AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Teatr to maraton

fot. Piotr Nykowski  

Kiedy ogłasza się konkurs na dyrektora teatru, zaczynają się wyścigi. A teatr to nie sprint, tylko maraton. Często lęk przed obejmowaniem dyrekcji próbuje się pokryć wojowniczością. Ona rzadko się sprawdza – dyrektor w teatrze to nie stanowisko czy władza, ale funkcja pomocnicza, bo istotą teatru jest aktor. Jeśli komuś się wydaje, że z pomocą aktora czy zespołu zbombarduje świat, są to tylko zabawne iluzje.


Magda Piekarska: Kiedy spotkaliście się po raz pierwszy?

Jakub Skrzywanek: Piotr Ratajczak, który był w Teatrze Współczesnym w Szczecinie kuratorem sezonu, zaprosił mnie na rozmowę. Poprosił o trzy propozycje spektakli, przyjechałem z jedną, która była moim marzeniem – realizacji Kaspara Hausera. W spotkaniu uczestniczyli też Ann a i dyrektor naczelny Mirosław Gawęda. Usłyszałem: „dobrze, jeśli to twoje marzenie, będziemy z tobą i cię wesprzemy”.

Zaiskrzyło od razu?

Anna Augustynowicz: Jakub ma w sobie tak niezwykłą energię, że trudno, żeby nie zaiskrzyło.

Wcześniej oglądaliście nawzajem swoje spektakle?

Anna Augustynowicz: Czy ja widziałam jakieś twoje przedstawienie?

Jakub Skrzywanek: Nie, tylko czytanie Przysposobienia obronnego. Później jeszcze pomagałem dramaturgicznie Marysi Dąbrowskiej przy pracy nad Kobietą zagrożoną niskimi świadczeniami emerytalnymi. Wtedy jednak minęliśmy się, nie udało nam się spotkać. Z kolei ja dorastałem we Wrocławiu w czasach, kiedy Anna tam nie reżyserowała. Pierwszy jej spektakl zobaczyłem, kiedy dostałem się na reżyserię do Krakowa. To był też zresztą pierwszy spektakl, jaki obejrzałem w Narodowym Starym Teatrze po mojej przeprowadzce. Edward II Christophera Marlowe’a – mocne doświadczenie, porażające. Pamiętam, że wyszedłem z teatru i powiedziałem przyjaciołom z roku, że jestem oszołomiony tym, w jaki sposób aktorzy mówią ze sceny. Później zrozumiałem, że ta świadomość tekstu, jego głębokie zrozumienie, jest fenomenem teatru Anny. I dziś mogę tylko być wdzięczny, bo zbieram tego owoc w postaci możliwości pracy z wybitnym zespołem aktorskim, który potrafi to, jak żaden inny. W skali kraju to prawdziwy ewenement.

Wiedziałeś więc, dokąd jedziesz?

Jakub Skrzywanek: Tak, oczywiście. Wiedziałem, że Współczesny to teatr mocny, obecny w świadomości artystów, jeden z tych, w których chciało się pracować. Marzyłem o tym. Kiedy pojawiła się propozycja Piotra, byłem w trakcie prób do Mein Kampf w warszawskim Teatrze Powszechnym, spektaklu, który już na tym etapie budził kontrowersje. To sprawiło, że wszystkie rozmowy dyrektorskie ze mną zamilkły. Nastąpiło wyczekiwanie podszyte pytaniami: jak on sobie poradzi, co z tego będzie. Miałem więc mnóstwo wdzięczności za to, że w takim momencie zostałem zaproszony do Szczecina. Czułem też, że w tej propozycji całe to zamieszanie wokół Mein Kampf nie miało znaczenia, nie było tu żadnej kalkulacji. Przeciwnie, poczułem wielkie wsparcie i wiedziałem, że nie zostanę pozostawiony sam sobie.

Pani nie bała się wpuścić „zadymiarza” do teatru?

Anna Augustynowicz: Nie traktuję teatru w kategorii zadymy. Artysta świadczy dziełem. Teatr poza sceną jest dla mnie średnio interesujący. Staram się nie słyszeć zadym, cierpię, jeśli recepcja utworu zamyka się w tej kwestii, nie dotykając istoty przedstawienia. Mam wrażenie, że życie sensacją, traktowanie tego, co jest obok teatru, jako tematu w pierwszej kolejności wartego rozmowy, szkodzi spektaklowi. Scena musi być czysta. Tak samo czysto traktuję człowieka, który przychodzi do pracy w teatrze. Kiedy kogoś spotykam, możemy się nie lubić, ale to dzieło jest najważniejsze. Świat jest wystarczająco mocno zdominowany przez dramaty społeczne czy polityczne, w które wszyscy jesteśmy wciągnięci. Ja staram się je omijać, żeby ochronić to, co jest istotą naszej pracy. Czuję się skrępowana, kiedy słyszę, kto z kim trzyma przeciwko komu, bo teatr jest jeden, a komu uda się uchwycić fragment sensu i podzielić się nim z publicznością, ten dotknie jego istoty. Dlatego z otwartymi ramionami przyjęłam Jakuba i z ciekawością słuchałam, kiedy mówił o Kasparze w piękny, komunikatywny sposób. Miałam też poczucie, że kiedy reżyser porozumie się ze mną, porozumie się także z zespołem, że wpuszczę do niego energię, która nie zatruje, nie popsuje tego, co cementuje całą grupę.

A kiedy pojawiła się myśl, żeby Jakubowi Skrzywankowi powierzyć teatr?

Anna Augustynowicz: Od kilku lat przymierzałam się do znalezienia kogoś, kto mnie zastąpi. Nie chciałam mieć dożywocia, czułam, że Współczesnemu jest potrzebny ktoś, kto szarpnie teatr, da mu nową energię. Teatr jest najszybciej starzejącą się sztuką. Miałam świadomość, że moje widzenie rzeczywistości jest doskonale znane aktorom w naszym zespole. Nie musiałam się wysilać, żeby sformułować myśl, wystarczyło, że otworzyłam usta, a oni wiedzieli, o co mi chodzi. Przestałam być kimś, kto stawia poprzeczkę przed zespołem – to, co proponowałam, było stare, dobre, znane. Praca ze mną dawała poczucie bezpieczeństwa w tym znaczeniu, że punkt dojścia był przewidywalny.

Zaczęło mnie to męczyć, choć koledzy nie dawali mi odczuć, że jest to dla nich kłopotliwe. I żeby było jasne – wszyscy potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa, w teatrze jest ono niezbędne, żeby głowa była wolna. Ale balans między bezpieczeństwem a ryzykiem się zmienia – to trochę jak z różnicą pomiędzy zakochaniem a miłością. Mój związek ze Współczesnym przypominał stare dobre małżeństwo, które trwa zbyt długo. Ponieważ jednak wciąż pojawiały się inne okoliczności zewnętrzne, odwlekałam termin rozwodu.

Przede wszystkim jednak zależało mi, żeby tego świetnego zespołu nie zostawić w rękach kogoś, komu nie będę mogła w pełni zaufać. W tym jest też odpowiedzialność wobec moich poprzedników: przecież zastałam zespół w znakomitej kondycji, kiedy zaczynałam z nim pracę – byłam wtedy niewiele starsza od Jakuba. Postanowiłam sobie, że nie pozwolę tego popsuć.

Kiedy Jakub zrobił Kaspara, zobaczyłam, że zespół go pokochał. Uczestniczyłam w próbach generalnych, odczułam temperaturę powstawania tego przedstawienia i pomyślałam, że byłabym szczęśliwa, gdyby ktoś taki zechciał pozostać z zespołem, zostać nowym liderem tej grupy. Miałam poczucie, że była to najbardziej twórcza praca od lat. Jest coś pięknego w tym, kiedy widać odpowiedzialność zespołu za to, co powstaje, kiedy przed premierą zamiast histerycznego dygotu rodzi się poczucie, że wszyscy kopią do jednej bramki, że ludzie nie boją się, nie wstydzą siebie nawzajem. Kiedy zaczęłam pracę w Szczecinie, formułowałam taką myśl, że o zespole można mówić, kiedy istnieje relacja równoległa – reżyser może dać aktorowi uwagę w obecności kolegów, a aktor może śmiało mówić reżyserowi, co myśli o jego propozycjach. Nie ma sytuacji podporządkowania, scena jest płaska i reżyser z aktorami rozmawiają na jednym poziomie. Problem pojawia się w momencie, kiedy to się przechyla  w jedną lub drugą stronę. A przecież nie chodzi o to, żeby udowadniać, kto ma rację, kto jest lepszy, kto gorszy, kto ważniejszy. W teatrze jest tylko jedna racja – racja sceny.

Podzieliłam się z dyrektorem Gawędą swoją myślą à propos współpracy z Jakubem, okazało się, że on też miał przeczucie, że coś dobrego dzieje się w zespole. Jakub zaświadczył sobą, nie wziął się znikąd. Dziś trzymam kciuki, mam nadzieję, że ta relacja wzajemności między Jakubem a zespołem będzie się rozwijała, że coś sensownego i dobrego wyniknie z niej dla teatru i dla publiczności.

Nie przestraszyłeś się tej propozycji? Różnica między reżyserowaniem spektaklu a prowadzeniem instytucji wydaje się ogromna.

Jakub Skrzywanek: Z jednej strony tak, z drugiej zapamiętałem słowa Macieja Podstawnego z czasu, kiedy był szefem artystycznym wałbrzyskiego teatru – mówił, że traktuje kuratorowanie jako reżyserowanie w innej skali, że o ile reżyserowanie jest opowiadaniem historii w obrębie sceny, to kuratorowanie jest reżyserowaniem szerszego spotkania. Moim marzeniem od lat było zmierzyć się kiedyś z takim zadaniem, nie sądziłem tylko, że ten moment nadejdzie tak szybko. Kiedy studiowałem, koledzy z roku żartowali, że do trzydziestki zostanę dyrektorem, chociaż pewnie nikt się nie spodziewał, że to się naprawdę wydarzy.

Pamiętam pierwszą naszą rozmowę na ten temat. To było 13 marca 2020 roku, w dzień wprowadzenia lockdownu w Polsce. Jechałem z Warszawy do Szczecina na próbę wznowieniową Kaspara. Byłem w Gorzowie Wielkopolskim, kiedy dowiedziałem się, że teatr został zamknięty. Już chciałem zawracać, ale w ostatniej chwili zadzwoniła Danuta Masojć z sekretariatu z prośbą, żebym jednak przyjechał, bo dyrekcja bardzo chce ze mną porozmawiać.

Wtedy rozmawialiśmy głównie o kuratorowaniu sezonu, Piotr Ratajczak żegnał się z tą funkcją, ale padło też pytanie, czy biorę pod uwagę możliwość związania się z teatrem na dłużej, na poważniej, być może jako przyszły dyrektor. To był szok. „Czy to jest propozycja, czy pytanie hipotetyczne?” – to były moje pierwsze słowa. Oczywiście najważniejsza była dla mnie rozmowa z moimi najbliższymi, z moją partnerką Justyną Sobczyk, która prowadzi teatr w Warszawie. Justyna była wtedy ze mną w Szczecinie, przeprowadziliśmy poważną, głęboką rozmowę, na drugi dzień zadzwoniłem do Anny i powiedziałem: „zmierzmy się z tym, spróbujmy”.

Ale odważyłem się spróbować, ponieważ wiedziałem, że przez najbliższy rok będę mógł pracować z Anną i z zespołem. To była kwestia fundamentalna – mogłem przez ten czas poznać zespół, uczestniczyłem w pierwszych próbach, w odbiorach, a Anna była zawsze obok mnie. Mieliśmy wspólny gabinet, do którego wracaliśmy z prób i w którym siedzieliśmy po kilka godzin, rozmawiając o idei teatru, a czasem o praktycznych rzeczach, o które mogłem swobodnie pytać.

To, że się tutaj znalazłem, jest zasługą trzech stron: bardzo podmiotowego zespołu, Anny i dyrektora Gawędy, tego, że tak świadomie, troskliwie i odpowiedzialnie starali się zrobić wszystko, żeby ta zmiana nastąpiła jak najbardziej komfortowo. Nie było jak zazwyczaj – przychodzi dyrektor i przez pierwsze miesiące uczy się instytucji. Przez cały rok pracowałem na to, żeby 1 stycznia 2021 roku teatr nie stracił swojej płynności. Zazwyczaj najgorszy dla teatru w sytuacji zmiany dyrekcji jest rok, kiedy wiemy, że dotychczasowa dyrekcja odchodzi. To dziwny czas, pełen niepewności i lęku przed tym, co nadejdzie. Tu zmiana nastąpiła w zgodzie ze wszystkimi zainteresowanymi.

Mówisz o czymś, co jest wiecznym postulatem wobec instytucji i osób odpowiedzialnych za nie. A z jakiegoś powodu niemal nigdzie nie udaje się takiej zmiany przeprowadzić płynnie – wyjątkiem od wielu lat jest wałbrzyski Dramatyczny. Dlaczego to taki problem?

Anna Augustynowicz: Podobnie jak Dramatyczny mamy ten luksus, że we Współczesnym jest dyrektor naczelny. To stwarza zdrową sytuację. Trafiłam do Szczecina w podobnych okolicznościach, co Jakub. Nie byłam dyrektorką teatru, kiedy reżyserowałam tu Klątwę. Przyjechałam do Bogusława Kierca, który był wówczas świeżym dyrektorem, kierował teatrem od dwóch sezonów i pozwolił mi zrobić to przedstawienie. Potem, kiedy z prywatnych względów musiał wrócić do Wrocławia, on i Kazimierz Krzanowski, ówczesny dyrektor naczelny, złożyli mi propozycję przejęcia dyrekcji artystycznej. Również wtedy kluczowe było to, że zespół zaakceptował mnie podczas pracy nad Klątwą.

Dla mnie to była sytuacja luksusowa. Nie bardzo mogłam znaleźć pracę po studiach. Kiedy odwiedzałam jednego, drugiego, trzeciego dyrektora, czułam, jak przyglądali mi się, nie dowierzając, że mogę cokolwiek wyreżyserować. Wyglądałam młodo, a w dodatku kobiety nie były wówczas tak często reżyserkami jak teraz. Też się trochę przeraziłam tej propozycji, pamiętam, że miałam dziesięć dni na zastanowienie. Nie żałuję, że się zgodziłam, ale ważnym argumentem był dla mnie dyrektor naczelny, w którego przytomności ta zmiana się dokonywała. To naprawdę komfortowa sytuacja, kiedy jedna osoba zajmuje się organizacją, finansami, logistyką, a druga tym, co jest istotą teatru – sztuką, energią ludzką, sensem.

Kiedy ogłasza się konkurs na dyrektora teatru, zaczynają odbywać się wyścigi, w których nie zawsze można przekonać się, czy ten dyrektor jest odpowiedni dla tego zespołu, czy ten zespół dla tego dyrektora. A teatr to nie sprint, tylko maraton. Kiedy zmarł Kazimierz Krzanowski, przez rok musiałam łączyć dwie funkcje i chciałam już pożegnać się z teatrem, bo zupełnie sobie z tym nie radziłam. Ale wtedy pojawił się Zenon Butkiewicz, z którym pracowałam przez kolejne 15 lat. Mirosław Gawęda był jego zastępcą, więc kiedy Zenon przeniósł się do Warszawy, zostawił osobę w pełni przygotowaną do przejęcia funkcji dyrektora. Jest coś dobrego w maratonie, każdy musi w swoim rytmie odbyć czas teatru, uczyć się go, oswajać się z nim. Trzeba mieć świadomość medium, w którym się pracuje.

Na pewno w problemach z takim pokojowym przekazywaniem władzy znaczenie ma też lęk przed obejmowaniem dyrekcji, który często próbuje się pokryć wojowniczością, bo w konkursach na to stanowisko – zupełnie jak w teatralnym przedstawieniu – trzeba grać, żeby wygrać. Taka wojowniczość jednak rzadko się sprawdza. Moim zdaniem dyrektor w teatrze to nie stanowisko czy władza, żaden dyrektor i żaden reżyser nie jest panem bogiem. I choć w każdym z nas jest trochę pychy, bo inaczej nie odważylibyśmy się mówić publicznie ani absorbować swoimi wizjami publiczności, to jednak trzeba pamiętać, że dyrektor teatru to funkcja pomocnicza, a istotą teatru jest aktor. To on wychodzi na scenę i swoją twarzą, głosem, energią przenosi sens wypowiedzi. Reżyserskie moce są ograniczone, bo jeśli komuś się wydaje, że z pomocą tego aktora, tego zespołu zbombarduje świat, że tego aktora odkryje, że zmieni jego emploi, to są to tylko zabawne iluzje. Człowiek nie jest stwórcą, może być tylko twórcą, wytwórcą, przetwórcą, odtwórcą.

Jakub Skrzywanek: Na pewno Współczesnemu pomogło to, że kadencja dyrektora naczelnego była tu przez wiele lat przedłużana, co jest wynikiem pracy i odpowiedzialności Mirosława Gawędy: teatr nie popada w długi, a pracownicy w czasie pandemii czuli się tu zaopiekowani.

Zarówno Anna, jak i dyrektor Gawęda są mocno związani z zespołem, dyrektor to z pierwszego wykształcenia aktor, który potem skończył prawo. Wszyscy znamy przecież tych mitycznych menedżerów, którzy twierdzą, że przyjdą i zajmą się teatrem, a potem jest klapa i awantura. Bez porozumienia między dyrekcją a zespołem nie można mówić o sukcesie.

Ważne też, że czułem wsparcie zespołu, bo gdyby podniosły się głosy krytyczne à propos mojej kandydatury, nawet pojedyncze, mocno bym się zastanowił nad przyjęciem tej propozycji. Zespół powinien być ważny i powinien być wysłuchany, a wiemy z przykładów Wrocławia czy Krakowa, jak często jego głos bywał unieważniany, i jak to się kończyło.

Zmiana dyrekcji to też kwestia otoczenia politycznego i urzędniczego, w którym teatr funkcjonuje. A trudno dziś w Polsce znaleźć takie, w którym rozmowy o zmianie dyrekcji w teatrze toczyłyby się w pokojowej atmosferze. Stąd lęk: lepszy stary i sprawdzony układ niż spełniony sen urzędnika od kultury. W Szczecinie jest inaczej pod tym względem?

Anna Augustynowicz: Kiedy odbyło się spotkanie z wiceprezydentem Szczecina Krzysztofem Soską i dyrektorką wydziału kultury Joanną Leszczyńską, oboje potraktowali wszystko, co Jakub mówił, z ogromną akceptacją. Może to też część tradycji Współczesnego, w naszym teatrze nie odbywały się rewolucje.

W którym momencie poczułeś się gotowy do przejęcia sterów?

Jakub Skrzywanek: Były dwa takie momenty. Pierwszy nastąpił na początku stycznia ubiegłego roku, kiedy poprosiliśmy cały zespół o spotkanie. Przedstawiłem wtedy plany na przyszły sezon. I to była dobra rozmowa. Drugi moment nadszedł wraz z premierą Lalki, właściwie po drugiej generalnej. Omówienie po pierwszej prowadziliśmy wspólnie, Anna i ja, drugiego dnia to ja zacząłem, a kiedy skończyłem, Anna powiedziała tylko, że się ze mną zgadza i dziękuje. To było wspaniałe uczucie, spadł mi kamień z serca. I nie było w tym nic ze zdanego, zaliczonego testu, raczej świadomość bardzo głębokiego dzielenia się odpowiedzialnością, zaufania, jakim mnie obdarzyła Anna, ale też zespół i realizatorzy spektaklu. Nadszedł moment, do którego przez pół roku byłem przygotowywany – poczułem, że dam sobie radę.

Dla pani wyjście po trzydziestu latach ze Współczesnego jest trudne?

Anna Augustynowicz: Jeszcze tego nie poczułam. Staram się nie mieć natury sentymentalnej, wydaje mi się, że i tak w jakiś sposób pozostanę częścią tego teatru, nie może być inaczej, to przecież 30 lat mojego dorosłego życia. Mam o ileś mniej telefonów do odebrania, maili do przeczytania, a nawet jeśli coś przychodzi, klikam na „Jakub Skrzywanek”, przekierowuję i jest mi lżej.

To jest komfort, bo te obowiązki zaczęły mi przeszkadzać, brakowało mi czasu na pracę własną, a nadal mam nadzieję, że najpiękniejsze przedstawienia wciąż są jeszcze przede mną. Odruchy pozostają – bywam w teatrze i łapię się czasem na tym, że wydaję jakieś polecenie tonem, którego już nie powinnam używać. Uśmiecham się wtedy sama do siebie, bo te odruchy są śmieszne.

Próbuję się wyciszyć, potrzebuje tego mój organizm, bo ilość energii ludzkiej, która przykleiła się do mnie przez te wszystkie lata, wciąż pracuje wewnątrz, staje się tak bolesna, że jest nie do wytrzymania. Nie umiem ludzi, z którymi pracuję, traktować w sposób służbowy. W teatrze granica między „prywatnie” i „służbowo” zaciera się – i pewnie także dlatego po pewnym czasie ta dyrektorska funkcja zaczyna bardzo dolegać. No i wow! Mogę dłużej posiedzieć w wannie, nie muszę się spieszyć na 9 czy 10, kiedy nie mam próby. Mam więc teraz moment szczęśliwości, kiedy mogę zrobić coś dla siebie.

A ty odruchów jeszcze nie masz? Wiesz już, co to znaczy być dyrektorem?

Jakub Skrzywanek: To trudne. Badam w sobie, co to znaczy. Nie chciałbym, żeby to dyrektorowanie zmieniło mnie jako osobę i jako artystę. Mam jednak świadomy zespół, jestem przekonany, że powie mi, jak się wydarzy cokolwiek, co będzie zwiastowało taką zmianę. Odpowiedzialność poczułem od samego początku, kiedy przyszło do podpisywania dokumentów, wniosków urlopowych, co mnie zaskoczyło, bo z tą codzienną, administracyjną pracą nie miałem wcześniej do czynienia. Jesteśmy tuż po premierze Edukacji seksualnej w reżyserii Michała Buszewicza, odważnego i ważnego projektu, który traktujemy jako koncept spektaklu z szerokim polem warsztatów i spotkań. To jest wyzwanie, moment, w którym biorę odpowiedzialność za twórców i zespół. Dyrektor w moim odczuciu powinien być opiekunem, ochroniarzem tego, co się dzieje na scenie. Zespół wraz z reżyserem ma się skupić na stwarzaniu dzieła, a ja powinienem bronić go przed wszystkim, co mogłoby przeszkodzić w tej realizacji – tak pojmuję moją nową rolę, rolę dyrektora. Dzisiaj wciąż trudno mi się to słowo wymawia, jest na tyle nowe i obce, że nie umiem go przyjąć, ale kluczowa jest tu dla mnie odpowiedzialność za kilkadziesiąt osób, które w strukturze teatru mi podlegają.

Czuję, że jestem do tego gotowy, bo wokół mnie są osoby, które mnie nie zostawią: zespół, dyrektor Gawęda, Anna, która przecież nie wyprowadza się ze Szczecina, choć kalendarz ma zajęty na kilka sezonów do przodu. I nie zrywa ze Współczesnym – na to nie pozwolę, to zbyt ważna artystka dla tego miasta i dla tego teatru. Poza wszystkim jestem wdzięczny za przyjaźń, która się między nami zrodziła.

Jesteś najmłodszym dyrektorem w Polsce. To obciążenie?

Jakub Skrzywanek: Kilka osób mi już to wytknęło. Ale ta młodość jest motywem przewodnim mojej historii – Anna przejęła dyrekcję artystyczną od Bogusława Kierca, który występował w Kotlinie we wrocławskim Współczesnym, spektaklu, przy którym, mając 18 lat, pracowałem jako asystent reżysera. Zaprzyjaźniłem się wtedy z Bogusławem. Inna zbieżność – Anna objęła tę dyrekcję w roku, w którym się urodziłem.

Anna Augustynowicz: I też byłam wówczas młodą dyrektorką. Jest coś w przestrzeni młodości, co zaraża, buduje, daje dobry start. Zazdroszczę Jakubowi, że ma metrykalnie tych 29 lat, bo ja wciąż się czuję, jakbym miała 27.

Jaki będzie Współczesny pod dyrekcją artystyczną Jakuba Skrzywanka?

Jakub Skrzywanek: Kiedy rozmawialiśmy o tym z urzędnikami, Anna powiedziała do wiceprezydenta: „niech się państwo nie martwią, bo my z Jakubem wyznajemy tę samą filozofię teatru, różnią nas tylko narzędzia”. Chyba coś w tym jest. Na pewno ważna jest dla mnie kwestia zespołu jako siły i fundamentu teatru. Na pewno będę poszukiwał, zadając sobie pytania, czym dziś powinien być teatr. I wydaje mi się, że musimy udowodnić sobie, ale przede wszystkim osobom na zewnątrz, że teatr jest niezbędny. Głęboko w to wierzę, zwłaszcza dziś, kiedy nie potrafimy rozmawiać ze sobą nawzajem. Ta szalenie przemyślana idea tworzenia bezpiecznej przestrzeni do dialogu, jaką jest scena teatralna już od antyku, znów staje się fundamentalną ideą.

Chciałbym mocno zainwestować w ideę pedagogiki teatralnej, bo ważne, żeby teatr wychodził ze swoich murów, pracował z młodzieżą, z mieszkańcami. Pamiętam Teatr Polski we Wrocławiu, do którego chodziłem jako licealista – za czasów Krzysztofa Mieszkowskiego to był teatr, który stał młodzieżą, w dużej mierze licealną. Szczecin ma jedne z najlepszych liceów w Polsce, to wielka wartość tego miasta. Jako teatr musimy się na nią otwierać, nie gubiąc, oczywiście, innych naszych widzów, których bardzo kochamy i którzy będą mieli mnóstwo radości z różnych naszych projektów.

Chcę działać na trzech poziomach: lokalnym, ogólnopolskim, ale też międzynarodowym, o czym od początku rozmawiałem z Anną. W polskich warunkach to umiędzynarodowienie jest bardzo trudne, rzadko się udaje wypchnąć polskie instytucje teatru za granicę, jesteśmy bardzo zamknięci pod tym względem, rzadko też do współpracy zapraszamy kogoś z zagranicy. Szczecin jest położony godzinę drogi od Berlina, kilkanaście kilometrów od granicy polsko-niemieckiej, geograficznie jest w bardzo dobrym miejscu dla takich planów. Z pomocą Iwony Nowackiej, tłumaczki i kuratorki międzynarodowych projektów teatralnych, zostaliśmy teatrem partnerskim Monachium Kammerspiele, w ostatnich sezonach najlepszego niemieckiego teatru.

Chcę tworzyć teatr afirmatywny, otwarty na widza. Nigdy nie było moim celem tworzenie skandalu, ale też czuję, jak zmienia się mój język. Wierzę, że potrzebujemy teatru jako przestrzeni budowania wspólnoty, dawania sobie nadziei, że idea teatru krytycznego, która tak bardzo interesowała mnie na początku, w jakiś sposób się wyczerpała. Mam nadzieję, że to będzie teatr budujący wspólnotę i dający nadzieję.

A jaki będzie pani teatr?

Anna Augustynowicz: Wszystko jest bardzo płynne. Dostaję propozycje, ale zobaczymy, co z nich wyniknie. Zaczęłam w Teatrze Nowym w Poznaniu próby do Wroga ludu, praca jest niezwykle ciekawa, ale trudno dziś przewidzieć, jak dalej się potoczy. Rzeczywistość, z którą musimy się mierzyć, jest trudna – z jednej strony wciąż trwa pandemia, z drugiej kryzys ekonomiczny i inflacja niosą ze sobą ryzyko pauperyzacji teatru jako instytucji. Staram się szukać porządku w sobie. Mam to szczęście, że mogę robić to, co chcę i lubię. Teatr jest chwilą, a to jest moja chwila teatru i staram się czerpać się z niej radość.

16-02-2022

 

Anna Augustynowicz – reżyserka teatralna. Laureatka licznych nagród, m.in. za reżyserię Iwony, księżniczki Burgunda na Opolskich Konfrontacjach Teatralnych Klasyka Polska w 1996 roku, Nagrody im. Konrada Swinarskiego za inscenizację Ślubu czy Paszportu „Polityki” w 1997 za „za przedstawienia odważne, mądre, dotykające bolesnych miejsc naszej epoki oraz za kształt artystyczny szczecińskiego Teatru Współczesnego”. Od 1992 do końca 2021 dyrektorka artystyczna Teatrem Współczesnym w Szczecinie.

Jakub Skrzywanek – reżyser teatralny. Zadebiutował na scenie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu, gdzie wystawił Cynkowych chłopców (nagroda za odwagę podjęcia tematu współczesnej wojny na VII Koszalińskich Konfrontacjach młodych „m-teatr 2016”). Pracował m.in. w warszawskim Teatrze Powszechnym, gdzie zainscenizował Mein Kampf i Opowieści niemoralne, Teatrze im. Horzycy w Toruniu (Gargantua i Pantagruel), szczecińskim Współczesnym (Kaspar Hauser) i poznańskim Teatrze Polskim (Kordian, Śmierć Jana Pawła II). Od 1 stycznia 2022 dyrektor artystyczny Teatru Współczesnego w Szczecinie.


skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: