AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Chcemy wrócić do domu

Agnieszka Żulewska, fot. Marcin Klaban  

Magda Piekarska: Jaki był TR, do którego wchodziła pani sześć lat temu?

Agnieszka Żulewska: To była instytucja-dom, tak przynajmniej wówczas to czułam. Trafiliśmy tam z Dobromirem Dymeckim, z którym studiowałam w łódzkiej Filmówce. Wcześniej znalazła się w TR Justyna Wasilewska po tej samej szkole. W 2016 roku zastałam to miejsce jeszcze w stanie nienaruszonym, z niesamowitą energetyką, z której wszyscy czerpaliśmy. Przychodziło się tam z przyjemnością.

Kiedy to się zmieniło?

Po tym, jak cztery lata temu Natalia Dzieduszycka została dyrektorką naczelną. Teatr zaczął zmieniać strukturę. W sposobie zarządzania przypominał coraz bardziej korporację, a coraz mniej instytucję kultury.

Na czym to polegało?

Na sposobie zarządzania i doborze osób. Z dawnymi, oddanymi teatrowi pracownikami dyrektorka rozstawała się bez żalu i bez sentymentów. Ta wymiana kadr stała się ciągła, jak w korporacjach. Mam wrażenie, że z perspektywy Dzieduszyckiej wizja wielkiego, nowego, pięknego budynku przy placu Defilad przyćmiła esencję naszego TR. Coraz więcej osób odchodziło z pracy w różnych działach. Często jako powód podawali wypalenie, brak perspektyw rozwoju, złą atmosferę.

Jej przyczyną była Natalia Dzieduszycka?

Odpowiedzialność dotyczy obojga dyrektorów, no i relacji między nimi. Ich konfliktu nie sposób było nie zauważyć, a im więcej osób odchodziło, tym bardziej atmosfera gęstniała także na tej linii. Od początku to nie była najlepiej dobrana para, Natalię i Grzegorza dzieliły różnice w rozumieniu tego, czym jest teatr. Grzegorz jest teatrem, rozumie teatr i właściwie nie ma innego życia poza nim. Natalia jest administratorką. Dwóm tak odległym od siebie wizjom trudno się spotkać, funkcjonować w symbiozie. Tu ewidentnie się to nie udało. W dodatku Grzegorz kompletnie odcinał się od konsekwencji decyzji Natalii, tłumaczył, że nie leżą w zakresie jego obowiązków. Usiłował odsunąć od siebie odpowiedzialność za zmiany w zespole, a prawda była taka, że miał wpływ na kwestie związane z zatrudnieniem i mógł zrobić dużo, żeby w teatrze pozostały osoby, które przecież dobrze znał, z którymi pracował przez lata i które wprowadzał do TR.

Jak znosiliście tę sytuację?

Czuliśmy się jak dzieci rodziców, którzy się rozwodzą, którzy przestali lubić się nawzajem. Zaufanie do osób, które miały nas przecież prowadzić, malało z każdą chwilą.

Zespół aktorski – jak dotąd – przetrwał ten kryzys niemal w całości.

Tak, te zmiany kadrowe długo go omijały – odeszły dwie osoby, obie w sposób, w jaki nie powinny znikać z zespołu, po cichu, bez podziękowań, jakby były zbędne. Ale to, że sytuacja w teatrze w stosunkowo niewielkim stopniu dotknęła zespół aktorski, nie ma tu właściwie znaczenia, bo TR działał zawsze jako zespół w większej skali, obejmującej wszystkich pracowników. Szybko dotarło do nas, że nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez tych wszystkich osób, które wspierały naszą obecność na scenie, że to jest łańcuszek i jeśli zabraknie w nim jednego oczka, wszyscy polegniemy. Jesteśmy w teatrze bardzo zżyci z sobą, to nam daje wiarę, że jeśli przetrwamy, to właśnie jako grupa.

W ciągu dwóch lat z teatru odeszło około 30 osób. Kto to był?

Pracownicy wszystkich działów: inspicjenckiego, obsługi widowni, techniki teatralnej. Osoby, które były z nami przez długi czas i bez których nie wyobrażaliśmy sobie żadnego spektaklu, które od lat znały esencję teatru. Z nimi czuliśmy się bezpiecznie. Celowo nie przytaczam tu żadnych nazwisk, bo musiałabym wymienić całą długą listę – zniknięcie każdej i każdego z nich odczuwaliśmy tak samo boleśnie.

Próbowaliście na to reagować?

Tak, cały czas prowadziliśmy dialog z dyrekcją, zarówno za pośrednictwem związków zawodowych, jak i indywidualnie. Te próby miały wiele różnych odsłon. Naprawdę próbowaliśmy się porozumieć, ale nasze postulaty nie były realizowane w żaden sposób. Wciąż mieliśmy wrażenie, że dyrekcja albo nas nie słucha, albo mija się z prawdą czy bagatelizuje problem. Kiedy ogłosiliśmy wobec dyrektorów wotum nieufności, spodziewaliśmy się, że usłyszymy liderski plan naprawy, propozycję rozwiązań, które przyczynią się do poprawy sytuacji. To wszystko były próby podejmowane z wiarą, że dyrekcja nas usłyszy i zrozumie, że przede wszystkim chcemy ratować instytucję. Tymczasem Grzegorz Jarzyna jedynie zrzucał z siebie odpowiedzialność za wszystkie odejścia pracowników. Prowadziliśmy też rozmowy z władzami miasta, z Arturem Jóźwikiem, dyrektorem warszawskiego Biura Kultury – za jego pośrednictwem odbyła się zresztą próba mediacji z dyrekcją, zerwana, bo nie przyniosła efektu. Nasz publiczny protest i list otwarty pojawiły się jako ostatnia deska ratunku, kiedy poczuliśmy się już doprowadzeni do ostateczności.

Grzegorz Jarzyna kieruje TR Warszawa od 24 lat. O nieprawidłowościach w instytucji było głośno za jego poprzedniej kadencji – wówczas jednak chodziło o nadużycia natury finansowej, nie o atmosferę w teatrze.

Dziś jesteśmy w innym momencie, w procesie zmiany świata, pewnego przebiegunowania, kiedy rozmaite zasiedzenia tracą datę ważności, a na zacienione od dawna obszary pada światło. Przez wiele lat nie widzieliśmy wielu nadużyć w TR, które dziś wydają nam się oczywiste, a do dyrekcji podchodziliśmy w bezkrytyczny sposób. Teraz mamy też więcej odwagi niezbędnej, żeby powiedzieć „dość!” opresji, sytuacji, w której wszyscy staliśmy się ofiarami toksycznej relacji. Nie byłoby tej odwagi bez świadomości, która budziła się powoli.

Że dyrektorem nie zostaje się na stałe?

Tak, i jest to mocno odświeżająca myśl. Wszyscy w zespole czuliśmy się mocno związani z Grzegorzem, a będąc w takiej relacji, niezwykle trudno zobaczyć na niej rysy, spojrzeć z dystansu i zacząć myśleć inaczej. Każdy z nas jest mu wdzięczny za skonstruowanie zespołu, przy czym Grzegorz nie był tu jedyny – bardzo pomagał w tym procesie Paweł Kulka, często to on właśnie proponował nowe osoby do zespołu. To było dla nas ekstremalnie trudne, powiedzieć Grzegorzowi, że nasza relacja jest chora, że nie jesteśmy w stanie dłużej tak funkcjonować, że to wszystko się rozpadnie, jeśli coś diametralnie się nie zmieni. Każdemu zdanie sobie sprawy z tego, gdzie się znaleźliśmy, zajęło trochę inną ilość czas. Każdy z nas inaczej to oswoił, jedni z mniejszym sentymentem, inni wciąż w poczuciu wielkiego do Grzegorza przywiązania.

Pani po sześciu latach było łatwiej niż tym, którzy z TR byli związani od dekad?

Troszkę łatwiej, chociaż moment, w którym przyszłam do TR, był dla mnie szczególny. Mocno przylgnęłam wtedy do Grzegorza i jego wizji teatru. Na pewno ta budząca się w nas świadomość opresji ma pewien związek z ruchem #MeToo, który zmienia nie tylko polskie, ale też światowe instytucje kultury. I jego ogromny zasięg wyszedł znacznie ponad nadużycia ze sfery seksualnej. Wraz z nim pojawiają się przecież narzędzia, z pomocą których rozpoznajemy mechanizmy przemocy. Jeszcze niedawno byliśmy wobec nich bezradni pewnie też dlatego, że wszyscy wychowywaliśmy się w środowiskach zakażonych opresją i uznawaliśmy ją za naturalny element środowiska, w którym funkcjonujemy.

Czym ta opresja objawiała się w środowisku TR-u?

To była cała seria zdarzeń i sytuacji. Widzieliśmy, jak dyrekcja traktuje ludzi, jak wmanewrowuje ich w rozmaite manipulacyjne gierki, i czuliśmy, że tracimy do niej zaufanie. Najważniejszym powodem tych decyzji o rezygnacji z pracy, było degradowanie pracowników z długim stażem – najbardziej jaskrawe przejawy dotykały tu osób działających w związkach zawodowych.

Przewodniczący związku, który miał stanowisko pracy tuż przy gabinecie pani dyrektor, któregoś dnia dostał informację, że ma poszukać sobie innego biurka, bo to miejsce zajmie ktoś inny. De facto nikt tego biurka nie potrzebował, to był odwet dyrekcji za wykonywanie czynności związkowych, czyli dbanie o dobro pracowników. To było konsekwentnie przeprowadzane wyniszczanie ludzi.

Na facebookowym profilu waszego protestu jest też relacja osoby, która po rozwiązaniu umowy nie mogła wejść do teatru, żeby zabrać swoje prywatne rzeczy. Takie sytuacje wskazują na mobbing. Czy zostały uruchomione procedury antymobbingowe?

W naszych pierwszych próbach porozumienia się z dyrekcją zawarliśmy postulat o wprowadzeniu nowej procedury antymobbingowej. Stara wymagała radykalnego odświeżenia. Prosiliśmy o uruchomienie anonimowych ankiet, które regularnie sprawdzałaby poczucie bezpieczeństwa pracowników, ale też o powołanie osób zaufania, monitorujących sytuację. Osoby zaufania faktycznie zostały wyłonione, ankiet nie wprowadzono. Jednak przez procedury antymobbingowe przechodzi się jak przez kilka płotów z zasiekami – człowiek wykrwawi się, zanim udowodni, że padł ofiarą wyniszczającego działania.

Na stanowisko dyrektora zostanie ogłoszony konkurs. To nie jest wystarczające rozwiązanie?

Nie, bo jeśli zostanie ogłoszony we wrześniu, będziemy zmuszeni jeszcze przez piętnaście miesięcy pracować w instytucji prowadzonej przez skonfliktowaną ze sobą dyrekcję, która teraz publicznie deklaruje start w nim osobno. Tak nie sposób funkcjonować, wychodzić na scenę. Dlatego chcemy, żeby dyrekcja podała się do dymisji, a na jej miejsce została powołana osoba pełniąca obowiązki, która będzie w stanie stworzyć nam normalne środowisko pracy.

To się raczej nie wydarzy. „Różnice poglądów między dyrektorką Teatru a dyrektorem artystycznym wynikają z innych wizji sposobów zarządzania. Nie mają charakteru konfliktu, nie mają negatywnego wpływu na ustalenia między nami i na naszą współpracę. Bierzemy pełną odpowiedzialność za zarządzanie instytucją aż do końca powołania. Nie ma żadnych prawnych ani formalnych przesłanek do przerwania naszej kadencji” – napisali w oświadczeniu w reakcji na wasz protest Dzieduszycka i Jarzyna.

Niesamowite, że mamy do czynienia z tak silnym syndromem wyparcia. My szczerze, w jasny sposób komunikujemy realny problem – nie rozumiem, jak można tego nie słyszeć, nie dostrzegać argumentów. W dodatku właśnie dostaliśmy oficjalne poparcie dla naszego protestu od związków zawodowych reprezentujących pracowników wszystkich działów teatru, co oznacza, że cały teatr jest skonsolidowany przeciw dyrekcji. Nie wiem, co jeszcze musiałoby się wydarzyć, żeby ta wola trzymania się stołka stopniała. Nie mogę uwierzyć, że po tym wszystkim, co się wydarzyło, Natalia Dzieduszycka wciąż podkreśla, że będzie startowała w konkursie na dyrektora TR! I że oboje z Grzegorzem twierdzą, że między nimi nie ma konfliktu. Łudziliśmy się, że będą jeszcze w stanie uderzyć się w pierś i przyznać do odpowiedzialności za złą sytuację w teatrze. Tylko pod takim warunkiem moglibyśmy rozmawiać o wyjściu z niej. Tymczasem po wtorkowym spotkaniu z Biurem Kultury Dzieduszycka i Jarzyna zostali przez nas, czyli przez zespół aktorski i reprezentantów związków zawodowych, ponownie poproszeni o podanie się do dymisji.

Wyobraża sobie pani powrót do pracy w nowym sezonie z tą samą dyrekcją?

Nie. Nikt z nas sobie nie wyobraża, że po tym, jak to wszystko pękło, mielibyśmy wrócić i normalnie pracować. Już wcześniej mierzyłam się z uczuciem niechęci do miejsca, które przedtem było moim domem. To było dziwne uczucie – wcześniej premiery były przecież okazją do bycia ze sobą, celebrowania tych małych świąt, do spotkania, rozmów, śmiechu. To wszystko zostało zaprzepaszczone, zamiast pozytywnych emocji czuło się chłód. Teraz przy takich okazjach z dyrekcją i nowymi pracownikami, których przecież nie znamy, omijamy się wzrokiem lub witamy się chłodno. Wydawało się, że apogeum nastąpiło rok temu, kiedy na oficjalne zakończenie sezonu nie przyszedł żaden aktor, co było wyrazem niezgody na sytuację w teatrze. Teraz, 26 czerwca, zagramy ostatni spektakl w sezonie – Onko w reżyserii Weroniki Szczawińskiej, ze wspaniałą rolą Sebastiana Pawlaka. I z tego, co wiem, żadne oficjalne zamknięcie sezonu nie jest już nawet planowane.

29-06-2022

Agnieszka Żulewska – aktorka, absolwentka PWSFTviT im. Leona Schillera w Łodzi. Występowała na wielu scenach, grając m.in. u Marcina Libera (Wesele, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy) czy Eweliny Marciniak (Bohaterki, Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu). Występowała w stołecznych Nowym Teatrze, Teatrze Polonia oraz Teatrze 6. Piętro. Od 2016 roku jest w zespole TR Warszawa, gdzie można ją oglądać m.in. w Innych ludziach w reż. Grzegorza Jarzyny czy Cząstkach kobiety w reż. Kornela Mundruczó. Za rolę w filmie Chemia w reż. Bartosza Prokopowicza została wyróżniona Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego w 2016 roku. Za film krótkometrażowy Fragmenty w reż. Agnieszki Woszczyńskiej dostała kilka nagród na zagranicznych festiwalach.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2022-06-30   21:05:46
    Cytuj

    i tak pada mit "młodszych zdolniejszych" fundowany od początku na kumoterskich - z prasą i władzą - zasadach! Rewolucja, jak zwykle - pożera swoje dzieci...