AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Potęga akceptacji

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
 

Rozmiawiałam ze znajomą dyrektorką teatru, która opowiadała, jakie ma kłopoty z zaproszeniem do siebie szkół, nawet na dobre spektakle, które mają dobre recenzje. Argument, jaki słyszała ze strony placówek edukacyjnych, był w zasadzie jeden – ten spektakl nie realizuje żadnych treści z podstawy programowej.

To w zasadzie zamyka dyskusję, bo trudno przecież wykazywać, że propagowanie odwagi, tolerancji, umiejętności radzenia sobie w sytuacji konfliktowej czy poszanowania dla inności to też są ważne elementy edukacji, choćby społecznej. Dlatego, co wiem już z własnego doświadczenia, szkoły wolą wybrać spektakle lekturowe, nawet gdy ich wartość artystyczna czy poznawcza jest co najmniej wątpliwa, a trudno je przekonać do nawet bardzo dobrych spektakli, jeśli ich tematyka wprost nie nawiązuje do treści nauczania. Czy rzeczywiście teatr dla młodego widza jest skazany na bycie działalnością usługową – dla przedszkolaków „bajeczka” (im jeszcze wolno zajmować się niepoważnymi sprawami), a dla uczniów – mity greckie w wykonaniu teatru, który przyznał sobie prawo do bycia „narodową edukacją teatralną”? (Swoją drogą zawsze mnie to bardzo interesowało, czy skoro w przypadku teatrów dramatycznych prawo do używania terminu „narodowy” mają jedynie te, które podlegają Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, to czy dowolna grupa teatralna robiąca teatr lektur szkolnych ma prawo sama sobie nadać w nazwie określenie „narodowy”, które niejako automatycznie zapewnia jej większy prestiż, wykorzystywany w celach marketingowych).

Czy wartościowy, artystyczny teatr dla dzieci skazany jest na nierówną walkę z tymi, którzy wprost nastawili się na realizację treści programowych przy użyciu spektakli teatralnych? I czy z przyczyn ekonomicznych skazany jest często na przegraną? (Bo przecież można tłum dzieci wysłać na jeden spektakl w wynajętej sali i cena za głowę – lub też „fotelopośladki” – wyjdzie mniejsza)? Może nie będzie tak źle, ale trzeba by w tym celu nakłonić szefów organizacji teatralnej widowni, by potrafili wynajdywać w treściach nauczania takie tropy, które – choćby w sposób odległy – nawiązują do tego, o czym jest spektakl w ich teatrze. Może w ten sposób uda się przemycić do szkół mądry i dobry teatr, skoro i tak muszą one realizować w ciągu roku jakiś program „ukulturalniający” młodzież?

Mam już pierwszą propozycję takiego spektaklu: to Wąż Marty Guśniowskiej w reżyserii Janusza Ryl-Krystianowskiego, najnowsza premiera poznańskiego Teatru Animacji. Nieważne, że spektakl jest znakomicie zrobiony i zagrany; nieważne, że ma mądry i zabawny tekst – należy zwrócić uwagę na to, że mówi on w finale o Bogu (i to pięknie mówi). Jak wiele teatrów może się pochwalić spektaklami, które odpowiadają treściom nauczania z lekcji religii?

Proszę nie myśleć, że zidiociałam, te pomysły to raczej wynik mojej desperacji wynikającej z obserwowania, jak traktowany jest teatr dla młodego widza, głównie przez instytucje, które – przynajmniej w założeniu – mają stymulować dzieci do rozwoju przez „wielosensoryczne bodźce”. Dlaczego moje dziecko ze swoją szkołą nie trafi na świetny spektakl Węża czy choćby Myszek i wojny w Teatrze Muzycznym, a już dwukrotnie było wysyłane do kinoteatru Apollo na występy ludzi, którzy grają spektakl o Tomku Sawyerze czy mity greckie? Szanowni Państwo, kluczmy, kombinujmy, bo może się okazać, że wartość dzieła jest ostatnim kryterium w doborze spektaklu, na które dziecko wybierze się ze szkołą.

Guśniowska pisze teksty bardzo mądre, dobrze skonstruowane, ale równocześnie bardzo zabawne, znaczeniowo rozbuchane, szalone w obrazowaniu, pełne zwrotów akcji.Takie to myśli tłukły mi się po głowie po obejrzeniu premiery w Teatrze Animacji – premiery, która była częścią jubileuszu dwudziestopięciolecia artystycznego przewodzenia poznańskiej scenie przez Janusza Ryl-Krystianowskiego. Jak mówił obecny dyrektor – Marek Waszkiel, ten teatr miał szczęście do wybitnych artystów: najpierw Leokadii Serafinowicz, a także właśnie do Ryl-Krystianowskiego (ja bym do tej listy dodała także Wojciecha Wieczorkiewicza). Wśród zasług jubilata z całą pewnością należy wymienić to, iż poznał się on na talencie i dał szansę młodziutkiej wtenczas Marcie Guśniowskiej na zaistnienie na scenie. Po dziewięciu latach od tamtego momentu ich wspólne dzieło dowodzi, że oboje – choć należą do innych generacji – są mądrymi, wrażliwymi i bardzo sprawnymi artystami, robiącymi bardzo dobre spektakle dla młodego widza.

Myślę, iż właśnie to zetknięcie w jednym spektaklu różnych generacji twórców dało w Wężu tak znakomity efekt. Guśniowska pisze teksty bardzo mądre, dobrze skonstruowane, ale równocześnie bardzo zabawne, znaczeniowo rozbuchane, szalone w obrazowaniu, pełne zwrotów akcji. Jeśli inscenizator dołoży do tej fascynującej mieszanki jeszcze sporo własnego szaleństwa, może to doprowadzić do powstania spektakli bardzo zabawnych, w których jednak gubi się mądrość tekstu czy choćby zawarte w nim zabawy słowne, które są zrozumiałe także dla dzieci, jeśli tylko pozwoli się im wybrzmieć. Ryl-Krystianowski podszedł do tekstu Guśniowskiej nie jak do atrakcyjnej narracji, lecz jako do nośnika ważnego i mądrego znaczenia – pozwolił, przy pomocy aktorów, przemówić tekstowi. Reszta jest tylko (lub też aż) niezbędnym obramowaniem wzmacniającym przekaz dramatu. W związku z tym forma spektaklu może wydawać się nieco staroświecka w swojej prostocie i umowności, ale jest bardzo skutecznym sposobem na pokazanie, że teatr – jeśli jest dobrze zrobiony –  potrafi być wspaniałą pożywką dla wyobraźni i intelektu. Poznański Wąż jest przede wszystkim piękną historią o przyjaźni, pomocy, akceptacji i wreszcie samoakceptacji.

Historia o Narratorze (Marcin Ryl-Krystianowski), który opowiada o pewnym Wężu, niepogodzonym z własną kondycją stworzenia pozbawionego kończyn (Krzysztof Dutkiewicz) i o chomiku Chrupusiu (Marcin Chomicki), postanawiającym pomóc niedawnemu prześladowcy w zdobyciu kończyn, rozgrywa się w bardzo prostej i kolorystycznie jednolitej przestrzeni. Kilka elementów scenograficznych wystarcza, by stworzyć cały świat, przez jaki poruszają się bohaterowie. Nie są one używane w funkcji innych obiektów, po prostu są po to, by działać wewnątrz świata przedstawionego. Budują przestrzeń abstrakcyjną, lecz bardzo funkcjonalną. Nie bardzo tylko rozumiałam, dlaczego w finale układają się w słowo ZOO.

Opowiadany Wąż wyrusza na poszukiwanie takich, co mu mogą pomóc zdobyć kończyny – dzięki temu będzie mógł wziąć sprawy w swoje ręce, unieść swój los czy choćby wziąć nogi za pas. Bez kończyn czuje się dziwadłem i to go wkurza.

Cała siła narracji złożona jest na barkach aktorów. Oni (poza Ryl-Krystianowskim) grają niejako obok lalek własnych postaci – na końcową postać teatralną w równym stopniu składa się animacja lalki, jak i to, co i jak aktor gra w żywym planie. Dla przykładu lalka Gekona, którego postać gra Elżbieta Węgrzyn, przez spory fragment przedstawienia używana jest przez aktorkę jak karabin, który zostaje co jakiś czas odbezpieczony lub przeładowany. Lalka pełni tu jednak nie tyle rolę rekwizytu (do nikogo się z niej nie strzela), lecz w ten sposób pokazany jest wybuchowy i impulsywny charakter Gekona. Cała siła narracji złożona jest na barkach aktorów. Węgrzyn w budowaniu przez siebie postaci porusza się na granicy szarży aktorskiej, ale jest to szarża cały czas konsekwentnie kontrolowana, celowa i dobrze uzasadniona. Jest to po prostu pełnowymiarowe aktorstwo. Natomiast dwaj pozostali główni bohaterowie, czyli wkurzony Wąż i Chomik, są o wiele bardziej stonowani, oszczędni w swoich zachowaniach – zarówno aktorskich, jak i lalkarskich. Chrupuś Chomickiego jest z jednej strony naiwny i płochliwy, z drugiej natomiast bardzo zdeterminowany, by pomóc Wężowi. Ten ostatni jest przez Dutkiewicza budowany powstrzymywanym wkurzeniem, które w przypadku lalki objawia się bardzo wężowo, przez potrząsanie końcówką ciała, a w ekspresji aktorskiej – zrezygnowaną desperacją. To dzięki złożeniu tych dwóch obrazów widz wie, że Wąż jest nie tylko wkurzony (jak odbiera go otoczenie), ale także nieszczęśliwy.

Jako pierwszy dostrzega to Chomik (być może dzięki temu, że dane mu było zajrzeć do wnętrza gada, kiedy został przez niego zjedzony) i dlatego ujmuje się za tym, który dla otoczenia dotąd był przedmiotem kpin i źródłem lęku. Razem wyruszają na wyprawę (Chomik początkowo nie do końca dobrowolnie) która ma przynieść Wężowi nogi. Wykorzystanie motywu drogi, charakterystycznego dla dramatów Guśniowskiej, pozwala bohaterom skonfrontować się z wieloma „innościami”. Nagle okazuje się, że nadmiar nóg, jak u Pająka (Marta Wesołowska) też może być problemem – zanim umyje się ostatnią, pierwsza już znów jest brudna. Jak pokazywała Guśniowska w dramacie Brak sensu, Aniołek, Żyrafa i stołek, nawet posiadanie zaledwie dwóch nóg też może powodować problemy, jeśli te nogi zginają się w odwrotną niż u reszty stronę. Guśniowska i Krystianowski bardzo precyzyjnie i klarownie przeprowadzają widzów przez świat, w którym odmienność jest normą. Pokazują, że każda inność ma swoje zalety oraz niedogodności, lecz w finale, za sprawą Boga, okazuje się, że każdy jest idealny właśnie taki, jaki jest – bo takim został stworzony i taki jest kochany (przynajmniej w deklaracji i przez Boga).

Pisząc o tym spektaklu, nie można nie wspomnieć o Marcinie Ryl-Krystianowskim jako narratorze. To taki typ aktora, który nawet w kiepskim przedstawieniu dokonuje cudów aktorskiej ekspresji. W Wężu – spektaklu znakomicie zrealizowanym i zagranym, jest jednym z wielu dobrze grających aktorów, ale i tak dominuje na scenie. Jako narrator jest ekspresyjny, wyrazisty, znakomicie operuje ciałem – w tanecznych przejściach ma wdzięk Chaplina i podobną do niego siłę oddziaływania. Patrząc na postacie, jakie zbudował, widać, że to aktor wkładający całego siebie w to, co robi. Bardzo bym chciała, żeby taką swobodę i energię potrafił przekazać dziecięcym aktorom w szkolnych przedstawieniach.

Tak oto powrócił temat szkoły. Można się zżymać na Guśniowską, że napisała dramat, w którym ostateczną instancją jest Bóg i że to On uczy tolerancji oraz akceptacji. Być może miejska instytucja kultury, jaką jest Teatr Animacji, powinna być wolna od spektakli, w których odwołuje się do jakiejś formy istoty najwyższej nazwanej Bogiem. Ja jednak – będąc daleka od religii – cieszę się, że ktoś przypomina, iż Bóg (przynajmniej ten chrześcijański, choć w spektaklu nie ma mowy, o jakiego konkretnie Boga chodzi) został pomyślany jako istota miłująca – także odmienności, a nie karząca. W tym konkretnym przedstawieniu, dzięki rozwiązaniom inscenizacyjnym, nie mamy na dodatek pewności, czy za Boga ktoś się nie podszywa, czy Wielkim Demiurgiem i pocieszycielem nie jest aby po prostu Narrator, który ulitowawszy się nad Wężem, postanowił go „opowiedzieć” w wersji pogodzonej z własną fizycznością. Światło padające z kulis, rzucające charakterystyczny, „kapelusikowaty” cień Narratora, skłaniałoby mnie ku takiej interpretacji.

Poza tym, wracając do początku mojego tekstu: jeśli uprawomocnienie w postaci „treści programowych” potrzebne jest do tego, by szkolne, zorganizowane grupy młodych widzów wybrały się do teatru na dobry spektakl, mówiący mądrze, lecz lekko o sprawach ważnych dla rozwoju człowieka i jego relacji z innymi – niech będzie nawet i o Bogu. Mając za sobą doświadczenie oglądania Przyjaciela w mundurze duetu Guśniowska i Ryl-Krystianowski w Animacjach w 2006 roku, którego bohaterem był policjant uczący dzieci zasad bezpieczeństwa i który był fajnym (z góry przepraszam polonistkę mojego syna za użycie tego słowa) spektaklem, mam następujący pomysł:

Pani Marto! Potrafi Pani mądrze, lekko i wnikliwie pisać chyba o wszystkim. Bardzo poproszę więc o dramaty o: Atenach w czasach Peryklesa (dlaczego wtedy teatr rządził), warstwach lasu (możliwa sytuacja dramatyczna – konflikt między podszytem a koronami drzew), przeliczaniu ułamków dziesiętnych na zwykłe (fascynujące dzieje zagubionego zera), skoku kozła przez skrzynię (gdyby kozioł nie skakał…), terminach literackich w praktyce (animizacja kontra antropomorfizacja). Takiemu zestawowi nie będzie się w stanie oprzeć żadna szkoła! A dzieci dostaną dobry i mądry teatr. Bo chyba o to, koniec końców, powinno chodzić.

28-05-2014

galeria zdjęć Wąż, reż. Janusz Ryl-Krystianowski, Teatr Animacji w Poznaniu Wąż, reż. Janusz Ryl-Krystianowski, Teatr Animacji w Poznaniu Wąż, reż. Janusz Ryl-Krystianowski, Teatr Animacji w Poznaniu Wąż, reż. Janusz Ryl-Krystianowski, Teatr Animacji w Poznaniu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Animacji w Poznaniu
Marta Guśniowska
Wąż
reżyseria: Janusz Ryl-Krystianowski
scenografia: Jacek Zagajewski
muzyka: Mariusz Matuszewski
obsada: Krzysztof Dutkiewicz, Marcin Ryl-Krystianowski, Marcin Chomicki, Elżbieta Węgrzyn, Danuta Rej, Piotr Grabowski, Marta Wesołowska
premiera: 18.05.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: