AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Jeszcze się tli, dmuchaj

Ragnarok, reż. Adrian Bartczak, Teatr Chorea
fot. Marcin Korbus  

Tytuł jest mylący. Ragnarok Teatru Chorea nie jest o walce nordyckich bogów, która skończy świat. Jest o tym, że gdy opadnie bitewny pył, wyłoni się ląd i znów zapłoną gwiazdy, świat zacznie się od nowa. Tym razem będzie dobry, a zamieszkujący go ludzie szczęśliwi.

I teraz najlepsze – jest szansa, że to my będziemy tymi ludźmi. A fakt, że to niemożliwe, nie powinien przeszkadzać w uważnym wyobrażaniu sobie postapokaliptycznego raju. Znajdźmy wizję, która pozwoli lepiej znieść koniec tego świata, który jest i z którym niewiele możemy zrobić.

Tomasz Rodowicz przedstawia swoją wizję w formie przypowieści. Po przyszłość sięga do przeszłości, w doświadczeniu szukając recepty i otuchy. O słuszności tej strategii świadczy książka, która ukazała się niedługo po opisywanej tu premierze, Rodowicz – Teatr – Droga (pod red. Dariusza Kosińskiego). Nadmieniam, gdyby ktoś chciał doświadczenie założyciela Chorei zbadać dokładniej. Ale wróćmy na scenę w Fabryce Sztuki. Podczas gdy pozostała szóstka performerów sprząta meble porozrzucane po wyściełanej dywanami przestrzeni, Rodowicz stoi z boku i snuje opowieść o przygodzie zza koła podbiegunowego. Historia jest niezwykła, barwna i nie będę jej tu streszczał (znajdziecie ją we wspomnianej książce). Dość powiedzieć, że bohater wyprawił się samoczwór ku reniferom i po wielu perypetiach dotarł do namiotu, w którym, patrząc w ogień, uświadomił sobie, czym jest dom. Warto też nadmienić, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Rodowicz nie wymienia nazwisk swoich towarzyszy, jedynie imiona – uzupełnijmy więc: Piotruś (Borowski), Krzyś (Czyżewski), Chris (Bredhold). Reniferów szukali w 1982 roku w ramach wyprawy „Gardzienic”, które lider Chorei współzakładał pięć lat wcześniej. W tę heroiczno-ironiczną relację z pionierskich czasów wcina się nagle kobiecy głos. Odwrócona plecami do widzów, ogarniająca stół Anna Maszewska, mówi: „żadna kobieta nie będzie przeżywała bolesnej miesiączki”. Po chwili dorzuca kilka innych warunków, które zapanują w – jej – nowym świecie. Rozdźwięk między postulatem feministycznej utopii, a męską opowieścią o zdobywaniu świata nie rodzi konfliktu. Dziwne, prawda? Rodowicz zwraca się wprost do widzów, tymczasem pozostali aktorzy wydają się nie zwracać na niego uwagi, zajęci swoimi sprawami. On gada, oni działają – porządkują, meblują, nakrywają, karmią. Uważnie słucha go jedynie młodszy o czterdzieści lat Michał Jóźwik. Za komentarz starczy mu uniesienie brwi, ale to także nie rodzi konfliktu. Czyżby nie było się już o co spierać?  

Im dalej w przedstawienie, tym wyraźniej pobrzmiewają kolejne pytania. Czy Ragnarok prezentuje krytyczne spojrzenie na utopijną wspólnotowość teatru kontrkultury z jego niezręcznymi symbolami w rodzaju spotkania przy uczcie (artyści częstują widzów kanapkami)? Czy też przeciwnie – jest wyrazem tęsknoty za czasem, gdy w taką wspólnotę można było wierzyć i nikt nie zadawał trudnych pytań o przywództwo, płeć, przemoc? A może dowodem, że nie wszystko stracone, że stare recepty wciąż działają, a idea teatralnej wspólnoty nie zgasła? Tli się jeszcze, można ją rozdmuchać, trzeba tylko mieć z kim. Rodowicz mówi, że poza ogniem potrzebna jest też osoba, z którą chce się weń patrzeć – wtedy pojawia się dom. Niebezpieczeństwo, które niesie ze sobą ów warunek, ilustruje w jednej z kolejnych scen Jóźwik. Bezgłośnymi krzykami i gestykulacją szuka partnera wśród publiczności. Potrzebuje towarzysza, aby dołączyć do pozostałych performerów, tańczących w tyle sceny – w parach. Ale czy rzeczywiście inni mogą być ocaleniem? Czy da się spotkać koniec inaczej niż w pojedynkę?

***
Ragnarok łódzki zespół przygotował wraz z Adrianem Bartczakiem, młodym choreografem i reżyserem z norweskiego teatru tańca Carte Blanche. Kto widział ostatnie realizacje Chorei: Śmierć na gruszy (reż. Łukasz Kos) czy Ja, Feuerbach (reż. Paweł Głowaty) ten może nową premierę potraktować jako swego rodzaju powrót… do domu? Na pewno do teatru fizycznego i muzycznego, opartego na ruchu i pieśni. Artyści używają sprawdzonych mechanizmów po to, by sprawdzić, co dzisiaj znaczy dom. Czy rzeczywiście ma związek z ogniem – jak przekonują najpierw Rodowicz, a potem w finalnym monologu Joanna Chmielecka – półnaga, siedząca ze skrzyżowanymi nogami przed stolikiem, na którym płoną wysokie świece i tli się kadzidło. Czy obraz ten rzeczywiście odnosi się do przestrzeni jakiegoś rytuału, czy wręcz przeciwnie, jest jedynie ponowoczesnym relaksacyjnym symulakrum? Chorea sięga do zakurzonych słowników teatru antropologicznego, w których zarówno „dom”, jak i „ogień”, a także zachodzące między nimi relacje, to drogowskazy w podróżach po archetypach i sensach istnienia. Ale może przesadzam z tym zakurzeniem? Wszak o tym samym było zrealizowane w samym centrum teatralnego mainstreamu (TR Warszawa) przedstawienie Magdy Szpecht – Wracać wciąż do domu. Z tą różnicą, że reżyserka uruchomiła toposy poprzez fantastykę Ursuli K. Le Guin, a nie język zadłużony w poszukiwaniach Grotowskiego, którym operuje Chorea. Z tej perspektywy nordyckie mity są gdzieś pomiędzy. Ale przecież i bez tych odniesień życzenie, którym Chmielecka kończy swój monolog, brzmi czysto i dotkliwie – „chcę do domu”.

Widzieliśmy tę podróż na samym początku spektaklu. Wygnanie i powrót – dwa końce sznurka, po którym przechodzi groteskowa procesja. Zgrymaszona ciżba uchodźców z apokalipsy, ocalałych. Stłoczeni, bardzo powoli wędrowali przez scenę do wtóru elegijnych smyczków i operowych śpiewów. Ze zmieniającym się przewodnikiem na froncie. Nieustannie zastygając w coraz to nowych skurczach i łamiąc je, raz po raz. To napięcie będzie wracać przez całe przedstawienie. Na przykład w scenie, w której umuzyczniony ruch zamieni aktorów w tryby zegara, ale i później, gdy zwinięte dywany odsłonią białą podłogę, scenę zaleje jasne światło, z głośników wypłynie hałaśliwa elektronika, a aktorzy zatańczą konwulsyjne rozedrganie. O dziwo, to właśnie te fragmenty, w których odpowiedzialny za muzykę Tomasz Krzyżanowski porzucał okołofolkowe rejony i zamiast poddawać się pieśniom, uruchamiał cyfrową, syntetyczną intensywność, miały w sobie najwięcej życia.  

Ragnarok jest spektaklem o dość fragmentarycznej strukturze i nieregularnej dramaturgii. Można się w nim zgubić – albo i gorzej – znudzić. Związki pomiędzy poszczególnymi scenami w dużej mierze zależą od dobrej woli widza i jego determinacji w klejeniu znaków. „Cokolwiek zrobisz, pamiętaj, że wszyscy i tak będą się z Ciebie śmiali. Niech Cię to nie odstraszy” – zachęca anonimowy autor w liście, który widzowie znajdują na swoich fotelach i mogą przeczytać przed spektaklem. Adresującemu chodzi o starania dotyczące ratowania kawałka świata („bo w całości przecież i tak już nie da się go uratować”), ale ja bym to – uniwersalne – zdanie przechwycił. Wydaje się w sam raz na fundament mojej wizji na ten czas apokalipsy.

07-09-2022

Teatr Chorea
Ragnarok
reżyseria, choreografia: Adrian Bartczak
scenografia, kostiumy: Marta „El Bruzda” Góźdź
muzyka: Tomasz Krzyżanowski
reżyseria światła: Tomasz Krukowski
konsultacje choreograficzne: Annabelle Bonnéry
obsada: Janusz Adam Biedrzycki, Maja Caban, Joanna Chmielecka, Michał Jóźwik, Małgorzata Lipczyńska, Anna Maszewska, Tomasz Rodowicz
premiera: 23.04.2022

galeria zdjęć Ragnarok, reż. Adrian Bartczak, Teatr Chorea Ragnarok, reż. Adrian Bartczak, Teatr Chorea Ragnarok, reż. Adrian Bartczak, Teatr Chorea Ragnarok, reż. Adrian Bartczak, Teatr Chorea ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: