AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/365: Czeski film o Słowaku

Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979,
fot. Bartek Barczyk  

1.
Marszałek Witold Kozłowski, a właściwie Zarząd Województwa Małopolskiego, ogłosił konkurs na kandydata na stanowisko dyrektora w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Do 30 września 2023 roku, a konkretnie do godziny 16.00 tego dnia, trzeba złożyć na dzienniku podawczym Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego przy ulicy Racławickiej 56 w Krakowie ofertę programową w zalakowanej kopercie z napisem „Nie otwierać! Konkurs”… Bardziej nieśmiali, niepragnący rozgłosu kandydaci na kandydatów mogą oczywiście wysłać dokumenty pocztą z zachowaniem pełnej anonimowości. Jak poznać zawczasu tę grupę śmiałków? Jak rozszyfrować nazwiska najodważniejszych z odważnych? Nie posiadam, niestety, żadnej koleżanki w zarządzie województwa, znajomy portier z Racławickiej przeszedł na emeryturę kilka lat temu. Na Pocztę Polską nie ma mocnych, nie da się obsadzić wszystkich placówek swoimi ludźmi, żeby monitorowali korespondencję adresowaną do zarządu, ale kusi mnie ten wariant z dziennikiem podawczym.

Doskonale wiem, że w tym kraju robi się wszystko na ostatnią chwilę – kseruje dokumenty, drukuje ostatnią stronę programu, czeka niecierpliwie na niezbędną rekomendację od lokalnego autorytetu, nagle nie ma w domu koperty bąbelkowej i tak dalej i tak dalej… Przeglądasz papiery setny raz i stale czegoś tam brakuje, znajdujesz kompromitującą literówkę, przypominasz sobie, że nie wpisałeś Adama Sroki do planów na trzeci sezon… A potem trzeba brać taksówkę i pędzić na tę Racławicką, żeby zdążyć przed zamknięciem biur. 30 września, godzina 16.00! Jeśli bym zajął tego dnia strategiczną pozycję na Racławickiej przy okienku dziennika podawczego i bacznie obserwował wchodzących i wychodzących, poznałbym przed innymi publicystami teatralnymi, kto zamarzył sobie o dyrekcji Słowackiego. 30 września! Moja córka ma tego dnia urodziny, więc na pewno będę w Krakowie, wraca ze szkoły późno, skoro urząd pracuje w godzinach 8-16, zdążę jeszcze po akcji wrócić do domu i odgrzać jej obiad. A wcześniej posiedzę sobie spokojnie na krzesełku w holu, zjem kanapkę, wykonam kilka pilnych telefonów, jest automat z napojami, laptopa nie odpalę, bo mógłbym (zerkając w ekran) przegapić falę kandydatów z ofertami. Z tego samego powodu postaram się też nie mrugać.

Oczywiście wiem, że zarząd województwa nie nakazał konkursowiczom osobistego doręczenia aplikacji, mogą to zrobić z pomocą najbliższej rodziny i dalszych krewnych, użyć – jak już powiedzieliśmy – niezawodnej Poczty Polskiej, ale coś mi mówi, że do spraw podobnej rangi jak złożenie dyrektorskiej oferty programowej czy podpisania cyrografu z diabłem nie używa się osób i instytucji postronnych, tylko pilnuje się ich samemu. Zwłaszcza ostatniego dnia naboru. A nuż kurier pomyli urzędy, teściowa zgubi kopertę, syn zagada się z rówieśnikami, list zaginie na poczcie, taksówkarz przewożący dokumenty okaże się fanem obecnej dyrekcji Słowackiego, zorientuje się, o co chodzi i katastrofa gotowa. Decyduje data wpływu. Osobiste dostarczenie koperty z własną kandydaturą na konkurs ma w sobie coś uroczystego, jest namiastką przyszłego i spodziewanego zwycięstwa. Idziesz i trzymasz ją w wyciągniętej wysoko dłoni: „Patrzcie, to mój glejt nietykalności, to moje zaświadczenie o wybitności! Ambicji i skali myślenia”. Ludzie rozsuwają się przed tobą, o kandydacie! Z szacunkiem pochylają głowy, ktoś spontanicznie bije brawo, jakaś kobiecina z podkrakowskiej wsi przyklęka na oba kolana i żegna się nabożnie znakiem krzyża. W tle słychać fanfary. Galilejczyku zwyciężyłeś! – myślisz triumfalnie, o ty, odważny kandydacie, a wtedy widzisz mnie w rogu na krzesełku, z kanapką w ręku i mina ci rzednie, bo już wiesz, że nie będzie żadnej tajemnicy. Tak jak nie ma wakatu na stanowisku, na które rozpisano konkurs. Słowacki ma dyrektora popieranego przez zespół, widzów, środowisko, opinię publiczną. Dyrektora, który przestał podobać się tylko organizatorowi.

2.
O zamiarze rozpisania konkursu w Teatrze Słowackiego przez marszałka Kozłowskiego środowisko teatralne wie już od ponad miesiąca. Od 17 lutego 2022 roku trwa procedura odwołania Krzysztofa Głuchowskiego ze stanowiska, wszczęta z inicjatywy organizatora. Kilkakrotnie przekroczono ustawowy termin jej zakończenia i nie znaleziono dobrego formalnego pretekstu, zarzutu karnego, wykroczenia, nadużycia i błędu, który mógłby posłużyć do usunięcia dyrektora. Więc w Krakowie marszałek odwołuje, odwołuje, odwołuje, odwołuje i nie może odwołać Głuchowskiego. Ale zegar tyka, w tej chwili to już ponad pięćset trzydzieści dni, może mylę się o parę jednostek dobowych, w każdym razie na pewno Krzysztof Głuchowski policzył je dokładnie. Niekończące się odwoływanie nie skutkuje zawieszeniem urzędującej dyrekcji, toczy się niejako w tle, jako ów proces Józefa K. Głuchowski może dyrektorować, zarządzać, projektować sezon, reprezentować teatr, a w tle coś trwa. Coś się kłębi, pulsuje i dymi. Jeszcze przed rokiem nazwalibyśmy to szukaniem haków na niewygodnego dyrektora, mówilibyśmy o żarnach historii, które mielą powoli aczkolwiek nieubłagalnie. Ale teraz widać już wyraźnie, że maszyny ugrzęzły na jałowym biegu, dalej mają wprawdzie przyczepioną do kół zamachowych tabliczkę z napisem „odwoływanie”, tylko nic się już nie dzieje na serio w tym sektorze. Zarząd Województwa Małopolskiego, nie odwołując odwołania, znalazł nowy sposób na walkę z niechcianą dyrekcją. Skoro nie można odwołać dyrektora z jakiegoś konkretnego paragrafu, a trzeba wykonać polityczne zlecenie centrali, należy rozpisać konkurs. Nawet rok przed końcem kadencji.

Gdyby nie bliskość wyborów parlamentarnych i samorządowych, gdyby nie podejrzenie ustawienia wyniku konkursu, gdyby nie otwarty konflikt Kozłowskiego z Głuchowskim, można by nawet zarządowi przyklasnąć za dalekowzroczność. Konkurs na dyrektora z rocznym wyprzedzeniem? Toż to prawie standardy niemieckie. Wybrany na długo przed rozpoczęciem pracy dyrektor-elekt ma czas na zapoznanie się z placówką, dopięcie pierwszych działań w nowej roli, rozliczenie z innymi pracodawcami. Zespół może się zapoznać z jego ofertą, zastanowić, czy odchodzi, czy zostaje, czy pasuje mu nowa linia. Stary dyrektor przez kilka miesięcy wprowadza nowego w tajniki sprawowania władzy w tej instytucji, nikt nie zabroni mu startować w innych konkursach, spokojnie planuje sobie swoje życie zawodowe na przyszły rok. Może godnie i bezboleśnie się przesiąść ze stanowiska na stanowisko. Ale przecież w krakowskim przypadku nie chodzi o bezkolizyjne przekazanie władzy. Takim głosom nie wierzcie.

Oczywiście z prawnego punktu widzenia organizator może zrobić wszystko, co chce z tym stanowiskiem po wygaśnięciu kadencji Krzysztofa Głuchowskiego, czyli w sierpniu 2024 roku. Jeśli ministerstwo zgodziłoby się wtedy na odstąpienie od konkursu, marszałek może nominować na dyrektora, kogo tylko zapragnie, jeśli takiej zgody nie będzie, może postawić na czarnego konia i wesprzeć go „swoimi” głosami w komisji konkursowej. Głuchowski odchodziłby wtedy za rok w sławie i chwale, ale z niedosytem i goryczą, że sukces dyrekcji skutkuje dymisją, że przez zapiekłość lub krótkowzroczność władzy pozbywamy się go z Krakowa w najgorszym możliwym momencie, czyli w chwili wzlotu, a nie upadku, zgody, a nie konfliktu między dyrektorem a zespołem.

Organizator jest właścicielem gmachu, ale nie jest właścicielem ludzi, którzy w nim pracują. Jest jeszcze coś takiego, jak niepisany obowiązek poszanowania woli zespołu, pracowników instytucji kultury zarządzanej przez organizatora. Duch teatru, idea programowa zawierają się nie tylko w przedstawieniach, ale również w tak zwanych „zasobach ludzkich”. Jeśli pracownicy stoją murem za odchodzącym szefem, są jednomyślni, zadowoleni z pracy i programu, placówka działa bez zarzutu, rozwija się, zbiera nagrody i pochwały, jeździ na wszystkie krajowe festiwale, każdy niepolitycznie myślący organizator musiałby wziąć to pod uwagę, porozmawiać z załogą o ich preferencjach dyrektorskich, poradzić się ich, czy zmieniać lidera, czy nie. Jeśli podjąłby decyzję, że jednak trzeba zmiany, musiałby chyba się ze swoich decyzji jakoś wytłumaczyć. Stanąć przed zespołem z otwarta przyłbicą. Pokazać nową, potężniejszą wizję, zastąpić dobrego fachowca jeszcze lepszym fachowcem. Pokazać dowody, że pod nowym kierownictwem Słowackiego czeka jeszcze światlejsza przyszłość. Chyba nie tylko ja mam wrażenie, że takiej rozmowy nie będzie, takiego kandydata organizator nie ma. Zarząd województwa ma w nosie dobre praktyki, transparentność przekazywania władzy, dobrostan pracowników, rozwój instytucji. Chowa się za konkursem jak za byle jaką półprzeźroczystą zastawką. Coś będzie jawne, a coś nie. Możesz, dyrektorze, wystartować w konkursie, ale nie chcemy żebyś wygrał. Konkurs jest więc karą dla dyrektora Głuchowskiego, karą dla zespołu, karą dla publiczności, karą dla całego społeczeństwa. Zmieniamy, bo możemy zmieniać, nie ważne, czy ta zmiana ma sens.

3.
Konkursy są dobre, o ile są uczciwe.

Konkursy są dobre, o ile organizuje się je po to, by wygrał najlepszy, a nie po to, by przegrał niechciany.

Konkurs legitymizuje teatralny zamach stanu, ale bywa, że demaskuje także wszystkie ukryte intencje zamachowców.

4.
Głuchowski zaczął uwierać PiS, bo gdzieś tak w połowie jego drugiej dyrekcji okazało się, że w Słowaku powstają spektakle zaangażowane o ogromnym potencjale wpływu na świadomość obywatelską widowni (Hamlet Szydłowskiego, Tysiąc nocy i jedna. Szeherezada 1979 Farugi i Fertacz, Debil Ratajczaka i Prześlugi). Ostrzegano w nich przed pełzającym autokratyzmem, triumfem kłamstwa, cenzury i jednego modelu rozumienia rzeczywistości. Dziady Mai Kleczewskiej zostały oprotestowane przez lokalnych działaczy PiS i słynną kurator Barbarę Nowak, sukces musicalu 1989 przyjęto na prawicy z zaciśniętymi szczękami. Zarzucano Słowackiemu ataki na polski kościół, drwiny z arcybiskupa Jędraszewskiego, promowanie twórczości wyklętej przez konserwatystów Marii Peszek. Dyrektor bronił swojej autonomii, nie zgadzał się na cenzurę i polityczną kontrolę nad teatrem, wskazywał na sukces repertuarowy i frekwencyjny teatru, wysoką rangę zespołu Słowackiego w środowisku. Poddana naciskom i walcząca o wolność słowa scena przy Placu Św. Ducha w dwa-trzy sezony stała się nie tylko najlepszym teatrem w Krakowie, ale także w Polsce, choć początkowo sam dyrektor i jego aktorzy ironizowali na temat swojej „polityczności”. Jednak o „polityczności” dzieła niezależnie od intencji twórców decydują zawsze reakcje na nie. Spektakle Słowaka politycznie odbierali krytycy i widzowie, ich polityczny wymiar szybko zrozumiała władza. I zrozumiała to nawet szybciej niż widzowie. To, co w Słowaku kolejni reżyserzy i dyrektor rozumieli jako wolność artystyczną, swobodę wyrażania poglądów, prawo do komentowania lub metaforyzacji rzeczywistości, uświadamianie obywatelskie publiczności, rewizję jej sądów o przeszłości, sztuce, klasyce, współczesności, organizator zrozumiał jako zerwanie się teatru ze smyczy, wypowiedzenie wojny. W pisowskiej wizji kultury teatr ma siedzieć cicho, nie rozrabiać, nie drażnić, nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Żeby suweren się nie dowiedział, żeby Kościół nie zareagował, żeby na Nowogrodzką nie donieśli… PiS postanowił zareagować, licząc, że teatr się przestraszy, przekalkuluje zyski i straty. Stąd wycofanie się ministerstwa z decyzji o współprowadzeniu Słowaka i potwierdzenia jego statusu drugiej krakowskiej sceny narodowej, wygenerowanie dziury w budżecie placówki, wezwania dyrektora Głuchowskiego przez marszałka Kozłowskiego na rozmowy dyscyplinujące, zakulisowe próby ocenzurowania Dziadów. Poddany naciskom Głuchowski nie miał innego wyjścia, jak stanąć na barykadzie. A za nim zespół.  

Od tego momentu nie było już odwrotu.

5.
Zarząd Województwa Małopolskiego zapisał w ogłoszeniu konkursowym, że wyłoni kandydata do 31 października 2023 roku. Znamienna koincydencja terminów! Być może będzie to już dwa tygodnie po wyborach do Sejmu i Senatu. Albo decyzja zapadnie chwilę przed nimi, bo przecież można procedurę konkursową przeprowadzić w ekspresowym tempie. Podejrzewam, że decyzja o szybkim lub wolnym procedowaniu będzie zależała od sondaży. W wypadku zwycięstwa PiS-u będzie to wybór triumfalny i bezkarny. Wybieramy swoich ludzi i co nam zrobicie? Nie macie wyjścia, my będziemy rządzić dalej i lepiej, żebyście nas słuchali, przyłączyli się do nas. W trzeciej kadencji ani piśniecie! Ewentualna zmiana rządu w Polsce, czyli wygrana opozycji, nie wpłynie na kształt władz samorządowych. Wybory samorządowe przełożono o pół roku, odbędą się na wiosnę 2024 roku. Te daty mają duże znaczenie dla wyniku konkursu w Teatrze Słowackiego. Zarząd Województwa Małopolskiego dalej będzie pisowski i dalej będzie mógł wybierać „swojego” dyrektora. Zagrożony przegraną w skali krajowej PiS krakowski i tak zechce uchwycić przyczółek, zemścić się na Głuchowskim i środowisku, wprowadzić swojego człowieka do Teatru Słowackiego po spodziewane profity i bezpieczeństwo socjalne. Choć zmieni się minister kultury, który może unieważnić konkurs pod pretekstem błędów proceduralnych, skierować sprawę do sądu. Albo wystąpić o współprowadzenie instytucji i zyskać tym samym wpływ na obsadę dyrekcji. Wiele się może zdarzyć przez ten rok. Słowacki będzie miał wtedy dwóch legalnych dyrektorów – Krzysztofa Głuchowskiego i dyrektora-elekta. Ta symboliczna dwuwładza będzie przyświecała wyborom samorządowym. Wygrana PiS-u umocni elekta – przegrana PiS-u otworzy furtkę nadziei dla Głuchowskiego, bo liberalny lub lewicowy marszałek może zmienić decyzję poprzednika. Zawsze jakiś kruczek prawny się znajdzie. Elekt zostanie odwołany.

W procedurze i wyznaczonych datach konkursu na dyrektora teatru nie chodzi o jakość menedżerską i artystyczną kandydatów na kandydatów, tylko o polityczne szachy. Nazwisko dyrektora krakowskiej instytucji będzie zależeć od wyniku wyborów i realizacji jednego z czterech możliwych wariantów:
– wybory parlamentarne wygrywa PiS i wybory samorządowe wygrywa PiS,
– wybory parlamentarne wygrywa opozycja i wybory samorządowe wygrywa opozycja,
– wybory parlamentarne wygrywa opozycja, a wybory samorządowe wygrywa PiS,
– wybory parlamentarne wygrywa PiS, ale wybory samorządowe wygrywa opozycja.

Obrona status quo w Teatrze Słowackiego nie powinna więc, wedle moich wyobrażeń, polegać na protestach obywatelskich, monitach skierowanych do obecnego Zarządu Województwa Małopolskiego, bo to nic nie da. Będzie, owszem, pięknym dowodem nieposłuszeństwa i idealizmu, ale przecież nie da się przekonać PiS-u zdecydowanego na uciszenie kolejnego teatru. Czy mamy negocjować bardziej cywilizowanego zmiennika dla Głuchowskiego? Prosić o konsultacje społeczne? O niski wymiar kary? Nie widzę sensu negocjacji z ludźmi, którzy mogą się już pakować. Trzeba wygrać październikowe, a potem ewentualnie wiosenne wybory. Zespół teatru, jego dyrektor i widzowie powinni zaangażować się w walkę wyborczą, nie wiem – grać 1989 w plenerze dla tysięcy widzów, puścić rejestrację musicalu generującego tak wielkie pozytywne emocje w TVN-ie tuż przed ciszą wyborczą? Przekonywać obywateli, pokazywać skutki kolejnego triumfu PiS-u. Niestety, to oznacza przekroczenie granicy neutralności sztuki, ale przecież sztuka w Polsce od dawna nie jest już neutralna i nie szuka kompromisu między zwaśnionymi plemionami. Chcecie mieć teatr? Wygrajmy wybory. Dopiero przegrana opozycji w jesiennych wyborach otworzy pole do negocjacji z marszałkiem o charakter tej nowej dyrekcji. Ale takie malutkie pole, poletko raczej, bo przecież będą jeszcze wybory samorządowe, w których rozgoryczony jesiennymi rozstrzygnięciami vox populi może zmienić lokalny układ sił i urząd marszałkowski wpadnie w ręce opozycji. Jeśli i te wybory zostaną przegrane, można prosić i debatować z zadowoloną z siebie władzą. Wtedy trzeba protestować, okupować, głodować i samookaleczać się w imię wolności lub tylko półwolności teatru. Głuchowski będzie już wtedy nie do obrony, ale może uda się uratować teatr i zespół. Znaleźć innego kandydata niż ten marszałkowski z październikowego konkursu.

6.
Na razie jednak trwa konkurs. Krzysztof Głuchowski zapowiedział start, mimo że wymyślono ten konkurs przeciwko niemu. Liczymy na to, że będzie jedynym kandydatem. Że powtórzy się wariant z konkursem w Legnicy, gdzie zarząd województwa również chciał się pozbyć dyrektora Jacka Głomba. Głomb do konkursu stanął i wygrał, bo środowisko zachowało jedność, nikt się nie wyłamał, nie poszedł na kolaborację z władzą. Jedyny kandydat został dyrektorem. O taką jedność w przypadku krakowskim trzeba apelować. To jedyny możliwy i realny sprzeciw wobec próby przejęcia Teatru im. Juliusza Słowackiego. Komisji konkursowej nawet najeżonej zwolennikami marszałka będzie bardzo trudno utrącić jedynego i bardzo merytorycznego kandydata. Nierozstrzygnięcie takiego konkursu byłoby skandalem. Startuje Głuchowski i nikt więcej: do takiej sytuacji trzeba dążyć. Nie mam pojęcia, kto miałby odwagę stanąć przeciwko niemu, czyli także opinii publicznej? Kto chciałby wejść do instytucji, która nie poprze tak wybranego dyrektora. Jak dogadać się wtedy z zespołem? Jak przystać na dymisje najlepszych, przeżyć hejt w mediach, protesty pod teatrem? Trwające pełny sezon etyczne grillowanie? Teatr Słowackiego to jednak nie redakcja Dialogu. Na giełdzie nazwisk pojawiają się co prawda tacy „desperados”, ale nie wymienię ich, bo liczę, że to plotki lub próby spalenia ewentualnych kandydatów władzy. Ktoś mówi, że marszałek nie rozpisywałby konkursu, gdyby nie miał swojego kandydata za Głuchowskiego. Może i tak jest. Ale istnieje też hipoteza, że konkurs został rozpisany, bo kandydata władzy nie ma, nikt się nie zdecydował, więc trwa polowanie na jelenia. Szukanie kogokolwiek, kto będzie tak naiwny, że uzna dyrekcję w Słowaku za życiową szansę. Jeśli nie pojawi się nikt taki, Witold Kozłowski zaraportuje przełożonym, że zrobił, co mógł, ale „towarzysze, niestety się nie udało, okoliczności były jak zawsze przeciwko nam”.

7.
Wierzę, że Teatr Słowackiego przetrwa tę burzę. Ale trzeba spełnić dwa warunki.

Wygrać choć jedne wybory.

Nie kandydować przeciwko Krzysztofowi Głuchowskiemu.

W tej drugiej sprawie najlepsze, co mogę zrobić, to usiąść 30 września na tym krzesełku przy dzienniku podawczym na ulicy Racławickiej i czyhać na tych, co nic nie zrozumieli.

Tym bardziej, że 30 września wypada akurat w sobotę.

09-08-2023

Komentarze w tym artykule są wyłączone