AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Pożegnanie z Dialogiem

Olga Nowakowska, fot. archiwum prywatne  

Magda Piekarska: Jak pani pamięta swój pierwszy Dialog?

Olga Nowakowska: Podczas pierwszych trzech edycji oglądałam pojedyncze spektakle. Pamiętam, że byłam pod wrażeniem Ostrzeżenia przed przyszłością Christopha Marthalera, oglądanego w Lubiążu, wcześniej widziałam jeszcze Wymazywanie Krystiana Lupy – pierwszy raz w życiu byłam na tak długim przedstawieniu. Jeszcze wcześniej, kiedy Dialog startował we Wrocławiu, oglądałam Bachantki Krzysztofa Warlikowskiego. Przyjeżdżałam wtedy na festiwal z Legnicy, gdzie byłam współpracowniczką Jacka Głomba. A kiedy po 15 latach w tamtejszym teatrze, po powrocie z tournée po Stanach Zjednoczonych stwierdziłam, że trzeba coś zmienić i rozpuściłam wici po Wrocławiu, dostałam propozycję pracy od Krystyny Meissner.

Legnickie doświadczenie wystarczyło czy był to skok na głęboką wodę?

Na pewno był to nowy rodzaj współpracy. Krystyna Meissner przyjęła mnie jako swoją asystentkę do spraw artystycznych, ale właściwie natychmiast powierzyła mi też zadanie sekretarza festiwalu. Tak się to zaczęło, od tamtej pory minęło czternaście lat z Dialogiem, z małą przerwą na Europejską Stolicę Kultury. Tę pierwszą edycję, przy której pracowałam, a czwartą w historii festiwalu, zapamiętałam trochę przez pryzmat stresu, a trochę wzruszeń. Wznawialiśmy wtedy irlandzki spektakl Giselle Fabulous Beast Dance Company, który od kilku lat nie był grany. Artyści przyjechali latem do Wrocławia, udostępniliśmy im scenę we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Widziałam wcześniej ich spektakl na DVD, wiedziałam, że jest to interesujące, świetne techniczne przedstawienie, ale taki zapis szalenie spłaszcza emocje i kiedy zobaczyłam ich pierwszy pokaz na żywo pod koniec lipca, popłakałam się. To było niesamowicie wzruszające doświadczenie.

Jak się robi taki duży, międzynarodowy festiwal? Zdradzi nam pani odrobinę know-how?

Każdy festiwal robi się inaczej. To kwestia budżetu, możliwości, ale też sposobu myślenia. Zasadniczą kwestią jest dobór przedstawień, to, czy decydujemy się na rodzaj przeglądu, czy też są układane w jakiś konkretny porządek – jak w przypadku Dialogu, gdzie ten wybór nigdy nie był przypadkowy. Zanim dochodziło do układania programu, zawsze robiłam głęboki research, zastanawiałam się, jakie tematy powtarzają się w artystycznych wyborach reżyserów teatralnych i z tych poszukiwań wyłaniały się spektakle pokazujące kierunek, w jakim idzie światowy teatr. Wszyscy pamiętamy lata z Medeami, Hamletami, Antygonami. Albo okres między 2008 a 2010 rokiem, kiedy w teatrze nagość stała się powszechna. A ponieważ Krystyna Meissner nigdy nie lubiła nagości jako pustego gestu na scenie, poszukiwałyśmy wówczas czegoś innego. Na tak głęboki research pozwalała nam forma biennale, dzięki czemu nasze wybory nigdy nie były pochopne, podejmowane na szybko, ale opierały się na uważnym i długotrwałym przyglądaniu się tendencjom w światowym teatrze. To był pierwszy etap, późniejsza faza realizacji to była już ciężka, nieustająca praca wymagająca mnóstwa cierpliwości. Poza kwestią zgrania i dostosowania terminów ogromne znaczenie miało dla nas to, żeby pokazywać zaproszone przedstawienia w przestrzeniach, które najlepiej oddają ich atmosferę, są najbliższe naturalnemu środowisku spektakli, miejscom, w których są grane na co dzień. Poszukiwanie takich przestrzeni było kolejnym wyzwaniem. No i to, co jest istotą naszego festiwalu – dialog między spektaklami, który był naszym najważniejszym założeniem. Zdarzało się, że niektóre teatry nie mogły zagrać w konkretnym terminie, przez co cały program sypał się jak domino.

Długo musiała się pani tego uczyć?

Pierwsza edycja, przy której pracowałam, dała mi taką szkołę, że nauczyłam się tego bardzo szybko. Festiwal w 2007 roku trwał prawie trzy tygodnie, terminy były tak poukładane, że parę dni przed oficjalnym rozpoczęciem imprezy graliśmy już przedstawienia, a inne były w repertuarze jeszcze tydzień po oficjalnym zamknięciu Dialogu.

W tym roku to oficjalne zamknięcie będzie zamknięciem ostatecznym. Kiedy się pani o tym dowiedziała?

Jakiś czas temu… Na początku oddalałam od siebie myśl, że to ma być ostatnia edycja, wciąż miałam nadzieję, że ktoś jednak dostrzeże wartość, jaką ten festiwal przyniósł miastu.

Czy urzędnicy podali jakieś powody swojej decyzji?

Doszły mnie słuchy, że formuła festiwalu się wyczerpała. Tylko co to znaczy? We Wrocławiu mamy wiele festiwali z długą tradycją – czy ktokolwiek twierdzi, że wyczerpała się ich formuła? Ale jeśli przyjąć, że formuła się wyczerpała, to może trzeba ją przeformatować. Koniec festiwalu to koniec marki, na którą pracuje się latami.

A wartość marki Dialogu jest ewidentna i dostrzegana przez środowisko teatralne nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Choć dla niektórych czasem jest solą w oku, właśnie przez niezaprzeczalną jej rozpoznawalność. Festiwal pokazał, jak bardzo środowisko teatralne potrafi być w sytuacji kryzysu solidarne i jak bywa dramatycznie skłócone. Ja wciąż mam nadzieję, że decydenci ponownie przeanalizują zalety festiwalu i dostrzegą, że warto go kontynuować.

Jak pani się z tym czuje?

Źle. Wielki smutek mnie ogarnia. Dialog ma za sobą dwadzieścia lat historii i były to piękne dwie dekady. Udało nam się wypracować międzynarodową markę, żal będzie się z nią żegnać.

Tym bardziej, że mówimy o jednym z nielicznych międzynarodowych festiwali teatralnych w Polsce.

I o jedynym o takiej skali. Na Dialogu zawsze pojawiały się znamienite, duże produkcje, to był jedyny festiwal w kraju, który był w stanie zaprosić Ivo van Hove.

Ma pani poczucie, że formuła Dialogu się wyczerpała? I że to festiwal jednej osoby – Krystyny Meissner – której wybory decydowały o programie?

Nie. Na Dialogu nigdy nie było dyktatury, Krystyna Meissner nigdy nie mówiła nam, jakie przedstawienia mamy zapraszać. Ona rzeczywiście najwięcej podróżowała po świecie, najwięcej przedstawień oglądała. Ale byłam też ja, była Anna Błaszczak, przez długi czas Joasia Biernacka, potem Tomek Kireńczuk, Jacek Warzyński – w tym gronie toczyły się rozmowy o programie każdej kolejnej edycji. Jeśli pojawiała się decyzja, zawsze była nam wyjaśniana przez Krystynę Meissner, która uzasadniała, dlaczego warto pokazać właśnie to konkretne przedstawienie. Jak znajdowaliśmy coś innego, zawsze konfrontowała się z naszymi propozycjami, nigdy te wybory nie były tylko jej. A czy formuła się wyczerpała? Trudno powiedzieć – bilety na tegoroczną edycję wyprzedały się w tempie ekspresowym.

A może dziś, w epoce tanich lotów, kiedy teatroman może się wybrać w podróż do dowolnego miasta w Europie, żeby tam zobaczyć przedstawienie, organizacja kosztownego festiwalu staje się zbędna?

Owszem, możemy podróżować, chyba że plany krzyżuje nam pandemia. No i pamiętajmy, że bilet na przedstawienie pokazywane na Dialogu od takiej wyprawy jest jednak sporo tańszy. Poza tym oglądanie pojedynczych spektakli i festiwal to dwie zupełnie inne sytuacje, w tej drugiej chodzi o konfrontację, o dialog. Zobaczenie innego teatru daje nam wszystkim szerszą perspektywę. Zyskuje na tym każdy – aktor, reżyser, krytyk i tak zwany zwykły widz. Dowiadujemy się, że gdzieś indziej jest genialny teatr, że inaczej prowadzi się tam aktorów, że możemy mieć do czynienia z formą, która jest dla nas zupełną nowością. To podczas Dialogu mieliśmy do czynienia po raz pierwszy z włączaniem nowych technologii do spektaklu. Takie spotkanie to absolutna szansa na rozwój dla nas wszystkich. Doświadczając bogactwa teatru, bogactwa form, inspirujemy się sobą nawzajem.

W tegorocznym programie są van Hove, Marthaler, Lupa, Warlikowski. Takie the best of the best Dialogu na pożegnanie z festiwalem?

Nie myślałyśmy z Krystyną Meissner w takich kategoriach o programie imprezy. Owszem, zależało nam, żeby zaprosić na jubileuszowy, ostatni festiwal twórców, którzy pojawiali się na nim wcześniej i którzy mieli silny wpływ na nasz odbiór teatru. Zawsze też starałyśmy się zapraszać najnowsze przedstawienia, a pandemia spowodowała, że premiery kolejnych były wciąż przekładane. W czerwcu nastąpiło zatrzęsienie premier, wszyscy pamiętamy, że w Polsce pojawiało się ich nawet po 30-40. Starałyśmy się wybierać najlepsze z najnowszych. Nie jest ich dużo w programie – od dziesięciu lat budżet Dialogu pozostaje na tym samym poziomie, a koszty rosną. Chodziło nam przede wszystkim o to, żeby dobrze wydać te pieniądze, zapraszając wyjątkowe przedstawienia i rzeczy nowe, które niewielu widzów w Polsce miała szansę zobaczyć. 3 siostry Luka Percevala, koprodukcja TR Warszawa i Narodowego Starego Teatru oraz Odyseja. Historia dla Hollywoodu Krzysztofa Warlikowskiego z Nowego Teatru miały premiery w czerwcu. Nie wyobrażałyśmy sobie, żeby na Dialogu zabrakło Krystiana Lupy, ale ponieważ ta edycja była już dwukrotnie przekładana – raz ze względów budżetowych, a ponownie przez pandemię – zarówno Proces, jak i Capri zdążyły już przejechać przez kilka innych festiwali. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na ostatnie dzieło Lupy, Austerlitz, które miało premierę we wrześniu ubiegłego roku w Wilnie. Chciałyśmy też pokazać najnowsze przedstawienie Ivo van Hove, nie udało się przez brak odpowiedniej przestrzeni dla Little Life. W dodatku Holandia miała inne obostrzenia niż my w Polsce, teatry były tam dłużej zamknięte, przez co plany się pozmieniały, stąd decyzja, żeby pokazać na Dialogu nagranie live streamingu Kto zabił mojego ojca. Bachantki – preludium do oczyszczenia Marlene Monteiro Freitas zostały zaproszone w 2019 roku, na edycję, która się nie odbyła, a choć reżyserka zrobiła od tego czasu dwa inne przedstawienia, to w naszej ocenie to okazało się najciekawsze.

Jaki kierunek wyłania się z tegorocznego programu? Dokąd zmierza teatr po pandemii?

Wraca do korzeni, do teatru klasycznego, mądrego, filozoficznego, stawiającego na aktora, na bezpośredni kontakt z widzem. Przeżyliśmy online, który miał swoje zalety, ale uświadomił też nam wszystkim, że to kontakt z żywym widzem, żywym teatrem, jest najważniejszy. Tegoroczne motto Dialogu jest niewypowiedziane, to zagadka dla widzów, sami muszą ją rozwiązać. Mogę powiedzieć tylko, że Hala powrotów, tytuł cyklu spotkań z reżyserami, prowadzonych przez Tomasza Domagałę, jest nieprzypadkowy i można go traktować jako pewną wskazówkę.

Ma pani na pewno ulubione spektakle w tegorocznym programie. Na które z nich czeka pani szczególnie niecierpliwie?

Na pewno na Austerlitz Krystiana Lupy, ten spektakl to głęboka podróż, która mnie bardzo poruszyła wewnętrznie, całe przedstawienie kończy się wstrząsającą, aczkolwiek wspaniałą sceną. Poza tym Bachantki Marlene Monteiro Freitas – ich nie można ominąć, w dodatku to przedstawienie pantomimiczne, choć kiedy je zapraszałam, nie miałam jeszcze nic wspólnego z Wrocławskim Teatrem Pantominy. I Kto zabił mojego ojca Ivo van Hove, monodram na podstawie powieści Edouarda Louisa, ale tak zagrany przez Hansa Kestinga, że trudno to przedstawienie nazwać monodramem. No i Warlikowski z Odyseją – trudnym przedstawieniem, świetnie wyreżyserowanym. Wyszłam z niego, nie wiedząc, czy mi się podoba, czy nie, ale byłam pewna, że mnie porusza wewnętrznie. To bardzo skomplikowana opowieść, pojawia się tu wiele wątków, które przeplatają się, momentami urywają. Coś zostaje niedopowiedziane, ale to lepiej, jeśli widzowi zostawi się margines do własnej interpretacji.

Na mapie Wrocławia pojawią się nowe festiwalowe miejsca?

Wracamy do Centrum Technologii Audiowizualnych, pokażemy tam dwa przedstawienia – Odyseję i Płacz. Iluzje (morze łez 4) Marthalera, Warlikowski zaanektuje dużą, Marthaler małą halę. Dwa przedstawienia zagramy w Piekarni, która będzie nowym miejscem dla Dialogu – pojawią się tam 3 siostry i Bachantki. We Współczesnym pokażemy Synów suki, ostatnie przedstawienie Eimuntasa Nekrošiusa, w Nowych Horyzontach nagranie streamingu spektaklu van Hove. No i z Austerlitz nastąpi wielki powrót Krystiana Lupy na dużą scenę Teatru Polskiego.

A z zakończeniem Dialogu pani pożegna się z wrocławskim teatralnym życiem festiwalowym i skupi wyłącznie na pracy we Wrocławskim Teatrze Pantomimy?

Czas pokaże. Zobaczymy.

Tuż przed festiwalem wokół teatru też zrobiło się gorąco – swoją rezygnację z pracy ogłosił Leszek Bzdyl, szef artystyczny Pantomimy.

Cóż, coraz trudniej było mu łączyć funkcje ojca dwójki małych dzieci i dyrektora artystycznego. Jego rodzina mieszka w Warszawie, on pracując na co dzień we Wrocławiu, miał coraz większe poczucie, że staje się weekendowym tatą. Musiało być to dla niego trudne i ja zwyczajnie, po ludzku, rozumiem jego decyzję, choć oczywiście żałuję, że nasz tandem się rozpadł. Przyszliśmy do Pantomimy z konkretnym planem, byliśmy spójni w wizji teatru, a ja nie mam zamiaru zaprzestać jej realizacji. Jesteśmy z Leszkiem w kontakcie, wiem, że sprzyja on naszej scenie, zadeklarował każdą możliwą pomoc, jednak fizycznie nie jest w stanie pracować z nami w pełnym wymiarze.

Wiadomo już, kto go zastąpi?

Muszę zastanowić się, jakie rozwiązanie zaproponuję zespołowi, obiecałam, że do końca roku je przedstawię. W pracy teatru nic się nie zmienia – mamy w planach kolejne premiery, kolejne działania, nie zatrzymujemy się.

06-10-2021

Olga Nowakowska – menedżerka kultury, absolwentka wrocławskiej Akademii Muzycznej, wydziału prawa Uniwersytetu Wrocławskiego i studiów podyplomowych na Uniwersytecie Ekonomicznym. Pracowała w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy i we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Była też dyrektorką finansową w Strefie Kultury Wrocław. Z festiwalem Dialog Wrocław związana od 2007 roku: jako asystentka jego dyrektorki i pomysłodawczyni Krystyny Meissner, jako sekretarz, wreszcie, w tym roku, jako kuratorka programowa. Na co dzień dyrektorka naczelna Wrocławskiego Teatru Pantomimy.


skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: