AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Przedświt

Noc ciemna. Opowiadania Franza Kafki, reż. Michał Zdunik,Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich
fot. Artur Wesołowski  

Noc ciemną w warszawskim Teatrze Ochoty rozpięto pomiędzy kilkoma literackimi krainami. Przede wszystkim opowiadaniami Franza Kafki, zwłaszcza Przemianami i Kolonią karną, ale także szeregiem innych, krótszych form. Odniesień jest tu jednak znacznie więcej. Choćby dominująca scenograficznie dworcowa poczekalnia, gdzie na rozkładzie jazdy widnieją: Sepulchrum, Profundum, Geraza i jedna przy wszystkich godzina: 15:00 – pora śmierci Chrystusa. Także zaczerpnięty ze św. Jana od Krzyża tytuł nie jest próżnym naddatkiem – to solidny tag. Z tym zastrzeżeniem, że XVI-wieczny mistyk pisał w swym dziele o sposobach „w jaki dusza postępuje drogą duchową, aby dojść do doskonałego zjednoczenia miłości z Bogiem, jakie tylko jest możliwe w tym życiu”. W spektaklu nie ma ani tego, ani żadnego innego dojścia. Nie ma też wyjścia.

Reżyser i autor scenariusza, Michał Zdunik, powycinał fragmenty Kafkowej prozy, dodał poezję (w tym Różewicza, od którego jest specjalistą), a wszystko razem zszył w dramaturgiczną przeplatankę. Uważnie i z rozmysłem, dbając o regularność wzorów i kompozycję. Widać to również w kostiumach Agaty Stanuli. Aktorów jest pięcioro i grają wiele ról, z których nazwać potrafię ledwie część. Możemy ich podzielić na trzy grupy: Brązowi (Malwina Laska-Eichmann – Siostra; Krzysztof Oleksyn – Badacz, Prokurent), Czarni (Irmina Liszkowska – Matka; Michał Pawlik – Oficer, Ojciec) i samotny Biały (Paweł Janyst – Gregor Samsa, Skazaniec, Franz). Dzieli się też płytka i szeroka scena – część zamieniono w drewnianą klatkę, do której zaglądamy jedynie przez szpary i niekiedy otwierane drzwi. A właściwie to nie my zaglądamy do środka, ile wygląda ku nam przemieniony w owada i zamknięty tam Gregor, początkowo zredukowany do pisków, chrząknięć i groteskowo wykręconych kończyn. Podziały są u Zdunika dowodem na to, że wszystko (aktor, tekst, kostium, scenografia, a także muzyka) ma swoje głęboko przemyślane miejsce. Innymi słowy – teatr Zdunika jest konceptualny.

Klei się to z Kafką znakomicie – zwłaszcza na poziomie osobliwej algebraiczności. Obcujemy z tekstem, który choć skomplikowany, na pewno da się odczytać, a może raczej – da się jak równanie rozwiązać. Ma to jednak również wady – porządkuje nawet to, co uporządkowane być nie może, w efekcie usuwa szaleństwo i uspokaja. A jesteśmy przecież w tym miejscu egzystencji, w którym nie powinno być żadnych szans na spokój. Ten świat, ta noc, nie znają porządku. Wszystkie powołane w nich konstrukty powinny się rozsypać, a my wraz z nimi. Tak jak straszliwa maszyna z Kolonii karnej, za pomocą której tracono ludzi w okrutny i artystyczny sposób – kaligrafując wyroki w ich ciałach. Śmierć staje się w tym układzie możliwym do odczytania komunikatem, a co za tym idzie – odzwierciedleniem pewnego porządku i autorskiego zamysłu. Ale taki świat jest niemożliwy, dlatego ostatecznie śmierć uwalnia się z technologicznego skrępowania, niszcząc je. Nie bez powodu wątek rozpadu maszyny – tak ważny w opowiadaniu – w spektaklu się nie pojawia. Tutaj wszystko działa zgodnie z planem. A jeśli coś nieprzyjemnie zgrzytnie czy zatrzeszczy, to wbrew intencjom twórców. Przykładem choćby dwa choreograficzne sola, które wykonują aktorki (nieprzyjemnie zgrzyta też Gregor – ale on akurat zgodnie z intencją).

Zdunik porzuca Kafkowską prozaiczność. Kondycja ludzka jest w Nocy ciemniej niejako wyabstrahowana z codziennych doświadczeń, które w pisarstwie autora Procesu wydają się fundamentalne – trudno bez nich zrozumieć zarówno Przemiany, jak i Kolonię karną. Reżyser odrzuca Kafkowski kostium powszedniego prawa i proponuje swój – nagiej filozofii. Dlatego wyrok wycinany przez upiorną bronę w ciele skazańca nie brzmi jak hierarchiczne, ale też powszednie, wpisane w społeczny ordnung przykazanie: „szanuj swego zwierzchnika”, lecz woła nowotestamentowo: „oto człowiek”. Odwołanie do pasji Chrystusa to (nomen omen) jasny sygnał, że Zdunik nie rezygnuje z poszukiwań światła. Nie rozpraszając mroku, wygląda brzasku. Jakby pytał – być może coś tam jest, skoro tak mówią religia i kultura, ale czy rzeczywiście jest? To kwestia wiary – opozycyjnej wobec okrutnej rzeczywistości. Nieczęsto we współczesnym polskim teatrze spotkać można tego rodzaju namysł nad chrześcijaństwem.

Doceniam taką postawę, choć osłabia ona siłę Kafki. Gubi kluczowy wymiar jednostki przygniecionej bezimiennym prawem – ludzkim, czyli naturalnym, to znaczy boskim. Tak jest w Procesie, tak jest też w Zamku. Do tych tekstów warszawski reżyser nie sięga – nawigując ku atmosferze przypowieści rodem z miniatury Przed prawem. Odsłania więc Kafkę mniej znanego, a po tym, z czym zazwyczaj kojarzymy praskiego pisarza, zostawia jedynie tropy – jak choćby ową dworcową poczekalnię. Punkt w świecie i życiu, do którego nie dociera przemieniony i uwięziony za drewnianymi kratami Gregor. Symboliczną przestrzeń wstrzymanego ruchu, zawieszonej i wyczekiwanej przyszłości. Alegorię końca: głęboki (profundum) grobowiec (sepulchrum), który zwiedza bohater tekstu Byłem w odwiedzinach u zmarłych. Jest zresztą w świecie Nocy ciemnej coś nieprzyjemnie trupiego. Nie tylko blada twarz i sztywno-zamaszyste ruchy bohaterów granych przez Pawlika.

Rzeczą fundamentalną zarówno dla Kafki, jak i Zdunika pozostaje relacja syn-ojciec. W spektaklu czytana nie tyle psychoanalitycznie, ile metafizycznie. Męskość grzęźnie tu w konflikcie, z którego nie może się wyzwolić. Bohaterowie znajdują przeciwników w sobie nawzajem, lub – jeśli brakuje takiego lustra – w przywoływanych fantazjach. Fragmenty Listu do Ojca (podpisanego – przypominam – Franz), które mówi Janyst w finale spektaklu automatycznie odczytujemy w tej najwyższej z patriarchalnych instancji. Na niechęć Ojca wobec przemienionego w owada Gregora także patrzymy przez pryzmat stosunku bóg – człowiek. Podobnie spoglądamy na osieroconego Oficera, który tęskni za okrutnym Komendantem, konstruktorem przeraźliwej maszyny. Z tej galerii ojców wyłania się postać starotestamentowo przerażająca. I choć odnaleźliśmy wątki chrystologiczne, to jednak nadzieja na przyjście Mesjasza nie zostaje wyartykułowana, a przecież mogłaby – choćby poprzez wątek samoofiarowania Oficera, fundamentalny dla opowiadania i pominięty w spektaklu. U Kafki jest jeszcze jedno światło, które pozwala wypatrywać ocalenia. Kobieca młodość. Spójrzmy na Dziewczynę z tekstu Widok z okna, oglądany w roztargnieniu: „Potem mężczyzna ją mija i twarz dziecka jest zupełnie rozjaśniona”, lub na siostrę Gregora, na jej młode, tryumfujące w ostatnim zdaniu Przemian ciało. Tymczasem u Zdunika i ta furtka pozostaje zatrzaśnięta. „Wszystko jest na próżno” – mówi Matka Gregora. „Nic nie zostanie” – dopowiada głos z wiersza Różewicza. I tu dochodzimy do najważniejszego i nieco paradoksalnego wymiaru przedstawienia, który odczytuję jako mankament.

Nie znajduję w Nocy ciemnej obiecanego nastroju beznadziei, nie dostrzegam ostatecznej ciemności. Coś ją nieustannie rozprasza, rozcieńcza i strukturyzuje. Winne mogą być chwilami posągowe i przesadnie ekspresyjne aktorstwo lub fragmentaryczna i niełatwa do śledzenia akcja. A może winien jest po prostu teatr? Zdunik zaprasza widza do lektury, ale nie oferuje immersji. Jesteśmy zdystansowani trochę jak uczniowie na lekcji. A może to dlatego, że oglądałem Noc ciemną w ramach pokazu dla licealistów? Siedzący obok mnie nauczyciele nienawykli do tej strony klasowej rampy, dyskretnie zerkali w telefony, by w końcu jeden po drugim opuścić salę. Nie, to nie o to chodzi. Chciałoby się, żeby było jak u Becketta – tylko bardziej – żeby już nikt nie rodził okrakiem na grobie, nie było żadnego światła, nawet przez chwilę – tylko noc, tylko noc, noc. Ale żeby taki świat powołać i tak o współczesności opowiedzieć – co próbuje przecież zrobić Zdunik – należałoby wyzbyć się wiary i stanąć przed widzem jako nihilista. I choć aktorzy śpiewają Celanowski Psalm – „błogosławiony bądź, Nikt” – to nie potrafię uwierzyć, że pod tym imieniem nie widzą twarzy, lecz zgęstniałą ciemność, która na nas patrzy. To dlatego w zbiorowej scenie korowodowego tańca noszą maski. Dzielą Boga na postaci, na wyobrażenia – ale nie ważą się go unicestwić. Fakt, że nie ma z tej Nocy ciemnej wyjścia, nie sprawia, że niknie jego pragnienie. Mnie to nie pociesza, ale może kogoś?

08-04-2022

Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich
Noc ciemna. Opowiadania Franza Kafki
reżyseria i scenariusz: Michał Zdunik
scenografia: Aleksandra Reda
kostiumy: Agata Stanula
muzyka: Marcin Zdunik
choreografia: Monika Szpunar
obsada: Paweł Janyst, Malwina Laska-Eichmann, Irmina Liszkowska, Krzysztof Oleksyn, Michał Pawlik
premiera: 26.02.2022

galeria zdjęć Noc ciemna. Opowiadania Franza Kafki, reż. Michał Zdunik,Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich Noc ciemna. Opowiadania Franza Kafki, reż. Michał Zdunik,Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich Noc ciemna. Opowiadania Franza Kafki, reż. Michał Zdunik,Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich Noc ciemna. Opowiadania Franza Kafki, reż. Michał Zdunik,Teatr Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: