AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Masz, łotrze, za Polskę!

Kolaboranci, reż. Piotr Ratajczak, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Kiedy galowo ubrani aktorzy zaczynają intonować „Jeszcze Polska nie zginęła…”, jedna ze starszych pań na widowni niepewnie pyta: „Сzy musimy wstać?”. Nie wiem nawet, do kogo zaadresowane było to pytanie. Być może sama nie wiedziała. Chciała się jedynie upewnić – by użyć języka socjologii – czy prawidłowo zdefiniowała sytuację.

W rzeczy samej, kurtyna się podnosi, a za nią panie w pięknych połyskujących luksusem i statusem sukienkach wieczorowych w stylu lat dwudziestych, trzydziestych. Panowie we frakach. Francja-elegancja. Jakby to był bal w pałacyku Wielkiego Gatsby’ego. I tu nagle polski hymn. Chociaż w sumie dlaczego nie? Nikt jednak z publiczności, o ile widziałem, nie wstał. Chociaż z pewnością wielu taki zamiar miało. Gdzieś tam wprost ten zamiar im się po mięśniach i stawach błąkał. Dało się to wyczuć. A jednak impulsy zostały zahamowane. Bo, jak to w teatrze, nigdy nie wiadomo, opera seria czy jednak buffa. Naprawdę, czy tylko tej prawdy znak.

Osobiście uwielbiam ten rodzaj niepewności będący przywilejem sztuk performatywnych. Możliwości manewru są tu ogromne. Jednak Piotr Ratajczak nie zamierza zbyt długo trzymać widowni w napięciu. W ślad za pierwszymi zwrotkami Mazurka Dąbrowskiego słyszymy „Deutchland, Deutchland uber alles…” i naprężenie, już po pierwszych nutach, znacząco słabnie. Komunikat jest jasny – można siedzieć. No, bo kto będzie wstawał podczas Pieśni Niemców? W wolnej Polsce! Zwłaszcza, gdy padają w niej takie oto, geopolitycznie niepokojące, słowa: „Jeśli zawsze dla obrony / Po bratersku są złączone / Od Mozy aż po Niemen / Od Adygi aż po Bełt”. Siedzimy więc na krzesłach równo. Chyba że jakiś kolaborant kręci się niecierpliwie, z trudem wstrzymując swe kolaboracyjne odruchy. Jednak zanim zaczniemy podejrzliwie rozglądać się po sąsiadach, kurtyna opadnie i całą naszą uwagę będzie próbował skupić na sobie konferansjer w wykonaniu Radomira Rospondka.

Grający gościnnie aktor dwoi się i troi, częstuje nas niepoprawnymi politycznie dowcipami o Hitlerze. Jest podekscytowany do perlistego potu pod starannie zaczesaną grzywką. Nie chodzi, lecz biega. A jeżeli stoi, to w jakimś oddającym hołd publiczności półprzysiadzie i z nieustanną gestykulacją zachęty i reklamy. Jest gospodarzem wieczoru. Dyrektorem wyjątkowego kabareto-teatro-cyrku AM ENDE DER WELT. Czyśćcu dla „artystów wyklętych”. Po krótkim – w najlepszych tradycjach musicalowych – tanecznym intro, Rospondek chętnie zapoznaje nas z szykownym menu dzisiejszej wyjątkowej moralno-teatralnej uczty.

Jeszcze tego nie wiemy, lecz w tym pierwszym spotkaniu z aktorami AM ENDE DER WELT streszczony poniekąd zostanie cały spektakl Opolskiego Teatru im. Jana Kochanowskiego. Każdy z zapowiedzianych artystów rzeczywiście wystąpi. Każdy będzie miał swoje, niekiedy wręcz dosłowne, pięć minut. Większych odstępstw od struktury następujących po sobie poszczególnych numerów koncertu-musicalu z jego estetyką przepychu i wyrazistości emocjonalnej raczej nie będzie.

Zawiedzie się jednak ten, kto oczekuje dopieszczonych wokalnie i tanecznie cudeniek z najlepszej tradycji Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Winni tego nie są aktorzy, którzy rzeczywiście się starają, ani realizatorzy, którzy zatrudnili jednocześnie choreografkę Urszulę Parol oraz odpowiedzialnego za plastykę ruchu Arkadiusza Buszko, tylko widz, który niejedne już tańcośpiewy z gwiazdami widział. Zdecydowanie nie pomaga aktorom sprzęt nagłaśniający. Zniekształca głos, co i rusz dodając mu niepotrzebnego echa. Przeszkadza to tym bardziej, że w spektaklu jest niepotrzebnie dużo skrajnych emocji, krzyku i histerii. Zbytecznych często ze względu chociażby na to, że widzów usadzono na scenie i to dosłownie na wyciągnięcie ręki od występujących.

Mimo wszystko sam fakt, że zespół podjął się podobnego wyzwania, nie może nie cieszyć. Dla opolskiego teatru to świetna kontynuacja sezonu eksperymentów i nieoczywistych rozwiązań, dzięki którym cały zespół zauważalnie nabiera coraz lepszej aktorskiej formy. Wielka w tym, należy przyznać, zasługa młodej generacji w postaci dwóch zeszłorocznych wielce udanych „zdobyczy” teatru – Magdaleny Maścianicy i Moniki Stanek. Delikatna, uwodzicielska brunetka i wyzywająco seksowna blondynka. Dwa ewidentne aktorskie talenty, dwa zupełnie różne typy urody i dwie zupełnie różne charyzmy, które tak cudownie się uzupełniają.

Nie zapominajmy też o Jędrzeju Wieleckim. Jak się okazało, do wybranej przez reżysera konwencji absolwent Wydziału Aktorskiego PWSFTviT w Łodzi pasuje jak ulał. Rzeczywiście wygląda na postać z pierwszej połowy ubiegłego wieku. Igo Sym Wieleckiego to „wzorowy” kolaborant i oportunista. Oczy jego iskrzą pod wysokim czołem, kiedy, przemierzając pewnym krokiem pustą przestrzeń sceny, z jednej strony zamkniętą siedzącym wśród palm zespołem muzycznym, z drugiej – krótkim rzędem krzeseł, kreśli przed aktorami ciężkich okupacyjnych czasów perspektywy współpracy z reżimem. Niekiedy wybór sprowadzał się do okrutnej alternatywy: jechać z własnej woli na plan filmowy lub nie z własnej do Oświęcimia. Innym razem chodziło „jedynie” o zgodę na kelnersko-szatniarski niebyt zawodowy.

Każda kolejna historia, aktorsko oscylująca między spowiedzią, recitalem i tłumaczeniem się przed ławą przysięgłych, mimo różnic w szczegółach łatwo dostrzegalnie przypomina każdą poprzednią. Bądź to Bogusław Samborski czy Ina Benita. Chociaż burmistrz z Heimkehr, jak się wydaje, w ogóle nie miał wyrzutów sumienia, a przedwojenna Marylin Monroe pozostawała zakładniczką świata umundurowanych mężczyzn. Jednak wszystkie te detale rozpływają się w natłoku powtarzanych niczym mantra: „Co miałem robić?”, „Ciągnęło mnie do grania!”, „Przecież nikogo nie zabiłem!”. Większość z tych smutnych opowieści o niełatwych decyzjach moralnych kończy się wraz z pojawieniem się na scenie dwóch „aniołów zemsty” – Szarego i Burego – postaci w długich szarych płaszczach, chodzących karykatur bohaterów filmów Quentina Tarantino. Zabijanie zdrajców traktują jak oryginalny pomysł na spędzenie wolnego czasu. „Masz, łotrze, za Polskę!” – i pif-paf!
 
Gdzieś po godzinie trwania tego show, mimo że upływa owa godzina w starannie serwowanej szampańskiej zabawie, prawie odruchowo zaczynam zastanawiać się nad puentą całego przedsięwzięcia. W jakim celu Ratajczak uruchomił ten aktorski kabaretoczyściec? Po co wskrzesił nieżyjących już artystów, nie mając przy tym zamiaru wdawać się w dokładną analizę poszczególnych przypadków? Nie mając też czasu na gruntowne zgłębienie mechanizmów psychologicznych kolaboracji, parodiując zarówno propagandowo-farsowy teatr jawny, jak i hurrapatriotyczny, pełny imperialistycznego resentymentu teatr podziemny. I najważniejsze: Kto miałby być sędzią?

Po dwóch „fałszywych” zakończeniach, kiedy widzowie szykują się już do klaskania, rzeczywiście następuje scena sądu. Czas na spowiedź Adolfa Dymszy. Przewrotność tej sceny polega na tym, że patrząc na siedzących równym rzędem członków sądu koleżeńskiego ZASP-u, nasz konferansjer, jak i my, widzi znane już nam twarze kolaborantów. Wydaje się więc, że jedyną nieskompromitowaną instancją w tej sytuacji pozostaje widownia. I tu reżyser przypuszcza ostatni atak. Nie wiem nawet, czy przez ową widownię w pełni zauważony, uświadomiony i doceniony, bowiem finałowe zapewnienie „że aktor bez widza nie istnieje”, mimo że ubrane w formę pięknego komplementu dla publiczności, mimo całego lukru-pudru galowej konwencji, jest łyżką gorzkiej prawdy sprytnie udającą beczkę miodu. Wystarczy ponownie przypomnieć, kto te słowa wypowiada. Aktor bez widza faktycznie nie istnieje. Lecz jeżeli ktoś gra po polsku i dla Polaków, to jeszcze nie znaczy, że nie jest kolaborantem. Jak nie znaczy to, że nie jest nim klaszczący do jego występu Kowalski.

14-05-2018

galeria zdjęć Kolaboranci, reż. Piotr Ratajczak, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu <i>Kolaboranci</i>, reż. Piotr Ratajczak, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu <i>Kolaboranci</i>, reż. Piotr Ratajczak, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu <i>Kolaboranci</i>, reż. Piotr Ratajczak, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Maria Marcinkiewicz-Górna, Piotr Rowicki
Kolaboranci
reżyseria i opracowanie muzyczne: Piotr Ratajczak
dramaturgia: Maria Marcinkiewicz-Górna
scenografia: Kaja Migdałek
kostiumy: Grupa Mixer
choreografia: Urszula Parol
plastyka ruchu: Arkadiusz Buszko
obsada: Katarzyna Osipuk, Magdalena Maścianica, Monika Stanek, Leszek Malec, Radomir Rospondek (gościnnie), Michał Świtała, Jędrzej Wielecki, Rafał Kronenberger
muzyka na żywo: Arkadiusz Czyżewski, Jacek Hornik, Piotr Skrzypiec, Jan Wezner
tancerki: Martyna Podwysocka, Aleksandra Kocot, Wiktoria Frącz, Wiktoria Rusin
premiera: 28.03.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Dariusz Maciej Kowzan
    Dariusz Maciej Kowzan 2018-05-14   22:25:34
    Cytuj

    Potwierdzam, że: "Zdecydowanie nie pomaga aktorom sprzęt nagłaśniający. Zniekształca głos, co i rusz dodając mu niepotrzebnego echa." Nad sceną, na sztankietach powinny zawisnąć kotary, paludamenty - coś, co wytłumi pudło sceny i (być może) nieco poprawi akustykę.