AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wykrzyczeć niemoc

Obywatelka Kane, reż. Wiktor Rubin, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie
Teatrolog i filmoznawca.
A A A
fot. Magda Hueckel  

Czy Orson Welles chciał, byśmy lubili Charlesa Fostera Kane’a? Najpewniej tak – bohater „największego filmu wszech czasów” jest człowiekiem sympatycznym, a przy tym „po ludzku” niedoskonałym; postępuje niekiedy naprawdę niemądrze, choć w imię własnych zasad. Dzięki temu widzka czy widz mogą współodczuwać z rozczarowanym życiem bogaczem, co więcej: za majątek, który pojawił się właściwie przypadkiem, mały Charlie musiał zapłacić naprawdę wysoką cenę. Właściciel szóstej fortuny świata nie ma szczęścia ani w interesach, ani w miłości. I choć widzimy, że miłość własna okazuje się silniejsza od jakiegokolwiek uczucia – czy to do żony, czy przyjaciela – nie potępiamy bohatera, który naiwnie wierzy, że może sprawić, by go kochano.

William Randolph Hearst, czyli, jak twierdzą historycy kina, jeden z pierwowzorów postaci Kane’a, amerykański magnat prasowy, nie był bogaczem znikąd. Wręcz przeciwnie: syn biznesmena i polityka dobrze wiedział, jak i po co manipulować ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy co dzień przyczyniają się do powiększania fortun bogaczy. W spektaklu Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina Hearsta / Kane’a gra Krzysztof Globisz. Pojawia się najpierw na projekcji, a ujęcie przypomina ikoniczny kadr dzieła Wellesa – osamotniony Kane stoi pośród rozrzuconych gazet, które właśnie obwieściły światu jego klęskę. Niegdysiejszy władca słów wypowiada kolejne kwestie z trudem – utracił nad słowami kontrolę, a one straciły moc kreowania sensów. To wprowadzenie w historię wnuczki Hearsta, Patty Hearst (Marta Ścisłowicz), wydało mi się ciekawe. „Co ma stanąć w twoim miejscu, dziadku?” – pyta Patty. „Coś jeszcze bardziej wartego zniszczenia” – odpowiada mężczyzna.

Obywatelka Kane nie jest, jak można się domyślać, znając twórczość Janiczak i Rubina, opowieścią o dziwnych losach Patty Hearst, która jako dwudziestolatka została porwana przez organizację terrorystyczną Symbionese Liberation Army. Członkowie SLA najpierw żądali uwolnienia osadzonych terrorystów, a kiedy do tego nie doszło – sfinansowania przez rodziców dziewczyny kilkumiesięcznego programu żywieniowego dla najuboższych. Marta Ścisłowicz nie tylko gra dziedziczkę fortuny, ale wypowiada się również – jak deklaruje – we własnym imieniu (zwłaszcza w finale spektaklu, o czym za chwilę). Historia z lat siedemdziesiątych XX wieku staje się zatem punktem wyjścia do przedstawienia problemów nam współczesnych. Spektakl Janiczak i Rubina, co również nie było dla śledzących ich dokonania widzek i widzów zaskoczeniem, ma odwoływać się do sumień (i portfeli) publiczności. Odniosłam jednak wrażenie, że tym razem twórczyni i twórca posunęli się o krok za daleko w teatralnym wezwaniu do (i tak doraźnych lub wręcz pozornych) czynów. Uruchomili przy tym większość ze stosowanych już wcześniej w swoich przedstawieniach zabiegów.

Patty Hearst najpierw zwraca się do ducha (?) dziadka (William Randolph Hearst zmarł niespełna trzy lata przez narodzinami wnuczki), potem do publiczności. Właściwie nie nawiązuje kontaktu z zamkniętymi w ogromnej szklanej kuli (przywołującej skojarzenia ze śnieżną kulą, rozbijającą się w scenie śmierci bohatera Obywatela Kane’a) rodzicami. Matka (Dorota Segda) i ojciec (Roman Gancarczyk) wyglądają niczym bogacze z wyobrażeń kilkulatków: są nieco zbyt eleganccy (choć to elegancja raczej w stylu aspirującej burżuazji), oddają się rozrywkom właściwym dla swojej sfery, czyli ona wyszywa, a on popija whisky. Wokół ich azylu, który równie dobrze można określić jako więzienie, porozstawiano posągi – Hearstowie byli posiadaczami pokaźnej kolekcji sztuki. Ten wycinek świata, groteskowy i groźny zarazem, oddziela od rzeczywistości, w jaką wkracza Patty, napis no trespassing (wstęp wzbroniony), znów odwołuje do filmu Wellesa. Tam oznaczał nie tylko niechęć bogacza do „zwykłych ludzi”, którzy nie powinni przekraczać bram jego posiadłości, ale również niemożność poznania prawdy o drugim człowieku – jego motywacjach, intencjach, tym, co dla niego najistotniejsze. W Obywatelce Kane motywacje i intencje tytułowej bohaterki są aż nadto wyraźne. Tyle że możliwości ich realizacji ograniczają się do interakcji z publicznością, a ta nie zawsze reaguje zgodnie z oczekiwaniami.

Rzecz nie w tym, że w spektaklu ujednoznaczniono historię Patty Hearst, która po anarchistycznym epizodzie powróciła na łono rodziny, korzystając z wszelkich zapewnianych przez nią przywilejów (łącznie z ułaskawieniem przez prezydenta Stanów Zjednoczonych), choć jej nieoczywistość mogłaby być dla publiczności równie, jeśli nie bardziej, interesująca. Patty grana przez Martę Ścisłowicz pragnie przede wszystkim uwolnić się od dziedzictwa, zarezerwowanego z racji pochodzenia miejsca w historii. Ale też więcej: chce zmienić świat, jaki po części urządził jej dziadek, chce rewolucji. Dlatego też po porwaniu nie tylko przyłącza się do anarchistów, ale też żąda czynu – i żądanie to kieruje do teatralnej publiczności. I Ścisłowicz, i aktorzy grający członków SLA (Małgorzata Gałkowska, Radosław Krzyżowski, Łukasz Stawarczyk) zdają się w tym momencie mówić już nie tylko w imieniu swoich postaci, ale również we własnym. Kobiet i mężczyzn żyjących w Polsce na początku trzeciej dekady XXI wieku. Pragnących zarazić potrzebą zmiany siedzących na widowni, której pierwsze rzędy zostają przez członków SLA otoczone siatką. Zatem my – niektórzy z widzek i widzów – również mamy czuć się porwani? Jesteśmy zakładnikami? A jeśli tak, to czyimi? Mamy przecież partycypować w rewolucyjnym działaniu, bo przy zapalonych światłach Marta Ścisłowicz pokonuje rzędy widowni i natarczywie zadaje wybranym osobom pytania: „kto jest twoim wrogiem?” „jaki budynek chciałbyś wysadzić?”. Padają odpowiedzi dość oczywiste, wyrażające polityczne nastroje (Ordo Iuris, Nowogrodzka etc.), ale też mniej spodziewane: „nikogo nie nienawidzę”, „nie chcę niczego wysadzać”, „dlaczego zmiana ma być ufundowana na zniszczeniu?”. Na jednym z pierwszych pokazów odpowiedzi widzek i widzów odrzucających „zadany temat” jeszcze zaskakiwały aktorkę, wprowadzały lekki zamęt. Zdecydowanie lepiej było przy zaproszeniu publiczności do rewolucyjnych działań – na przedstawieniu, które oglądałam, około trzydziestu osób wdrapało się na scenę, ale tylko niektórzy załapali się na kombinezony członków SLA. Nikt jednak nie skorzystał z zaoferowanych siekier, które mogłyby posłużyć do rozwalenia „starego świata”, a sama obecność widzek i widzów na scenie niczego nie zmieniła, nie naruszyła zasady teatralnej reprezentacji, tylko pozornie naruszonej wezwaniem do stworzenia wspólnoty. Której złudzenie zostało dość brutalnie zburzone w finale spektaklu.

Już nieco wcześniej Bogdan Brzyski, grający narzeczonego bohaterki, Stevena Weeda, zwracając się do Patty, prezentuje bluzę z wizerunkiem mężczyzny w średnim wieku – jako „wyraz solidarności i oddania sprawom, na których ci zależy”. Dodaje też, że bluzę można kupić w foyer „przed i po spektaklu”, a cały dochód zostanie przekazany dla „bezdomnego z bluzy”. Ów bezdomny, pan Szymon, pojawia się w ostatniej scenie przedstawienia: Marta Ścisłowicz wywołuje go z widowni i opowiada jego historię. Jest rzeźbiarzem, stracił bliskich, zniszczył swoje prace, został bezdomnym. Aktorka proponuje poznanie „niesamowitej historii Szymona” w zamian za zapewnienie mu noclegu, kolacji. Ale jest też inna opcja: można wylicytować kolację z Martą Ścisłowicz, na której to ona opowie tę historię. Na przedstawieniu, które oglądałam, jedna z widzek wygrała licytację sumą tysiąca pięciuset złotych, które zostaną przekazane „na stałe lokum dla Szymona”.

Nie po raz pierwszy duet Janiczak-Rubin zaprosił do współpracy osobę bezdomną – kilka lat temu w Vernonie Subuteksie na projekcjach wystąpiły osoby bezdomne, opowiadając o swojej sytuacji. Podobno każda z nich otrzymała honorarium. W Obywatelce Kane występujący gościnnie Szymon Sobecki staje przed publicznością, podaje dłoń zwycięzcy lub zwyciężczyni licytacji. A mnie na usta ciśnie się pytanie, które członkini SLA, Ms Moon (Małgorzata Gałkowska), zadała kilka scen wcześniej Stevenowi Weedowi, a ja mogłabym zadać dramaturżce i reżyserowi: „Dlaczego nie zaprosiłeś go do domu?”. I nie chodzi o dyskomfort, jaki fundują oni widzkom i widzom, ale o pozorność „projektu Obywatelka Kane”, który – jak mówi w ostatnim monologu spektaklu Ścisłowicz – „każdy może pomóc rozwinąć”. Tylko czy można czegoś naprawdę chcieć, będąc stawianym pod ścianą i oskarżanym o brak odpowiedniej świadomości czy społeczną niewrażliwość?

25-02-2022

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie
Jolanta Janiczak
Obywatelka Kane
reżyseria: Wiktor Rubin
scenariusz, dramaturgia: Jolanta Janiczak
scenografia, wideo: Łukasz Surowiec
kostiumy: Marta Szypulska
muzyka: Krzysztof Kaliski
reżyseria światła: Szymon Kluz
inspicjent / sufler: Krzysztof Sokołowski
obsada: Bogdan Brzyski, Małgorzata Gałkowska, Roman Gancarczyk, Krzysztof Globisz, Radosław Krzyżowski, Dorota Segda, Łukasz Stawarczyk, Marta Ścisłowicz (gościnnie), Szymon Sobecki (gościnnie)
premiera: 28.11.2021

galeria zdjęć Obywatelka Kane, reż. Wiktor Rubin, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie Obywatelka Kane, reż. Wiktor Rubin, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie Obywatelka Kane, reż. Wiktor Rubin, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie Obywatelka Kane, reż. Wiktor Rubin, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Anna
    Anna 2022-03-16   02:37:45
    Cytuj

    "Dzięki temu widzka czy widz..." - dalej nie czytałam. To jakaś nowa odmiana grafomanii. Nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie to drażni. Uwłacza kobietom.