AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Lekcje z zagubienia

Filip Zawada, fot. Michał J. Gadek  

Magda Piekarska: Podejrzewam, że strach padł już na wszystkie artystyczne zawody. Można się starać, a koniec końców i tak przyjdzie Filip Zawada i zrobi to lepiej.

Filip Zawada: Sztuka to jednak nie jest konkurencja sportowa. Poza tym wiele rzeczy robię gorzej od innych. Jeśli działa tu jakaś wykładnia, to nie ze świata sportu, ale matematyki – dużo pracuję, pewnie więc statystycznie jest większa szansa, że więcej uda mi się zrobić. Niekoniecznie „lepiej”, tak tego nie czuję. A jeśli jakaś metafora ze świata sportu ma tu zastosowanie, to tylko taka, że walczy się zawsze z samym sobą, nie z kimś innym, a jeśli robię coś „lepiej”, to lepiej od samego siebie, przynajmniej tak staram się robić. Rzeczy, z których nie jestem zadowolony, nikomu nie pokazuję. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś ma poświęcić pięć godzin na czytanie mojej książki, chcę mu dać coś najlepszego, co potrafię napisać. Zresztą pewnie większość osób zajmujących się sztuką tak ma.

Ale większość zamyka się w ramach jednej dziedziny. Niewielu artystów ma tak rozbudowane biogramy – prozaik, poeta, ostatnio też dramaturg, fotograf, rysownik, muzyk, kompozytor i jeszcze, tu już spoza świata sztuki, łucznik.

Nie zastanawiam się nad tym, zwyczajnie chcę poznawać, doznawać nowych rzeczy, każda kolejna uczy mnie czegoś nowego, poprawia jakość tego, czym zajmowałem się wcześniej. Kiedy pisałem Widzę nic na konkurs Strefy Kontaktu Wrocławskiego Teatru Współczesnego, szybko zdałem sobie sprawę, że to zupełnie inna robota niż pisanie prozy, sytuacja, w której nie mogę wspomagać się opisem, popychać akcji do przodu wtrętami typu: „i wtedy on powiedział”, które w powieści są na porządku dziennym. Musiałem zastanawiać się, jak to ominąć, to była nowa sytuacja obsługi słów. Bardzo dużo mi to dało, także ze względu na moją pracę nad kolejną książką – marzę o tym, żeby napisać rzecz, w której każde zdanie będzie ewidentnie istotne, a funkcja żadnego nie będzie sprowadzała się do łączenia wątków w całość. Kiedy byłem łucznikiem, nauczyłem się lepiej koncentrować, pisanie dramatu nauczyło mnie jeszcze bardziej ascetycznego używania słów. Takie wyzwania traktuję jako niezbędny element rozwoju. Do któregoś momentu łatwiej jest się uczyć – można iść do szkoły, czekać, co powie mistrz, nauczyciel, a uprawiając tak samotnicze zajęcie jak pisanie, trzeba uczyć się samemu, stawiać sobie zadania.

Chodziło ci wcześniej po głowie, żeby napisać dramat?

Tak, napisałem jakiś czas temu scenariusz filmowy, ale uznałem, że jest niedobry i pomysł upadł. Zacząłem pisać dramat, znów utknąłem. Potem przyszło zaproszenie do Stref Kontaktu i zastanawiałem się, czy powinienem brać w tym udział, czy umiem napisać tekst na scenę, bo może bez sensu zajmuję miejsce komuś, kto lepiej da sobie z tym radę. Ostatecznie zdecydowałem, że zaryzykuję. Nigdy nie piszę na czas, czas mnie paraliżuje. Tutaj czasu wydawało się sporo, ale i tak nerwowo poprawiałem sztukę dwa dni przed wysłaniem. Okazało się, że myślenie nad tekstem zajęło mi cały rok, przez ten czas dwa inne dramaty utknęły w połowie i dopiero z trzecim udało mi się dobrnąć do końca. Sztuka okazała się też najbardziej aktualna, dotycząca roku, który właśnie mija, najbliższa emocjonalnie dla mnie. Zwyciężyła w moim prywatnym konkursie domowym.

Większość nagrodzonych w konkursie prac dotyka tematów aktualnych, niektóre tych z pierwszych stron gazet – wykorzystywanie seksualne w kościele, zaostrzone prawo antyaborcyjne. U ciebie mamy opowieść o izolacji, ale nie w kontekście pandemii, tylko ślepoty głównej bohaterki.

Tak, bo mi nigdy nie zależy na dosłowności, nie jestem zresztą do wielu rzeczy przekonany, że są jakie są. Nawet kiedy widzę krzesło i zdrowy rozsądek podpowiada mi, że jest to krzesło, mam w sobie jednocześnie dużo wątpienia, bo może to zlepek energii, może drzewo, pod którym ktoś umarł, może siedzę na mogile – dużo kontekstów się tu nakłada. I w Widzę nic też nie chciałem, żeby było dosłowne. Ślepota głównej bohaterki jest motorem napędowym także dlatego, że spektakl, w którym aktorzy nie widzą, może być ciekawy w realizacji. Z drugiej strony to ciekawe podsumowanie pandemicznego roku i czasu, kiedy wszyscy, jak główna bohaterka, potrzebujemy kogoś na wyciągnięcie ręki, kogoś, kto może być blisko i nagle zaspokojenie tej prostej, wydawałoby się, potrzeby, staje się niemożliwe do osiągnięcia. Kiedy założyłem, że bohaterka nie widzi, zastanawiałem się, ile sam nie dostrzegam, nie czuję. Poza tym pandemia niby budzi taką potrzebę zbliżenia, a mam wrażenie, że oddalamy się, coraz mniej rozumiemy, nie wiemy, jak reagować. Ja na przykład nie wiem, jak pomóc synowi ze zdalną szkołą, poruszam się po tym nowym świecie na dotyk, po omacku. W sztuce jest takie zdanie, które mówi, że żeby coś zobaczyć, potrzeba dystansu, jeśli coś leży na oku, nie dostrzegamy tego. Jednocześnie okazja, żeby podsumować coś na szybko, bez dystansu, wydawało mi się fascynującą perspektywą. Pewnie za szybko wyciągam wnioski, po katastrofie trzeba przecież czasu na odpoczynek, żałobę, dystans i próba rozumienia przychodzą potem.

To nasze pogubienie w nowej sytuacji znajduje też odzwierciedlenie w sytuacji bohaterki, pozbawionej punktów oparcia.

I jest też częścią mojego zagubienia. Owszem, możemy się poużalać nad sobą, że tacy jesteśmy biedni, zagubieni, że trzeba nas głaskać po główkach, ale pogubienie jest tak naprawdę częścią naszego życia, istotną i fajną, tylko trzeba sobie na nią pozwolić. Dziś wydaje nam się, że wszystko się ułoży, kiedy zrozumiemy koronawirusa, że zrobimy się spokojniejsi, wiedząc, jak działa, mając w kieszeni lekarstwo na tę chorobę – wtedy to zagubienie minie. Nic z tego, nie minie, bo gdyby tak było, mijałoby stopniowo z każdym odkryciem dokonywanym w historii ludzkości. Z jakiegoś powodu mamy je jednak w sobie, może to jest częścią naszej refleksji nad światem? Minie koronawirus, zacznie się katastrofa klimatyczna. Ja potrzebuję mojego zagubienia, jest dla mnie dobrym przewodnikiem. Nuda i zagubienie to są moi najważniejsi nauczyciele myślenia.

Chciałbyś kiedyś coś wyreżyserować?

Pisząc, miałem w głowie sceny z gotowego przedstawienia, rzeczy, które mogą się rozgrywać na scenie. Chciałbym to zrobić, oczywiście. Taka perspektywa budzi apetyt. Lubię wyzwania, wyobrażam sobie, jak ciężką pracę to by oznaczało, ale poniekąd przez rok ją wykonywałem, pisząc i wyobrażając sobie każdą kolejną scenę. Mam też masę znajomych i przyjaciół w teatrze i wierzę, że oni na pewno by mnie wspomogli. Praca w teatrze jest zawsze zespołowa, przynajmniej tak ja ją rozumiem, a rola reżysera nie jest kluczowa. Jest on tylko jednym z trybików tego mechanizmu.

Znasz teatr od podszewki. Od 2005 komponujesz muzykę do spektakli, choć to mało powiedziane, bo twój udział w pracy nad przedstawieniami ma szerszy wymiar.

Z Przemkiem Wojcieszkiem zrobiliśmy kilkanaście sztuk w całej Polsce, później byłem częścią tego, co robią Paweł Palcat i Piotr Łukaszczyk, pracowałem też z Emilią Piech w Bydgoszczy. Mogę powiedzieć, że w teatrze trochę się nasiedziałem i to doświadczenie dużo mi dało przy pisaniu sztuki. Od razu, przy pierwszym zdaniu, pojawiły się inna perspektywa i wyobraźnia – przeniosłem się do w ciemnego pomieszczenia bez okien, na scenę, zacząłem widzieć postaci, część z nich wymazywałem, część dodawałem. Miałem wizje konkretnych rozwiązań scenicznych, które bardzo mi pomagały w pisaniu.

Dotąd do teatru byłem zapraszany głównie jako osoba od muzyki, ale prowadziłem też z reżyserami rozmowy dotyczące aktorów, scen, dialogów. Niby znałem swoje miejsce w szeregu, ale jednocześnie byłem lustrem pozwalającym przyjrzeć się temu, co robią. Twórcy mogli skorzystać z moich pomysłów, a ja nie czułem, że jestem tylko kompozytorem, ale częścią całości. Chciałem mieć wpływ na więcej niż tylko na muzykę, a ponieważ jestem przyzwyczajony do samotniczej pracy, nie mogłem wytrzymać, jak mi coś przeszkadzało w spektaklu. Jak czułem, że zaproponowane przez reżysera rozwiązanie jest gówniane, niespecjalnie przebierałem w słowach, więc pewnie czasami praca ze mną była trudna, ale naprawdę ciężko było mi siedzieć z zamkniętą gębą, kiedy widziałem, że źle się dzieje na scenie. Dlatego chciałbym spróbować reżyserii. I mam nadzieję, że ktoś mi zaufa, w końcu nie ma sztuki bez ryzyka. Może w prozie gatunkowej pewne schematy działają, ale mnie nie interesuje pisanie hitów, drugich części, odcinanie kuponów, a jeśli przy okazji trzeba się sparzyć, to trudno.

A jak samotnik czuje się w teatralnej wspólnocie, w działaniu zespołowym?

Na co dzień funduję sobie rzeczy związane z emocjami w głowie, w teatrze są na patelni, aktorzy mają nerwy na zewnątrz, z jednej strony muszą mieć twarde dupy, z drugiej można ich skrzywdzić, dotykając piórkiem. Praca z nimi dlatego jest szalenie ciekawa, bo nie wiadomo, co się wydarzy. Sam pracę w teatrze traktuję z początku jak wakacje, a potem, po premierze, za każdym razem jestem wykończony, obiecuję sobie, że to ostatni raz, że jestem za stary na taki emocjonalny wysiłek, że wystarczy. A potem pojawia się propozycja i zapalam się z tą samą energią. W teatrze ten tygiel jest fascynujący, poza samymi nerwami, których nie jestem w stanie wytrzymać. Nie znoszę nerwowych reżyserów.

Pamiętasz, jak trafiłeś do teatru?

Zaczęło się od filmów, z Bodo Koxem kręciłem offowe głupkowate filmiki, w których byliśmy operatorami, muzykami, aktorami. Potem zgłosił się do mnie Przemek Wojcieszek, który robił Doskonałe popołudnie, tytuł filmu pożyczając z piosenki Pustek, w których wtedy grałem. Zagraliśmy w filmie kawałek na żywo i była to jedna z najbardziej dynamicznych scen. Potem Przemek robił Cokolwiek się zdarzy, kocham cię w warszawskim Teatrze Rozmaitości i zaprosił do współpracy Pustki. Nie miałem planu pracy w teatrze, nie miałem wtedy zresztą żadnych planów dotyczących siebie, poza pisaniem, to akurat wiedziałem od szkoły średniej. Owszem, jako młody chłopak lubiłem teatr, jak piłem piwo przed wrocławskim Współczesnym, patrzyłem z podziwem na Macieja Tomaszewskiego, kiedy wychodził z budynku, bo znałem go ze Sztukmistrza z Lublina w reżyserii Jana Szurmieja. Historię o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim w reżyserii Piotra Cieplaka i z muzyką Kormoranów oglądałem z piętnaście razy, a młody buntownik, którym wówczas byłem, odkrył średniowiecze traktowane na lekcjach polskiego jako mękę pańską, przekonał się, że w teatrze ta epoka zaczyna żyć i że może mieć fascynującą twarz. Teatr pokazywał, jak wielu rzeczy nie rozumiem, uczył mnie życia. Nie wiem zresztą, czy matury nie zdałem właśnie dzięki temu, że polubiłem teatr, który zachęcał mnie do poznawania tych tematów, które w podręczniku nie wydawały się zbyt fascynujące.

A potem sam stanąłeś na scenie.

Tak, w Cokolwiek się zdarzy w Rozmaitościach brałem udział w każdym spektaklu, muzyka była tam grana na żywo. Obejrzałem więc ich multum i nawet przy tych ostatnich były momenty, że zapominałem, że mam grać, bo na przykład Rafał Maćkowiak tak mnie rozśmieszył, że czułem się bardziej widzem niż muzykiem. Fascynujące, bo ile można oglądać to samo, wydaje się to nie do zniesienia, ale tak naprawdę każdy spektakl był zupełnie inny, a mój udział w tym przedstawieniu okazał się najlepszym z możliwych sposobem na doświadczenie tego, jak teatr się zmienia, jak ludzie reagują na siebie nawzajem. W tej pracy dużo pewności dała mi Kasia Majewska, ówczesna partnerka i producentka spektakli Przemka, mnóstwo czasu spędziłem na rozmowach z nią. W teatrze zaczęło się wiele przyjaźni na całe życie, ta robota potrafi połączyć.

Jakie spektakle lubisz oglądać?

Boję się chodzić do teatru.

Dlaczego?

Boję się sytuacji, kiedy oglądam coś żenującego i nie mogę nic zrobić. Zwykle jestem w stanie przyzwyczaić się do przedstawienia po piątym, szóstym obejrzeniu. Nie jest tak, że teatru kompletnie unikam, najczęściej jeżdżę do Legnicy, to jest teatr, do którego jest mi bardzo blisko. Ale jeśli oglądam spektakl, nad którym nie pracowałem, czuję dziwne rozkołatanie. Nie oglądam zresztą też filmów, denerwują mnie, kiedy z wyprzedzeniem zaczynam się domyślać zakończenia. To też powoduje rodzaj wstydu, żenady, jakbyś oglądała Randkę w ciemno, w której kandydat na randkowicza mówi: „zaśpiewam ci pod oknem serenadę” – od razu łapię pilota i muszę przełączyć na inny program. Paradoksalnie w pandemii zobaczyłem dużo więcej spektakli niż zwykle, oglądałem dużo przedstawień na Ninatece, trochę też po to, żeby przyjrzeć się temu, co powstaje. Duże wrażenie zrobiło na mnie Posprzątane, fenomenalnie napisany tekst Sarah Ruhl w reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej z Agatą Kuleszą w roli głównej. No i wszystkie rzeczy legnickie pokazywane w sieci, z serialem Magdy Drab i Piotra Ratajczaka na czele. Byłem absolutnie zachwycony bajką Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka pod tytułem Golec. Paradoksalnie okazuje się, że pandemia nie jest takim najgorszym czasem dla teatru. Jasne, na żywo odbiera się go inaczej, ale mimo to dla osoby, której trudno przebić się przez fabułę filmową, teatr, nawet ten oglądany na ekranie, wydaje się lepszą propozycją – formalnie oszczędniejszy, z ciekawszą treścią.

A co cię żenuje w teatrze?

W teatrze granica między geniuszem a żenadą jest bardzo cienka, to balansowanie jest ciągłe. Życie jest szare i w tej szarości jest mnóstwo odcieni, a teatr jest czarno-biały, raz żenujący, raz genialny. Co mnie żenuje? Nie przepadam za golizną, więc wstydzę się, siedząc na widowni, kiedy ktoś jest za bardzo rozebrany, to jest mi kompletnie niepotrzebne. Są też rzeczy, które są żenująco zagrane, nadgrane, a przecież już samo to, że aktor jest na scenie, sprawia, że staje się ważny, i im mniej gra, tym bardziej ta jego obecność jest fascynująca. Na próbie, kiedy widzę, że ktoś umiera przez dwadzieścia minut, mogę powiedzieć: „to jest żenujące, zróbmy to inaczej”. Kiedy siedzę jako widz w teatrze, czuję się bezsilny. No, ale spektakl można poprawić, a w książce, która jest źle napisana, nie mogę zmienić ani jednego zdania. Ta stałość jest paraliżująca.

Jak znosisz pandemię?

Mam właśnie za sobą najdłuższy w życiu okres nierobienia, przechorowałem koronawirusa i od półtora tygodnia kaszlę, jestem zmęczony, dokucza mi mgła, pokowidowa depresja, wszystko zwaliło się na raz. Nie jestem w stanie napisać ani linijki, a pisanie od lat jest dla mnie oczywistą codzienną czynnością, jak mycie zębów. Kiedy jednak patrzę na pandemię w perspektywie całego minionego roku, widzę, że był to bardzo dobry okres, świetnie czuję się w domu i to, że mniej czasu tracę na dojazdy, że przez pandemię jestem bardziej wsobnie skupiony w taki dobry sposób, bardzo pomaga mi w pracy. Teraz muszę przejść przez to sanatorium z jak najmniejszym napięciem, muszę odpoczywać. Ciężko mi się żyje bez pisania, codziennie wieczorem kładę się do łóżka z poczuciem, że zmarnowałem dzień. Ale nie mogę narzekać, jestem wdzięczny światu, bogu, kosmosowi, przypadkowi, za to, że mogę pisać. Gdybym miał opowiedzieć o szukaniu sensu w życiu, o tym, w którą stronę zmierzać, w moim przypadku ten kierunek jest oczywisty i dawno ustalony.

05-05-2021

Filip Zawada – artysta: prozaik, poeta, dramaturg, muzyk, fotograf, rysownik. Reżyser i aktor filmów offowych. Grał w zespołach Saksofonowe Ptaki, AGD (płyta: Echolokator), Pustki (płyty: 8 Ohm, DO MI NO), Indigo Tree (płyty Lullabies Of Love And Heath, Blanik). Obecnie gra w jednoosobowym zespole ITOITO. Jest twórcą muzyki do filmów i spektakli teatralnych. Za tekst Widzę nic zdobył w konkursie Strefy Kontaktu Wrocławskiego Teatru Współczesnego dwie nagrody: Nagrodę Pawła Korczaka „za wnikliwe rozpoznanie i oryginalne przedstawienie zagrożeń współczesnego świata”, oraz (wraz z Maliną Prześlugą i Sandrą Szwarc) nagrodę w postaci scenicznej realizacji sztuki. Autor tomów poezji (m.in. Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się, Wrocław 2014 – nominacja do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej „Silesius” 2015) oraz prozy: Psy pociągowe (2011) – nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia 2012, Pod słońce było (2014) – nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia 2015, Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek (2019) – finał Nagrody Literackiej Nike 2020, i wydanej właśnie książki Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: