AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dziwna figura

Fatalista, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Krytyk teatralny, dziennikarz. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Autor książek: Teatry Warszawy 1939, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Teatry Warszawy 1944-45. Współpracował z czasopismami „Po prostu” i „Życiem”. Recenzent teatralny „Dziennika” i „Odry”. Współpracuje z Polskim Radiem, prowadząc audycje poświęcone współczesnemu życiu teatralnemu. Artysta fotografik.
A A A
fot. Krzysztof Bieliński  

Najnowsza jednoaktówka Tadeusza Słobodzianka budzi zainteresowanie, i to z kilku powodów. Można nawet podejrzewać, że nieco wbrew intencjom autora – ale ten strzela, a Melpomena kule nosi, kędy sama chce. Otóż piszącego te słowa bardziej nawet od treści zainteresowały historyczne konteksty oraz zagadnienia z pogranicza geometrii i obyczajowości.

Zacznijmy od tych ostatnich. Autor Fatalisty zaproponował nam dość skomplikowaną sytuację towarzysko-erotyczną. Otóż pan ma dwie kochanki. Z jedną – zaangażowaną komunistką, ma nawet dziewczynkę o wdzięcznym imieniu Aurora na cześć wiadomej jednostki pływającej, od której zadziałania jesienią 1917 roku zaczęło się jedno z największych nieszczęść ludzkości. Po wizycie u drugiej – nota bene małżonki swego zwierzchnika – mógłby nawet zaśpiewać za nieodżałowanym Czechowiczem: „a ja u niej z kompotem mam obiady, a potem już po żadnych garkuchniach zup nie będę jadł”, bowiem kochanka obok rozkoszy cudzołóstwa zapewnia mu szczawiową zupę, po której nie ruszy domowego rosołu, co zresztą uruchomi cały mechanizm tej... no właśnie… czego właściwie? Ale o tym za chwilę.

Jego małżonka też zresztą niezłe ziółko. W czasie, gdy mąż haruje w banku, w wolnych chwilach dopieszczając komunistkę i owoc ich wspólnego erotycznego związku, przed uroczystą kolacją przełykając szczawiową u pani numer 2, małżonka na boku romansuje – i także podwójnie. Pan numer 1 to poeta Serafinowicz, który do historii polskiej kultury przeszedł jako Lechoń, pan numer 2 to wąsaty ułan. Wypada tu wyrazić nieco żalu, że autor zamiast wąsa nie obdarzył go wydatnym nosem. Wyszedłby bowiem Wieniawa jak ulany i jednoaktówka miałaby dodatkowy – by rzec z francuska – frisson (dreszczyk) jako sensacja z życia wyższych sfer. Pani zresztą ma pretensje do życia i świata, bowiem sama mówi „jedną nogą była już w teatrze”, pozowała w dezabilu malarzom i rzeźbiarzom – i na co jej przyszło? Mogła być egerią bohemy, a dziś przygotowuje na weekendową kolację ów nieszczęsny „złocisty rosół”, tak spostponowany przez załatanego małżonka, którego „skok w bok” zdradza szminka na policzku i kołnierzyku. Zastanawiałem się w trakcie oglądania przedstawienia, co też to za figura erotyczno-geometryczna. Sześciokąt? Niestety niepełny, idealniejszym uczyniłby go jeszcze romans jurnego ułana z komunistką i autorką szczawiowej. Idealny kształt tej figury psuje nieco neutralność poety względem dam, choć zapewne skorygowałby go mały „czarujący zwischenruf, który niczego nie narusza i nie zmienia” (by znów odwołać się do Przybory) bohatera sztuki z poetą i ułanem. Figura zyskałaby wówczas kształt idealny – choć odezwałyby się zapewne zastępy obrońców świętej moralności, a już bez tego polski teatr ma i tak za dużo kłopotów.

Nie sześciokąt to zatem – raczej odcinki w liczbie 5, połączone ze sobą centralnym, czyli stadłem, co zasiada do nieszczęsnej wieczerzy z niesmacznym rosołem, by wzajemnie zwierzyć sobie erotyczne sukcesy pozamałżeńskie.

Porzućmy te geometryczne dywagacje, przechodząc na grunt rozważań czysto historycznych. Te wzajemne zdrady małżeńskie, liczne romanse na boku każą wrócić pamięcią do teatralnej tradycji. Otóż podobne sztuki już się w teatrze pojawiały, ponad wiek temu były nawet trzonem repertuaru. Tu, w Warszawie, można je było oglądać nieopodal, w teatrzyku mieszczącym się w gmachu Filharmonii. Zwał się Mały, a z racji frywolności jego oferty, warszawiacy mówili o nim „Mały, ale świntuch”. Tu wystawiano komedie i farsy spółki Caillavet-de Flers, chichotano na pikanteriach Piccarda czy Bissona. Ponieważ nic nie wraca takim, jakim kiedyś było, Fatalista każe sądzić, że dla uwznioślenia owej historii z czterema romansami na boku doproszono nawet Cwojdzińskiego, na co wskazywałoby odwołanie się do skrajnego determinizmu i woluntaryzmu. Bohater sztuki niezłomnie wierzy bowiem – niczym Diderotowy Kubuś (nomen omen Fatalista), że wszystko jest zapisane w górze, i że wszystkie nasze czyny są już dawno określone i od tych wyroków odwołania nie ma.

Pisząc o najnowszej sztuce Słobodzianka, celowo posługujemy się tym zapomnianym już cokolwiek określeniem „jednoaktówka”, tym bowiem jest w gruncie rzeczy Fatalista, akcję sceniczną zamykający w starannie odmierzonych 60 minutach. W gruncie rzeczy aż się ten wieczór w Teatrze Dramatycznym prosi o rozszerzenie go o jeszcze jeden sceniczny drobiazg.

Ma ten tekst swój couleur locale – a jest nim sceniczny świat, gdzieś w podniszczonej kamienicy na Krochmalnej, w żydowskim domu, w trakcie szabasowej wieczerzy. Celowo piszemy o niej teraz, poprzednio wspominaliśmy o kolacji weekendowej. Chciałbym od razu się zastrzec: celowo, bowiem słuchając tekstu Słobodzianka, będącego swoistym sequelem opowiadania Isaaca Bashevisa Singera, dokonywałem swoistego „podstawienia”, próbując wyobrazić sobie tę samą sytuację, przeniesioną w całkowicie odmienne realia. Szabasowa wieczerza zamieniona na weekendową kolację przy wtórze wzajemnych wyznań kolejnych zdrad pod pretekstem „determinizmu” i „woluntaryzmu” jako usprawiedliwienia dla obojga małżonków, że miłosne uniesienia mają już dawno za sobą i pocieszenia (czasem wzbogaconego zupą szczawiową!) szukają w innych ramionach – brzmiałaby dokładnie tak samo. Ten precyzyjnie odtworzony przez autora żydowski koloryt lokalny, sam w sobie malowniczy scenicznie w kilku scenach w przedstawieniu w Teatrze Dramatycznym nie daje jednak zapomnieć, że Fatalista to w gruncie rzeczy Caillavet i de Flers naszych czasów. Precyzyjnie napisany, z dialogiem dobrze leżącym „w munsztuku” – jak mawiają aktorzy na zawodowo napisany, dobrze brzmiący na scenie tekst – góruje zdecydowanie nad dramaturgiczną produkcją sporej grupy młodych autorów, których dzieła brzmią na scenie wyjątkowo topornie. Nazwiska i tytuły sobie podarujmy, bo przekroczyłoby to objętość tego felietonu.

Na scenie im. Mikołajskiej czwórka aktorów: Magdalena Czerwińska (Lea) i Robert T. Majewski (Beniamin), a obok nich teatralna „młodzież” – dwóch świetnie grających (o co na naszych scenach nie tak łatwo!) chłopców, Jakub Strach i Maksymilian Zieliński, z ogromną naturalnością swobodą grających dzieci Beniamina i Lei. Oddajmy im chwałę, bo biją na głowę swoich rówieśników angażowanych do telewizyjnych seriali – na tamtych zazwyczaj patrzeć hadko.

Czerwińska i Majewski grają przez tę godzinę nie małżeńską scenę, która przenicuje na zawsze życie ich postaci, ale raczej żywiołową słowną szermierkę, w przedstawieniu Wojciecha Urbańskiego prowadzoną jednak „bezkrwawo” – przeciwnicy krzywdy sobie nie robią. Czasem ich spór kulminuje się w podniesieniu głosu, na krawędź krzyku, zawsze jednak tak, by nie została naruszona pewna „granica bezpieczeństwa”, poza którą nie ma już możliwości dalszego życia razem. I nawet nie dziwi puenta przedstawienia. Niezbyt smaczny złocisty rosół wraca na talerze, na głowę Beniamina wraca starannie schowana do kieszeni kipa.

Co będzie dalej – łatwo się domyślić. Od poniedziałku u Goldbergowej na Beniamina znów czeka szczawiowa, ułan-kochanek Lei już zapewne podkręca wąsa, czekając na kolejne miłe spotkanie. Nie wiadomo tylko nic o poecie Serafinowiczu.

Żarty na bok. Premiera na Scenie im. Mikołajskiej w Teatrze Dramatycznym jest propozycją z gatunku tak zwanego „wysokiego bulwaru” – nawet jeśli intencja autora była odmienna. Nic w tym nagannego – ten gatunek wypędzano skutecznie z naszych scen, i to przez ponad 20 lat, gdy podtatusiali dziś „młodsi zdolniejsi” rzucili hasło „śmierć mieszczańskiemu teatrowi”. Dobić się go do końca nie udało, ale konsekwencje są widoczne już dziś. Wyrosło cale pokolenie artystów, mających problemy ze scenicznym dialogiem, budowaniem postaci, a więc rzeczami, będącymi zawodową podstawą istnienia i funkcjonowania teatru. Odbudowa tych zniszczeń zajmie następne pokolenie.

Fatalista udowadnia, że konwersacyjny teatr wciąż ma rację bytu, i że spotkanie dwojga aktorów, sceniczna rozmowa wobec publiczności wciąż mają sens.
Że stać nas teraz na tyle? „Cóż – jak rzekła pewna dama – sorry, taki mamy klimat”.

22-02-2019

galeria zdjęć Fatalista, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy <i>Fatalista</i>, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy <i>Fatalista</i>, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy <i>Fatalista</i>, reż. Wojciech Urbański, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Tadeusz Słobodzianek
Fatalista
reżyseria: Wojciech Urbański
scenografia i kostiumy: Joanna Zemanem
muzyka: Natalia Czekała
reżyseria światła: Damian Pawella
projekcje: Stanisław Zaleski
udźwiękowienie: Mariusz Szyc
konsultant od tradycji żydowskich: Robert Koszucki
osada: Magdalena Czerwińska, Robert T. Majewski, Jakub Strach (gościnnie), Maksymilian Zieliński (gościnnie)
Premiera 15.02.2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany Fatalna
    Fatalna 2019-04-06   23:39:33
    Cytuj

    Fatalny spektakl. Fatalna sztuka.

  • Użytkownik niezalogowany wszechwiedząca
    wszechwiedząca 2019-04-05   23:58:12
    Cytuj

    Bo Mościcki nie potrafi pisać recenzji. Przecież to wiemy od dawna. Tak jak Słobodzianek po Naszej Klasie zapomniał jak pisać sztuki. Co jedna to gorsza. Młody Stalin był kompromitacją, Niedźwiedź nudą potworną, a Fatalista błahostką. Ot taki rozbudowany szmonces. Nic ciekawego. Nie polecam.

  • Użytkownik niezalogowany Kierownik Pawłowski
    Kierownik Pawłowski 2019-03-19   16:04:00
    Cytuj

    Recenzji daleko niestety do prawdziwej recenzji. Więcej tu popisywania się skojarzeniami i wiedzą o historii teatru (podobnie jak we współczesnym teatrze reżyserzy popisują się pomysłami). Prawie nic nie dowiadujemy się o grze aktorskiej czy scenografii, o kostiumach nie wspominając. Autorowi polecam recenzje dawnych mistrzów i skupienie na spektaklach, nie na sobie.