AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 64: Nie ze mną te numery

Grażyna, reż. Radosław Rychcik,
Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie  

Od autora
Poddając się deklaracji zawartej w tytule, rezygnuję w tym odcinku z numerowania modułów tematycznych Kołonotatnika. Cyferki zastępuję śródtytułami. Czemu tak? Bo są wakacje i nie chce mi się liczyć.

Ghost-programming
Przez polskie teatry idzie tsunami. Wszędzie konkursy na dyrektorów albo wiszące w powietrzu bezkonkursowe nominacje. Słupsk, Łódź, Opole, Poznań, Kielce, Zabrze, Toruń, Gliwice… We wrześniu i październiku obudzimy się w innej Polsce. Chciałbym jednak przy okazji zwrócić uwagę na zjawisko nienowe, ale w jakiś sposób charakterystyczne dla naszych czasów. Zdarzają się takie sytuacje, w których zamiast zmiany dyrektora dochodzi do zmiany w głowie dyrektora. Oto człowiek o zdawałoby się ustabilizowanym guście, kojarzony z konkretnym nurtem teatralnym, nagle wykonuje zwrot o 180 stopni i zaprasza do swojego teatru twórców, których dorobek, jak można mniemać, był mu dotąd nieznany, nienawistny lub obojętny. I proszę – teatr skręca w innym kierunku, zostaje dostrzeżony, zbiera pierwsze pochwały, w ogóle od razu jest najlepszym teatrem w mieście. Powstaje pytanie, czy dyrektor sam z siebie doznaje owej przemiany świadomościowo-estetycznej, czy ktoś mu w tym pomaga? U kogo brał lekcje, kto otwierał mu oczy? Od zawsze wierzyłem w światłych władców i mądrych doradców. Rozumiem też sytuację, w której mądry doradca niekoniecznie chce wyjść z cienia, pochwalić się, że za nowym otwarciem stoi właśnie on. Bo może jest z natury skromny, bo może liczy się z tak zwanym własnym elektoratem negatywnym, który mógłby zaszkodzić pryncypałowi. Albo też wie, że za chwilę sam będzie prowadził inny teatr, po co więc stwarzać wrażenie, że pociąga za wszystkie sznurki, konkuruje sam z sobą. Ktoś nieżyczliwy mógłby wtedy uknuć termin „dyrektor-słup” na kształt owych biznesowych figurantów służących wielkim biznesmenom do przeprowadzania ryzykownych transakcji. Skoro doradca jest bardziej rozpoznawalny w środowisku, bardziej kompetentny od pracodawcy, takie supozycje miałyby nawet rację bytu. Wag the dog. Ogon merda psem. Kieruj teatrem z tylnego siedzenia. Właściwie nie mam nic przeciwko temu. To w końcu rzecz do dogadania między dyrektorem a doradcą. Widzom byłoby chyba wszystko jedno. Gorzej z krytykami, bo oni przecież lubią wszystko wiedzieć, chcą mieć pewność, kto z nimi naprawdę rozmawia z pomocą repertuaru, kto go programuje i z jakich pozycji.

Piszę szyfrem, ale przecież chodzi mi o zmartwychwstanie programowe i wizerunkowe warszawskiego Teatru Żydowskiego i prawdopodobne zaangażowanie w ten projekt Macieja Nowaka. Jak wszystkich, cieszy mnie ofensywa dyrektor Gołdy Tencer i jednocześnie nieco zaskakuje, bo nie znałem dotąd żadnych wypowiedzi wielkiej aktorki na temat progresywnych reżyserów, którzy z sukcesem pracują teraz w jej teatrze, nie widywałem jej na premierach w miejscach, gdzie dotąd inscenizowali. A tu nagle takie wyczucie tytułów, orientacja w kluczu realizatorów, dobra dyrektorska ręka. W ogóle sukces pierwszego sezonu Gołdy Tencer zestawiony choćby z kłopotami takiego fachury repertuarowego, jakim jest Paweł Łysak, szef Teatru Powszechnego, budzi podziw, przytłacza i zwyczajnie dezorientuje najbardziej nawet wnikliwego obserwatora polskiego życia teatralnego. Jemu się nie udało, a jej tak? Kleczewska, Klemm, Smolar, za chwilę Strzępka-Demirski – toż to przecież zestaw nazwisk godny najbardziej progresywnego teatru. I nie tak bardzo różny od listy współpracowników Powszechnego. Reżyserzy zaproszeni przez Tencer zainwestowali w niecieszący się najlepszą sławą zespół, budują nowy wizerunek teatru, praca przebiega bez konfliktów, nie ma odwoływania premier, zakłopotania dyrekcji, że miało być tak fajnie, a nie wyszło. Jestem ciekawy nowego Teatru Żydowskiego i przyszły sezon postanowiłem spędzić głównie w jego progach, o ile mnie wpuszczą. Gołda Tencer zaprzecza, by szarą eminencją jej dyrekcji był Maciej Nowak, krytyk także wydał stosowne oświadczenie. Nawet jeśli nie ma na to papierów, pozostaje doradztwo prywatne, przyjacielskie, non profit. Patrząc na to, jak przyjmowany jest przez krytykę i mass media odmieniony Teatr Żydowski, chciałoby się zobaczyć Nowaka w roli szarych eminencji wielu innych podupadłych scen. Dyrektorem może być każdy, ekspertem – niewielu z nas.

Wygrany mecz
Tarnowska Grażyna Radka Rychcika i jego zespołu (scenografka Anna Maria Karczmarska, odpowiedzialni za muzykę do spektaklu bracia Lisowie) domyka tak zwaną romantyczną trylogię niedawnego laureata Paszportu Polityki. Były już Dziady w oparach bagien Missisipi i Balladyna na tyłach pierwszej wojny światowej. Konrad zamiast Wielkiej Improwizacji wygłaszał mowę Martina Luthera Kinga i śpiewał razem z czarnymi niewolnikami, Kostryn miał na sobie mundur pruski, Kirkor należał do hallerczyków, a historia Balladyny zaczynała się od zatonięcia Titanica. W poznańskiej i rzeszowskiej inscenizacji Rychcik dodaje światom Mickiewicza i Słowackiego nieoczekiwany walor, wkleja bohaterów w filmowe klisze, otwiera sytuacje obrazami z innych epok. Popkulturowy kontekst nie tyle stwarza szansę na odkrycie jakichś przeoczonych lub zapomnianych treści w klasyce, co uruchamia inny mechanizm odbioru dzieła, każe wyobraźni krążyć od znaku do znaku. Otwierają się nowe tunele asocjacyjne, razem z bohaterem romantycznym gada nam w głowie skojarzona z nim postać innego kalibru. I nagle okazuje się, że jesteśmy gdzie indziej, oglądamy inną opowieść, choć część słów brzmi identycznie jak w oryginale. Rychcik bierze dzieło romantyczne i dorysowuje mu nowy horyzont, zatapia w klimatycznej muzyce, w podmienioną przestrzeń wchodzą obok aktorów statyści-naturszczycy, żeby ten świat najpierw uprawdopodobnić, a potem podważyć. W Dziadach byli to aktorzy amatorzy o czarnym kolorze skóry, w Balladynie niepełnosprawni, osoby z amputowanymi kończynami, w tarnowskiej Grażynie – oglądamy krakowskich koszykarzy.

Ale po kolei. Scena tarnowskiego teatru zmienia się w boisko do koszykówki. Dwie obręcze po lewej i prawej stronie, z tyłu trybuny dla widzów. Linie autowe wyrysowane na podłodze. Na trybunie stoi chór Gos.Pl, kilkanaście dziewczyn i panów zajęło miejsca za statywami z nutami i po prostu śpiewa do mikrofonów poemat Mickiewicza o dzielnej żonie litewskiego władyki Litawora, która uchroniła męża od piętna zdrady. On chciał sojuszu z Krzyżakami i odwetu na Witoldzie, ona posłów krzyżackich odprawiła, obroniła podstępnie zaatakowane miasto i zginęła z niemieckiej ręki. Spóźniony, obudzony z głębokiego snu niedoszły narodowy sprzedawczyk pędzi na pole bitwy, dobija wrogów i rzuca się na stos, na którym płonie ciało bohaterskiej żony. Tyle Mickiewiczowskiej opowieści. Materiału na teatr niewiele, ledwie parę dialogów. Albo bitwa, albo tajemnica, albo relacje ex post o tym, co się zdarzyło. Rychcik nie traktuje tego utworu poważnie, nie wikła się w rozważania o racji stanu, nie pyta o cenę patriotyzmu i bohaterstwa. W jego spektaklu z koncertu, wokalnej opowieści, muzycznego eposu wyłania na chwilę teatr, bohaterowie, sytuacje, po to tylko, by ustąpić pola na rzecz sportowej rozgrywki komentowanej wokalnie. Na scenie zamiast bitwy z Krzyżakami rozegrany zostaje pozorowany mecz koszykówki Polska–Niemcy. Aktorzy z Solskiego wrzucają efektowne kosze, profesjonalni zawodnicy popisują się zwodami i wsadami. Zamiast gry aktorskiej jest gra drużynowa. A chór cały czas śpiewa. Aż nie wiadomo, co robić, łowić batalistyczne opisy czy kibicować polskiej drużynie. Historii Grażyny nie opowiada jednak tylko chór. Jest jeszcze wąsaty narrator, taki Polak z prowincjonalnego miasteczka, który czyta w prologu fragmenty rozprawy Kobiety i duch inności Marii Janion. O tym, że w Polsce doby romantyzmu emancypacja kobiet mogła dokonać się tylko na polu ofiary, spisku i walki zbrojnej. Kobieta była równa mężczyźnie tylko w idei poświęcenia i śmierci za ojczyznę. Aleksander Fiałek mówi ten tekst jakby wbrew kostiumowi i charakterowi postaci. Gdzieżby ten powiatowy rekonstruktor i miłośnik historii narodu umiał spojrzeć na przeszłość od tej kobiecej, emancypacyjnej strony. Ale czyta ze zrozumieniem, z tkliwością i dumą wtrąca swoje trzy grosze do kwestii bohaterów. Dziwny z niego koryfeusz chóru i aojd, ale jednak po to tu jest. Tylko w samym finale oddaje głos giermkowi Litawora. Podczas meczu gra tę postać Karolina Gibki; przebrana w strój cheerleaderki, skacze z pomponami. Tyle że jest cała zakrwawiona, pobrudzona, upodlona. Jakby posłowie czy raczej zawodnicy z drużyny niemieckiej zgwałcili ją na zapleczu. Zważywszy na demoniczne emploi Radomira Rospondka, który gra jednego z Krzyżaków, hipoteza ta wydaje się wcale kusząca. Ale kiedy już nasi koszykarze sprawiają Niemcom łomot, narrator wwozi na scenę na wózku inwalidzkim giermka po latach. Bogusława Podstolska pięknie puentuje opowieść o litewskiej Grażynie. Sama Grażyna, czyli Dominika Markuszewska, nie za wiele ma do powiedzenia, ale gra w kosza przyzwoicie. Rospondek z kolegą faulują ją brzydko, szczęściem masywny Tomasz Wiśniewski (Litawor) daje dobrą zmianę i zdobywamy przewagę pod koszem, bo dotąd tylko liczyliśmy na rzuty za trzy punkty Tomasza Piaseckiego (sportowo najlepszy na scenie z amatorów). Koszykarze statyści grają na serio, tyle że w zwolnionym tempie. Bardzo przyjemnie się na to patrzy, choć wolałbym, żeby Rychcik zmienił scenę Solskiego w boisko futbolowe. Ale może było za ciasno.

Żartuję sobie bo i przedstawienie Rychcika jest w jednej ze swoich warstw zgrywą i żartem. Rozśpiewane widowisko składa się z poezji, muzyki i sportu. Miks tych trzech konwencji mógłby być nieznośnie patetyczny, na szczęście jest błyskotliwy. Reżyser ustawia bitwę z Krzyżakami w szeregu sportowych – akurat piłkarskich! – zmagań Polska-Niemcy. A tym samym trochę pomniejsza jej rangę. Nie jest to już starcie dobra ze złem, małego narodu z imperium mroku i kłamstwa, tylko rywalizacja dwóch grup bohaterskich. Rychcik wchodzi w przestrzeń mitu i uspokaja: to nie były aż tak fundamentalne pojedynki, nie przesadzajmy, romantycy przesadzali. Nie każda walka jest walką ostateczną. Nie każda kończy, musi się kończyć ofiarą z siebie. Na szczycie zamieszczonej w programie listy wyników meczów kadry narodowej z Niemcami figuruje to piękne 2:0 z ubiegłego roku.

Kopalnia michałków
Małgorzata Piekutowa w swojej brawurowej recenzji z Fantazego Michała Zadary podrzuciła mi ideę „skarbczyka”. Ileż pięknych, mądrych i godnych zanotowania zdań znajdziemy w programach teatralnych! Szkoda, że dziś nikt poza krytykami ich nie czyta, bo dla wielu widzów wydanie dychy lub piątala na spis obsady spektaklu podpada pod kategorię „ekstrawagancja” bądź „uwaga! przekraczamy budżet wieczoru!”. Po co kupować papierowy program do przedstawienia, skoro wszystkie potrzebne informacje można znaleźć na stronie internetowej teatru? Po co mi jakieś pisane miesiąc przed premierą wróżby, o czym to będzie? Czemu nawet najbardziej rozchwytywany ekspert teatralny ma mi mówić, co mam myśleć o spektaklu, jak go czytać? „Koń jaki jest, każdy widzi” – powtarza sobie statystyczny widz i przechodzi obojętnie obok pań bileterek z naręczem książeczek. „Kup mnie, kup!” – wołają stęsknione. A tu nic. Im dalej od premiery, tym osierocenie programu i zawartych w nim tekstów narasta. W końcu nie sięga po nie nikt. Zawsze wzruszały mnie te znikające eseje, zapomniane wzloty ducha i intelektu. Nieczytane przez nikogo chałturki eseistyczne… Dlatego uważam, że naszym zadaniem, ba, misją grupy jeszcze żyjących krytyków winno być zapewnienie nieśmiertelności tym wszystkim frazom skrzydlatym, które na to zasługują.

Jako człowiek starej daty uznaję program za integralną część przedstawienia. A czasem nawet za coś istotniejszego niż samo widowisko, które wszakże mogło się nie udać – patrz esej Krystyny Duniec o Wokulskim do Lalki Wojciecha Farugi w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Prowadzę nawet od lat prywatną listę przebojów czy raczej ranking tekstów pisanych do programów. Podium od lat okupują encyklopedyczne wyliczanki Janusza R. Kowalczyka obejmujące w kolejności alfabetycznej wszystkie możliwe tytuły, które autor uznał za konieczne wymienić w kontekście premiery. Te spisy są o tyle smakowite, że eseista zostawia je programowo bez komentarza, wylicza, wylicza i wylicza, co jednym czytelnikom przywiedzie na myśl słynny Katalog okrętów z Homerowego eposu, a inni będą podejrzewać autora o pragnienie niekłopotliwego zapełnienia dwóch szpalt wydawnictwa.

Już pierwszy rzut oka na tekst w programie do opolskiego Snu nocy letniej sprawił, że serce zabiło mi mocniej. Taki prezent na koniec sezonu! Dosłownie całowałem panią w kasie po rękach. Bo w środku – obok sympatycznego i bezpretensjonalnego tekstu Jacka Cieślaka – znalazłem esej młodego, aczkolwiek wielce obiecującego krytyka Mateusza Węgrzyna. Eseje, jak wiemy, dzielą się z grubsza na mądre i bełkotliwe oraz te napisane po polsku i te, których autorom tylko wydaje się, że piszą po polsku. Z niejaką konfuzją informuję czytelników, że Mateusz Węgrzyn zdobył szturmem wszystkie powyższe kategorie. 

Jeśli macie chwilkę, posłuchajcie niezapomnianych fraz pana Mateusza. Jak nie wytrzymam – wtrącę się czasem z komentarzem. Krytyk Węgrzyn zaczyna tak:
Wśród młodych, polskich reżyserów teatralnych niewielu posługuje się ściśle intelektualną, literacką perspektywą w postnowoczesnym stylu. Oprócz Pawła Świątka i Weroniki Szczawińskiej trudno szukać twórców konsekwentnych w tej drodze.

Cóż, ci, którzy „trudno szukają”, z trudem mogą znaleźć.

Większość „najmłodszych zdolniejszych” kreuje spektakle na sposób filmowy (Krzysztof Garbaczewski, Łukasz Twarkowski), cielesno-ikoniczny (Ewelina Marciniak), muzyczny (Radosław Rychcik, Marta Górnicka) czy bardziej tradycyjnie sceniczny (Marcin Liber, Wojciech Faruga).

Nie bardzo wiem, jak się „kreuje spektakl na sposób cielesno-ikoniczny”, bo dawno nic z prac Eweliny Marciniak nie widziałem, nie widziałem też ani razu reżysera, który, jak chce Mateusz Węgrzyn, „kreuje spektakl”. Nie wiem też, czy formuła Węgrzyna odpowiada prawdzie w którymkolwiek reżyserskim przypadku. Czy Rychcik robi musicale? Naprawdę tak blisko jego widowiskom do „chórów kobiet” Górnickiej? Po „wykreowaniu spektaklu na sposób tradycyjnie sceniczny” Wojciech Faruga mógłby się zwyczajnie załamać.

Ten dyplom aktorski (Healter Skelter) okazał się jednym z najgłośniejszych w swoim czasie, nie tylko za sprawą zaangażowania w etap rozmów samego Baumana. (…) Świątek stworzył z filozoficznej książki teatralno-internetowy hipertekst z wielopoziomowymi postaciami błąkającymi się po rubieżach symbolicznych matryc. Powstał nowatorski spektakl wymykający się ówczesnym standardom krytycznego opisu.

Uwaga dla młodych czytelników: Nie byłem „zaangażowany w etap rozmów” nad Healter Skelter, w ogóle Świątek do niczego mnie nie zaangażował, nie byłem przy projekcie na żadnym z „etapów rozmów”, ale pamiętam, że spektakl miał swoją premierę w 2012 roku, a nie, jak sugeruje autor, w latach sześćdziesiątych. „Ówcześnie”, to jest trzy lata temu, pisaliśmy mniej więcej tak samo jak dzisiaj. Jedyna rewolucja w polskiej krytyce teatralnej, jaka się od tego czasu dokonała, to fakt rozpoczęcia kariery krytycznej przez Mateusza Węgrzyna.

O Pawiu królowej:
Aktorzy bardzo ekspresyjnie samplowali tekst dotykający do żywego istotę współczesnego kiczu, celebryctwa, tandety i hiperbolizowanej nowomowy. W pracy nad Pawiem za adaptację znów odpowiadał Mateusz Pakuła, młody dramatopisarz wybijający się dzisiaj na pierwszeństwo w wielogłosowym systemie polskiego pisarstwa teatralnego.

Czy da się „dotknąć do żywego kicz” a nawet jego „istotę”, skoro kicz nie jest ożywiony i nie jest osobą, ale pojęciem?
W „hiperbolizowanej nowomowie” Mateusza Węgrzyna „wybijać się na pierwszeństwo” znaczy chyba to samo, co „dobijać dominacją”, a Pakuła byłby autorem, który jak kierowca pirat z premedytacją „wymusza pierwszeństwo” na pasach polskiego „pisarstwa teatralnego”. Pisarstwo teatralne użyte zamiast „twórczości dramatycznej” brzmi nieco pejoratywnie, prawie jak „paserstwo dramatyczne”.


O wrocławskich Mitologiach:
Dwóch narratorów wokół ośmiu modelek odgrywało festiwal modowych mechanizmów przemocy.

Przepraszam, jak dwóch aktorów może być wokół ośmiu? Przypomina mi to frazę z niemego filmu Charlie na wojnie. Chaplin przyprowadza do alianckich okopów piętnastu niemieckich jeńców. „Jak wziąłeś do niewoli aż tylu?” – pyta na planszy oficer. „Otoczyłem ich!” – odpowiada Charlie. Obcując z pisarstwem Mateusza Węgrzyna, też mam wrażenie permanentnego otoczenia.

O Dżumie w Opolu:
Oszczędność formy przekazu tekstowego została zradykalizowana prawie do maximum. Sześciu aktorów na rowerkach treningowych wypowiadało tekst w zmieniającej kolory scenografii przypominającej hale do fitness.
Pierwsze zdanie sugeruje, że jednak na scenie aktorzy nic nie mówili, ewentualnie coś pohukiwali onomatopejami.


Opolski Sen nocy letniej jako porno-baśń z motywami metafizycznymi zapewne nie pozwoli odbiorcy pozostać obojętnym obserwatorem czy słuchaczem bezpiecznie schowanym w pluszowym fotelu.

Co to może być „porno-baśń z motywami metafizycznymi”? Od razu wyobrażam sobie scenę, w której Królewna Śnieżka uprawia seks z Koziołkiem Matołkiem, a w tle widzimy zatroskaną twarz Boga Ojca. Niestety, nie ma takiej sceny w spektaklu Pawła Świątka.

I wreszcie na koniec kolega Węgrzyn postuluje:
Dobrze trzymać kciuki za dalsze osiągnięcia Pawła Światka, ale też podchodzić do nich krytycznie.

Przypuszczam, że autorowi pomyliły się przysłówek „dobrze” z przysłówkiem „warto”. Tak, drodzy Państwo „warto trzymać kciuki” nie tylko za Pawła Świątka, ale i za innych twórców. Mateusz Węgrzyn sprawdzi, czy „dobrze” je trzymacie – czy je zaciskacie jak trzeba, czy też krzyżujecie palce sposobem anglosaskim, co w naszej kulturze jest raczej niezbyt mile widziane.

Są takie teksty, w których trzeba pochylić się nad każdym zdaniem. Przepraszam pana Mateusza Węgrzyna za powyższy katalog jego błędów i głupot. Nie uprawiam ageizmu, uprawiam puryzm i purnonsens. I zamieszczam go ku przestrodze autora, który jest taki jakiś „hop siup i do przodu”. Mateusz Węgrzyn to nadzieja polskiej teatrologii, publikuje w „Dwutygodniku” i na łamach „Teatru”, gdzie owszem, opiekują się nim sprawni redaktorzy, puszczony jednak samopas traci kontrolę nad językiem, stylem, terminologią. Nadziei polskiej krytyki to nie uchodzi. Może lepiej ograniczyć aktywność na fejsie i wziąć lekcje gramatyki, co, panie Mateuszu? Jacek Zembrzuski ogłaszał niedawno na swoim blogu, że daje korki.

15-07-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (8)
  • Użytkownik niezalogowany ZDzJ
    ZDzJ 2018-04-12   14:22:06
    Cytuj

    Kto to jest Łukasz Drewniak? Nie przypominam sobie? Czy to ten (pan?) z TVP Ku....a? Jakiś bardzo napompowany i ...? Nie mogę dalej napisać, bo jestem urzędnikiem samorządowym, i obowiązuje mnie dyscyplina!

  • Użytkownik niezalogowany gość
    gość 2015-08-06   20:26:04
    Cytuj

    brawo, bardzo dobry artykuł

  • Użytkownik niezalogowany dociekliwy
    dociekliwy 2015-07-27   00:31:10
    Cytuj

    Nie no, naprawdę, ten portal przez tak tendencyjne tekst Drewniaka schodzi na psy... Ileż można mastrurbować się tekstem, łechtać swoje ego kosztem młodego krytyka. To zahacza o jakieś inklinacje.

  • Użytkownik niezalogowany Wrt
    Wrt 2015-07-16   14:04:06
    Cytuj

    krytyk najeżdżający na innych krytyków, a do tego - czasem - nawołujący do bojkotowania ich, to mniej więcej jak reżyser namawiający do bojkotowania innego reżysera - brawo

  • Użytkownik niezalogowany kocham życie
    kocham życie 2015-07-15   22:04:15
    Cytuj

    A ja chcę złożyć cioci Krysi, najlepsze życzenia z okazji 20 rocznicy ślubu! Sto lat ciociu!

  • Użytkownik niezalogowany czytelnik
    czytelnik 2015-07-15   19:59:12
    Cytuj

    Pan Łukasz ostatnio zajęty głównie recenzowaniem innych recenzentów.

  • Użytkownik niezalogowany gm
    gm 2015-07-15   15:14:04
    Cytuj

    Szanowny Panie Redaktorze, a ilu redaktorów/korektorów przepuszcza Panu błędy? "chwila czasu" to pleonazm. skoro już uprawia Pan ten puryzm, to proszę najpierw zajrzeć do swojego ogródka.

  • Użytkownik niezalogowany imp
    imp 2015-07-15   13:55:43
    Cytuj

    okrutnie wymęczone