AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Psychopatek

Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
 

Ten spektakl miał wszelkie szanse na sukces. Tekst uznanej kanadyjskiej dramaturg dla dzieci – Suzanne Lebeau, reżyser z ogromnym doświadczeniem i sukcesami w robieniu spektakli dla młodych widzów – Jerzy Moszkowicz i dwójka aktorów, która już wcześniej udowodniła, że potrafi grać w takim repertuarze – Maria Rybarczyk (wspomnienie Ramdama łzę w oku kręci) i Radosław Elis (ach, gdzie ten Toperz?). A jednak coś zupełnie nie wyszło… A raczej z Olbrzymka wyszedł Psychopatek. (Tańca z szabrami ciąg dalszy: Widząc grę Elisa-Olbrzymka w jednej ze scen młody człowiek siedzący nieopodal wyrzucił z siebie: „Przecież to psychopata!”).

Co się stało, że się nie udało? Moim zdaniem błędów popełniono zaledwie kilka, za to zasadniczej natury. Po pierwsze: tekst. Traduttore tradittore – tłumacz to zdrajca i tu, choć powody „zdrady” mogę zrozumieć, niesie ona ze sobą dość poważne skutki. W oryginale tekst Lebeau nosi tytuł L’Ogrelet – czyli Ogrzątko. Jak można przeczytać we francuskim konspekcie lekcji z wykorzystaniem tego dramatu, autorka opracowała we współczesny sposób tradycyjny motyw ogra w kulturze (jak przypuszczam frankofońskiej). Problem w tym, że w kulturze polskiej nie istnieje żaden przetwarzany tradycją motyw ogra, jedyny ogr znany szerzej w Polsce to Shrek, lecz z kolei jego postać jest raczej postmodernistyczną, ironiczną polemiką z dotychczasowym toposem tej kategorii istnień. Lebeau napisała swój dramat w 1997 roku, zanim Shrek rozpoczął swoją zawrotną karierę w kulturze dziecięcej (i nie tylko), więc ten – w tej chwili w Polsce najbardziej kojarzący się z ogrami kontekst – nie istniał. Przypuszczam, że to właśnie Shrek spowodował, iż w polskim tłumaczeniu Ogrzątko zamieniło się w Olbrzymka. Tyle że taka podmianka powoduje ogromną różnicę w odbiorze konstruowanej opowieści. Mający kontakt z tekstem Lebeau w języku francuskim już dzięki tytułowi wiedzą, że Szymek jest małym ogrem – ta wiedza jest tylko dla niego tajemnicą. W związku z tym odbiorcy obserwują proces tego, w jaki sposób Szymek dowiaduje się o swojej tożsamości, której konsekwencje – dzięki tradycyjnym przekazom – są im już wcześniej dobrze znane. Rozumieją zachowania Szymka, zanim on sam zrozumie, skąd się biorą i od początku wiedzą, że to nie wina tego dużego chłopca, że tak dziwnie się zachowuje. Polski widz natomiast przez sporą część spektaklu wie jedynie tyle, że bohaterem jest nienaturalnie wysoki chłopiec, co jest niewątpliwie wyróżniającą go spośród innych sześciolatków cechą (i może stać się powodem jego odrzucenia), lecz nie jest to cecha groźna i sprowadzająca na inne dzieci niebezpieczeństwo. Dzięki takiemu przesunięciu znaczenia tytułu w języku polskim odbiorcy dostają historię odkrywania – którą dzielą wraz z głównym bohaterem – jego „prawdziwej” tożsamości, a nie patrzenia na to, jak taki dar gotowych zachowań można własnym wysiłkiem zmienić. W konsekwencji na pierwszy plan wysuwa się wcale nie kwestia kształtowania własnego życia, lecz wątek tajemnicy, która wpierw musi zostać rozwikłana, zanim uda się zaradzić jej skutkom – genetycznie uwarunkowanej potrzebie spożywania małych dzieci przez Ogrzątko/Olbrzymka. To przenosi całą historię z obszaru przypowieści w obszar horroru czy kryminału – historii o małym chłopcu zlizującym z niewiadomych powodów krew z ramienia kolegi czy z fascynacją śledzącego krew kapiącą z nosa koleżanki.

Błędów popełniono zaledwie kilka, za to zasadniczej natury. Przemianowanie Ogrzątka na Olbrzymka i wynikające z niego zaburzenie kontekstu zupełnie zmienia konstrukcję postaci matki Szymka. Skoro od początku wiemy, że Szymek to ogr, jej zabiegi wychowawcze (karmienie go wyłącznie warzywami, i to takimi, które nie są czerwone, trzymanie z dala od zwierząt) są od początku jasnym i czytelnym sygnałem matczynej troski i chęci zapobieżenia temu, co wydaje się nieuniknione. Kiedy widz nie wie, że Szymek to ogr (wraz ze wszystkimi konsekwencjami takiego stanu), czynności podejmowane przez matkę wydają się dziwactwami, formą bezsensownej przemocy egzekwowanej na dziecku. Dlaczego on nie może jeść mięsa, choć robią to wszystkie dzieci w klasie? Dlaczego ma unikać czerwieni, choć to po prostu kolor jak inne? Tak oto dzięki przemianie ogra w olbrzyma zmienia się cała konstrukcja opowieści oraz jej sensy.

To był pierwszy z powodów, dla których trudno mi było zaakceptować Olbrzymka jako tekst dla dzieci, który ma stanowić podstawę do rozmowy na temat odmienności, tolerancji i wyzwolenia z ograniczeń (a temu służy we francuskojęzycznym kontekście szkolno-teatralnym) i do czego w tekście przewodnim starają się odwoływać twórcy poznańskiego spektaklu – „Jesteś taki duży jak mój tata powiedziały dzieci i pobiegły bawić się na boisko. Siedziałem w ławce sam całą przerwę. Szymek nie jest taki sam, jak dzieci z jego szkoły. W czym tkwi jego »inność«? We wzroście? Tylko czy ma on aż tak DUŻE znaczenie?”. Z tej problematyki nic nie ma w spektaklu, zostaje opowieść grozy o sześciolatku, którego mroczna tożsamość jest przed nami powoli odkrywana, który liże krew, z dziwnym wyrazem twarzy bawi się nożem, porywa ulubioną koleżankę z klasy i na koniec odgryza jej palec (ale go nie zjada). No nic innego, tylko historia o psychopacie, co wychwycił i czym od razu podzielił się z innymi jeden z widzów.

Nie potrafię zrozumieć, co Moszkowicz zobaczył w tym tekście. Nie wierzę w „uniwersalia kulturowe” – to, co może być znaczącą i wartościową opowieścią w pewnym czasie, kontekście i okolicznościach, w innych może się zupełnie nie sprawdzać. Wydaje mi się, że do rozmowy z młodzieżą o inności różnych istnień ludzkich i wynikającym z tego czasem odrzuceniu o wiele lepiej mógłby służyć inny tekst.

Na tak zbudowaną poprzez język i kontekst kulturowy rzeczywistość przedstawioną Moszkowicz nałożył pomysł inscenizacyjny rodem z bajki, i to takiej w dość staroświeckiej estetyce, granej tradycyjnie, jak kilkadziesiąt lat temu. Na scenie widzimy drewniane sprzęty zbudowane z nierównych desek, lekko Nie potrafię zrozumieć, co Moszkowicz zobaczył w tym tekście. krzywe – dostajemy więc wyraźny sygnał, że oto znajdujemy się w „ubogiej chatce” jak z bajek Puszkina. Do tego klimatu dopasowane są kostiumy postaci – Maria Rybarczyk jako matka nosi wystylizowany „wiejski” strój jak z końca XIX wieku, a Radosław Elis – szkolny fartuch chłopięcy, jaki pamiętam z moich podstawówkowych czasów. Bajka na całego (tym bardziej, że przed spektaklem wychodzi miła pani i zapowiada – młodszym nastolatkom! – że zaraz zobaczą bajkę; to jak strzał we własną stopę, zanim się zaczęło jakiekolwiek działanie zaczepno-obronne). Najprawdopodobniej to właśnie ta założona „bajkowość” inscenizacji, gdzie realność trudno oddzielić od nierealności, skłoniła reżysera i aktorów do psychologiczno-realistycznej konwencji gry. To natomiast jeszcze mocniej wpycha całe przedstawienie w poetykę rodem z horroru psychologicznego i równocześnie rodzi spore kłopoty w scenach, kiedy realistycznie trzeba zagrać makabryczne zdarzenia. W scenie pierwszej z prób, kiedy Szymek, by zdjąć z siebie naturę ogra, musi przesiedzieć całą noc z kogutem i go nie zabić, Elis próbuje wyjść z tej pułapki, uciekając w grube przerysowania. Efekt jest taki, że z scenie godnej Jacka Nicholsona ze Lśnienia, bawiąc się nożem tworzy rzeczywiście wizerunek wzorcowego psychopaty. Trudno, żeby w ten sposób przekonał młodych widzów do zaakceptowania swojej inności, tym bardziej że później, po zakończeniu próby, Szymek zupełnie niebajkowo zabija koguta i przynosi go mamie na obiad. Czyli jednak nie udało mu się pokonać naturalnych ogrzych instynktów. Tam, gdzie stawia się na psychologiczne prawdopodobieństwo, trudno znaleźć wyjaśnienie dla takich działań. One mogą się tłumaczyć jedynie w bardziej symbolicznej (?), formalnej (?), surowszej (?) poetyce.

W takiej realistyczno-bajkowej konwencji trudno też jakoś zrozumieć postać matki, która przedstawiając Szymkowi historię jego pochodzenia napomknęła o jego sześciu ślicznych siostrzyczkach, które zniknęły bez wieści jako dzieci. Ich ogrzy tatuś, będący także tatusiem Szymka, zarzekał się, że nie pamiętał skonsumowania córek, ale na wszelki wypadek po narodzinach olbrzymka-ogrzątka wyniósł się z domu. Kiedy postać matki budowana jest poprzez aktorstwo psychologicznego prawdopodobieństwa, taka jej postawa wydaje się całkiem niezrozumiała – trzeba było śmierci sześciu dziewczynek, żeby kochająca (jak chce się nas przekonać) matka zaczęła chronić swoje dziecko?!

Przeniesieniu świata przedstawionego w nieco bardziej odrealniony służyć zapewne miały taneczne wstawki wykonywane przez Paulinę Wycichowską. Odtańcowywała ona postacie towarzyszące Szymkowi w trzech próbach: koguta, wilczycę i Pamelę oraz nauczycielkę. Równocześnie dwie pierwsze z nich reprezentowane były na scenie nie tylko przez nią, ale i przez figurki, które towarzyszyły Elisowi. Czemu służyć miało to zdublowanie postaci – nie wiem. O ile jeszcze wizualnie kogut był całkiem miłym estetycznie obiektem, to wilk wyglądał jak swoja kiepska parodia, miał kółka i mordę z ogromnymi, świecącymi na czerwono oczami, co upodobniało go do wilków z Akademii pana Kleksa – filmu z 1983 roku, gdzie efekty specjalne musiały z przyczyn technologicznych zostać ograniczone do takich niby-przerażających chwytów. Taniec Wycichowskiej, sądząc po jego stylistyce, miał też młodych widzów wprowadzać w kontekst tradycyjnej kultury „pierwszych Kanadyjczyków”, ponieważ jej kostiumy i sposób poruszania się przywoływał obrazy plemiennych tańców. Jako kogut wywijała tak dziarsko, że przez moment miałam obawę, czy nie sprowadzi deszczu na scenę. Niestety był to kolejny element, który zdawał się dopięty na siłę do całej opowieści.

Ten spektakl miał wszelkie szanse na sukces, a jednak się nie udał – starszych bawił naiwnością i makabreskowatością, młodszych niestety nudził. Olbrzymek raczej nie zapisze się dobrze wśród realizacji firmowanych przez Centrum Sztuki Dziecka. Traktuję go raczej jako wpadkę, która w jakimś momencie musiała nastąpić przerywając ciąg bardzo dobrych i mądrych spektakli dla dzieci i młodzieży przygotowanych przez tę instytucję.

24-11-2014

 

Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu i Teatru Nowego im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu
Suzanne Lebeau
Olbrzymek
przekład: Ewa Umińska
reżyseria: Jerzy Moszkowicz
scenografia/reżyseria światła/rekwizyty: Jakub Psuja
muzyka: Patryk Zakrocki
kostiumy/rekwizyty: Angelina Janas-Jankowska
konsultacja choreograficzna: Paulina Wycichowska
obsada: Maria Rybarczyk, Radosław Elis, Paulina Wycichowska
wokal: Aneta Jankowska
prapremiera polska: 14.11.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Joanna Ostrowska
    Joanna Ostrowska 2014-11-29   21:05:29
    Cytuj

    Szanowna Mamo Kuby, tak to już jest ze spektaklami, że każdy może je odebrać inaczej. To, co napisałam w recenzji nie było "pretendowaniem do wiedzy, jak czują i myślą dzieci" tylko wykorzystaniem obserwacji tego, jak zachowywały się i co mówiły dzieci, z którymi oglądałam ten konkretny spektakl. A one tak właśnie go odbierały, co demonstrowały. Aktor nie wbiegł na widownię w ostatniej scenie, tylko w scenie wybierania dziecka do ostatniej próby - to w kwestii "uważnego oglądania" spektaklu. Też regularnie uczęszczam z moim dzieckiem do teatru, ale pisząc recenzję nie mogę się opierać wyłącznie na wrażeniach mojego własnego dziecka. Zamiast zasłaniać się dzieckiem i jego wrażeniami, może lepiej byłoby podjąć polemikę na argumenty z pozycji dorosłego człowieka Mamo Kuby?

  • Użytkownik niezalogowany Mama Kuby
    Mama Kuby 2014-11-27   14:17:24
    Cytuj

    Byłam na spektaklu "Olbrzymek" podobnie jak na innych najnowszych produkcjach Centrum (Ramdama niestety nie pamiętam), razem z moim 11 letnim synem (młodszy, jak polecili mi organizatorzy był za mały na ten spektakl). Chętnie podzieliłabym się swoją opinią w kontrze do tego o czym pisze Pani redaktor, jednak z drugiej strony wolę podzielić się opinią mojego syna, gdyż to dla niego przede wszystkim było przedstawienie. Kuba bardzo przeżywał "Olbrzymka", razem z Szymonem "przechodził" próby ściskając mnie za rękę i szepcząc - "musi mu się udać". Gdy w ostatniej scenie aktor wbiegł na widownię mój syn, trochę do siebie, trochę pewnie do niego lub do mnie, powiedział "trzymam kciuki". Jeszcze żaden spektakl nie wywołał w moim dziecku tak żywych reakcji, a dodam, że jesteśmy częstymi teatralnymi widzami. Po spektaklu Kuba przez cala drogę do domu i jeszcze wieczorem, mówił tylko o Szymonie, o tym, jaki był dzielny i jaki biedny, że tak mu się potoczyło w życiu, ale także że przez cały spektakl wiedział, ze Szymon pokona trudności. Zapytałam go też co sądzi o zakończeniu (ja sama miałam z nim trochę problemów). Kuba najzwyczajniej w świecie powiedział "On to tak specjalnie zrobił, żebyśmy się bali wszyscy i też żebyśmy się zaczęli zastanawiać, anie tak sobie poszli do domu i już". To ostatnie zdanie mojego syna jest najlepsza recenzją jaką mogłam usłyszeć. Pani redaktor natomiast życzyłabym uważniejszego oglądania następnym razem oraz nie pretendowania do osoby, która wie jak czują i myślą dzieci.