do pamięci. Wspomina sytuację z dzieciństwa, gdy jako siedmiolatka usłyszała, że jej ciocia zaszła w nieplanowaną ciążę. Uciekła do łazienki przerażona myślą, że dzieci mogą się pojawić skądinąd, a gdy się zjawią, niechybnie uniemożliwią jej zaczęcie jej własnego życia. I nie tylko lęk przed macierzyństwem się w tym dziecięcym strachu odbija, ale i obawa przed stratą wolności do niezależności i od odpowiedzialności, której kult jest dziś tak wszechobecny, że aż przezroczysty. Pośrednio zwraca na niego uwagę Julia Biesiada, która na wstępie przedstawienia informuje, że szuka mamy. Choć zdaje sobie sprawę, że jest już za stara na bycie adoptowaną, to chce zapełnić dotkliwą pustkę w relacjach. Przepytuje pozostałych performerów – sprawdzając ich rodzicielskie kwalifikacje, ale tak naprawdę dając pożywkę do budowania kolejnych obrazów, w których liczę się ja – domniemany rodzic. Dziecko jest tylko pretekstem lub narzędziem do budowy wymarzonego autoportretu. Ten świat krzyczącego i zwielokrotnionego „ja” wydaje się niezwykle odległy od anielskiej wizyty w mieście Nazaret. Nawiąże do niej scena po monologu Dębickiej.

Na ścianie w głębi pojawia się tekst dramatyczny. To uwspółcześnione rozmowy Archanioła Gabriela z Józefem i Marią. Z każdą kolejną linijką narasta zdumienie – dlaczego artyści po prostu tego nie zagrali? Zamiast mówić o sobie i celebrować odsłonięcie przed widzem, mogli mu pokazać napisany już świat, w którym biblijna historia zderza się ze współczesną perspektywą. Przyobleka się w mięso, tętni krwią. Ożywa w buncie przeciwko Gabrielowi i Bogu. W walce o podmiotowość zarówno Józefa, jak i Marii. Nie zagrali, ale – dzięki i za to – pozwolili w spokoju przeczytać. Powstrzymali erupcje wspomnień i zajęli się układaniem żywych obrazów: zwiastowanie, wygnanie z raju i w centrum – Maria Magdalena (Sablik) myjąca stopy Chrystusowi (Dębicka). Na ten kilkunastominutowy, wykorzystujący symbole i mocujący się z mitem fragment trzeba było czekać ponad półtorej godziny.

Przez ten czas dwudziestokilkuletni artyści z zapałem i przekonaniem rozprawiali o własnych przeżyciach. Odważnie rzucali się w otchłań przeszłości sprzed kilkunastu lat, ofiarnie wydobywali szczątki dawnych postaci, minionych „ja”, tak przecież barwnych i wartościowych, tak wyjątkowych i uniwersalnych jednocześnie, że z natury ciekawszych niż biblijne opowiastki – nudne, bo doskonale znane. Przegląd konfesji, kompleksów i konfliktów międzypokoleniowych miał na celu umożliwienie widzom utożsamienia się z historiami płynącymi ze sceny. Szło mi to marnie, choć jestem w podobnym wieku co performerzy. Częściej zamiast na nich patrzyłem na plecy siedzącej w pierwszym rzędzie kobiety. Wyobrażałem sobie, że jest życzliwa i patrzy na te egotyczne fajerwerki z wyrozumiałością i pobłażliwością, którą niekiedy dorośli przybierają wobec podekscytowanych dzieci, a która nie jest lekceważeniem. Usiłowałem przechwycić te emocje, zwalczyć rosnącą irytację, ale nic z tego. Opowieść Sablika o wymyślonym, lecz nienapisanym eseju pod tytułem Antropologia dzieciństwa wywołała we mnie gorączkę bibliograficznych rekapitulacji, które mogłyby nieszczęsnemu i wyraźnie pogubionemu myślicielowi pomóc. Z kolei Michał Pawlik, wspominający Braci Karamazow Teatru Provisorium i powtarzający kwestię Iwana, uświadomił mi, że przy odrobinie brawury nawet Dostojewski może posłużyć do ćwiczeń z zażenowania widza.

***
Terapeutyczny wymiar, który artyści realizowali poprzez ekspiacje, nie tylko nie pomógł zgłębić tematu zwiastowania, ale też go wbrew zapowiedziom nie rozszerzył. Pozwolił uciec w bezpieczny autotematyzm. Piszę „bezpieczny”, ponieważ choć z pozoru performatywny, to w odbiorze uderzająco teatralny. Oparty nie na obecności, lecz na grze. Jak zwykle w przypadku takich chwytów w teatrze mam problem z wiarą w autentyczność aktorskich obnażeń i przekroczeń. W przypadku młodej obsady przyjemność z przebywania na scenie i zajmowania się samym sobą była szczególnie wyraźna. Opowiadanie terapeutycznym językiem przydługich historii, które jedynie opisywały emocje, zamiast je przywoływać, nie mogło poruszyć. Ale może to tylko mój problem? Różnica częstotliwości, na którą ani artyści, ani ja nie mamy wpływu. To, co u nich głębokie i szczere, u mnie pobrzmiewa płaską, fałszywą nutą. Grotowski zwykł oceniać pracę aktorów podług prostej skali: „wierzę” / „nie wierzę”. Ta dychotomia pasuje i do Nowych Epifanii i do tematu Zwiastowań. Wierzę, że wszyscy jesteśmy bardzo ważni – zwłaszcza dla samych siebie. Ale w teatr na tym zbudowany – nie wierzę.

19-08-2020

Festiwal Nowe Epifanie w Warszawie
Karolina Szczypek
Zwiastowania
realizatorzy: Julia Biesiada, Andrzej Błażewicz, Magdalena Dębicka, Agnieszka Kryst, Magdalena Osińska, Michał Pawlik, Paweł Sablik, Karolina Szczypek
konsultacja artystyczna: Marcin Koszałka
premiera: 04.07.2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: