AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Sprawa pani Dydony

Dydona i Eneasz, reż. Tomasz Cyz, Warszawska Opera Kameralna w Warszawie
Muzyk i polonistka, w latach 50. XX w. aktorka Teatru na Tarczyńskiej i Teatru Poezji UW, później wieloletnia nauczycielka muzyki w Szkole Podstawowej nr 15 w Warszawie, profesor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i publicystka „Ruchu Muzycznego”. Doktor habilitowana nauk humanistycznych, autorka książek o teatrze muzycznym i polskich artystach. Publikowała też w „Teatrze”, „Dialogu”, nowojorskim „Przeglądzie Polskim”,„Pamiętniku Teatralnym”. Współpracuje z ISPAN i z Teatrem Wielkim – Operą Narodową.
A A A
fot. G.Bargieł  

Dydona i Eneasz Henry'ego Purcella to jedna z niewielu najstarszych oper, które obecne są w repertuarach dzisiejszych teatrów i na współczesnych płytach. To oczywiście zasługa muzyki – obezwładniająco pięknej. Purcell żył w XVII wieku, tylko 36 lat, a skomponował mnóstwo utworów. Co do jego jedynej opery nie ma pewności, kiedy powstała ani gdzie została po raz pierwszy wykonana; w brytyjskiej kulturze zaistniała w 1689 roku. Niezachowana w całości, ma trzy akty i zwartą akcję. Trwa ledwie ponad godzinę i w tym czasie co chwilę zdarza się coś, co wnika w pamięć: krótka radosna aria Belindy, rechoczący śmiech Wiedźm, rubaszna pieśń żeglarzy i niezwykły w swej dramatycznej sile pożegnalny śpiew Dydony. W orkiestrze grają same smyczki, co zapewnia organiczną jedność brzmienia. We fragmentach z recytatywnym śpiewem odzywa się tak zwane basso continuo, czyli zestaw trzech instrumentów z klawesynem. W toku akcji Purcell stosuje kilkakrotne zmiany tonacji – przy pewnej wrażliwości ucha można wysłyszeć, jak w pulsującej chmurze dźwięku coś się jakby przesuwa.  

Ale nie tylko muzyce opera Dydona i Eneasz zawdzięcza długie życie. Jej wartość podnosi temat, uniwersalny i ponadczasowy. Mianowicie: mężczyzna porzuca zakochaną w nim kobietę, a ona nie jest w stanie tego przeżyć. No cóż – by tak rzec – podobne postępowanie facetów nie jest niespotykane. Jednak aspekty psychologiczne i sytuacyjne libretta starej opery tę banalną perspektywę przekształciły w dramat. A reżyser Tomasz Cyz wydobył go i podkreślił w interesujący sposób. W istniejącej fabule brak mu było momentu zrodzenia się miłości, dodał więc Prolog (oryginalny zaginął), a w nim dwie pieśni Purcella spoza partytury Dydony i Eneasza, zresztą z muzyki dla teatru; kompozytor pisał jej dużo. Tłem dla pieśni Cyz uczynił scenerię lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku i atmosferę uroczystości odznaczenia bohatera wojny, Eneasza. Medal wpinała władczyni Dydona, w wytwornym zielonkawym kostiumie i toczku na głowie. Eneasz miał na sobie mundur oficera marynarki; tak się poznali. Jej sopran zabrzmiał w pieśni Music for a While, o muzyce na chwile trosk i człowieczego losu, którym rządzą Erynie – jego baryton w Cold Song, przeznaczonejdla alegorycznej postaci Geniusza Zimna z muzyki do Króla Artura, w której to pieśni głos i instrumenty kapitalnie dygoczą (czyżby miało to uprzedzać, że Eneasz nie odwzajemni żaru uczucia Dydony?).W tekstach chóru mignęła „żelazna dama”, więc ceremonię dało się przypisać nieco późniejszej niż sugestie Cyza dekadzie Margaret Thatcher i walce o Falklandy, ale nie miało to znaczenia. Istotnym był spowolniony ruch, stonowany koloryt, ustalony rytuał gestów, podany na tacy szampan, świat sztywny i uporządkowany.

W takim świecie miłość nie miała prawa zawładnąć człowiekiem. Dydona schroniła się (część I) w kobiecym azylu, widocznym w kącie sceny przez cały spektakl, z ogromnym lustrem i toaletką. Stała się po prostu zakochaną panią Dydoną. Zmieniła oficjalny ubiór na bardziej swobodny. Emocjonalne napięcie zwierzyła siostrze Belindzie. Usłyszała słowa nadziei, że Eneaszowi też nie jest obojętna. Przyjęła mężczyznę. Tymczasem już czaiło się zło. Tajemnicza obserwatorka w kapeluszu i z papierosem ujawniła się jako Czarownica – po odrzuceniu tamtych rekwizytów grzeczna urzędniczka w białej bluzce, czarnej spódnicy i w gładkim uczesaniu. (Była w tym racja: zło często przybiera pozór zwyczajności). Stuknięciem w podłogę odmieniła wystrój sceny. Triumfujące błyski oczu Czarownicy wraz z blaskiem niskiego altu Wandy Franek zapowiedziały, co szykuje Dydonie: odjazd Eneasza, zburzenie miasta i utratę życia. Tej wizji towarzyszył chichot dwóch małych blondynek w eleganckich tak zwanych małych czarnych i w czarnych kokardkach na jasnych włosach; mimo że to Wiedźmy, przypominały nastolatki (rzeczywiście bywają groźne).

W dalszym ciągu spektaklu (część II) nie było polowania, jak w treści opery. Eneasz, w czerwonawym T-shircie zamiast munduru, grał w golfa (dyrekcja WOK zatrudniła nawet specjalistę od tej gry, by scena wypadła wiarygodnie). Podawał więc Dydonie nie głowę upolowanego dzika, ale... piłkę golfową, a ona wykonywała przepisowy zamach kijem, kierując ją do dołka. Potem w objęciach spoczywali na trawie, gładził jej ramię, ona czytała książkę, w wiaderku chłodził się szampan. Sielankę przerywała burza. Eneasz otrzymał polecenie natychmiastowego wypłynięcia do Rzymu. Rozegrała się, z całkiem realistyczną, gwałtowną szarpaniną, scena rozstania kochanków. On już mówił, że zostanie, ona wołała: „Odejdź! Odejdź!!” (I'll stay!Away!). Była nieustępliwa. Nie zniosła upokorzenia – jak to, wolał słuchać jakiegoś Jowisza, zamiast być przy niej, nie docenił miłości jej, królowej Kartaginy? Na scenę wróciły Wiedźmy, zachwycone spełnianiem się ich przepowiedni. Pijani marynarze z pijanymi dziewczętami może przesadnie okazali stan upojenia, lecz dziarsko odśpiewali i odtupali pieśń przed wciągnięciem żagli na maszt.   

W tym czasie Orkiestra Instrumentów Dawnych MACV (Musicae Antiquae Collegium Varsoviense) grała jak w natchnieniu – mrocznie, chrapliwie, melancholijnie, żwawo. Odniosła już sukces w słynnej wiedeńskiej sali Musikverein i znowu została tam zaproszona. W muzyce Purcella prym wiedli koncertmistrz Grzegorz Lalek i Justyna Rekść-Raubo ze swą violą da gamba – oboje niekwestionowani mistrzowie w polskim nurcie historycznego wykonawstwa. A Belinda stroiła Dydonę w olśniewającą czarną suknię. Odgadła ostateczną decyzję siostry, falowała nad jej ramionami czarnym tiulem. I wtedy niskie dźwięki MACV zaczęły snuć posępny temat niezwykłej chaconny, a Dydona podjęła śpiew z przejmującym zaklęciem remember me! („zapamiętaj mnie”). Postępowała zwolna wstecz, ogarniała ją teatralna mgła, ciemniało światło, cichła chaconna. Zabrała ją śmierć, ale żegnał jeszcze łagodną pieśnią chór, artystki chóru założyły żałobne woalki.

Ten chór w przedstawieniach Warszawskiej Opery Kameralnej, dawanych we własnym, niewielkim przecież teatrze, zawsze wydaje mi się nazbyt liczny. Starannie przygotowany, profesjonalny pod każdym względem, przekracza jednak pojemność sceny przy alei Solidarności, choć oczywiście jest niezbędny w realizacji operowych partytur. Tutaj, w Dydonie i Eneaszu, reżyser zmieniał chórowi kostiumy, odsyłał na widownię, na balkon, na zascenie, ale sprawiało to wrażenie konieczności, a nie artystycznych chwytów. Nie miał chyba problemu z odtwórczynią roli Dydony. Debiutująca w WOK Margarita Slepakova to szczupła, urodziwa brunetka, powściągliwa aktorsko, co odpowiadało postaci kobiety, która przekonała się boleśnie, że królewska nawet władza nie chroni przed namiętnością. Artystka technikę barokowego śpiewu stosowała niezbyt konsekwentnie, ale też ekspresja wtopiona w muzykę Purcella nie poddaje się chyba żadnym regułom. Osobę Eneasza, nie byle kogo przecież, bo bohatera Eneidy Wergiliusza i herosa obecnego w mitologii Parandowskiego, kompozytor usunął nieco w cień, także w przeznaczonej dlań partii wokalnej. Tyle więc, że odpowiednio przystojny i wyważony w scenicznych reakcjach Artur Janda szczerze i pięknie mógł wyrazić głosem swoje rozdarcie, komu winien jest posłuszeństwo: rozkazom bogów czy sile miłości.   
    
Reżyser Tomasz Cyz w wywiadzie zamieszczonym w programie powiedział, że w teatrze operowym najbardziej interesuje go napięcie między przeszłością a teraźniejszością. To istotnie jest frapujące: zachwycająca muzyka sprzed wieków grana z przejęciem i techniczną doskonałością unosi się nad orkiestrową fosą i dociera do absolutnie teraźniejszych widzów. Oni mają głowy nawet otwarte na te dźwięki, ale skołatane codziennością. Niektórzy nie mogą się oprzeć i zerkają na smartfony, czy czasem nic się nie wydarzyło, i wracają z ulgą do słuchania muzyki i patrzenia na scenę, gdzie królowa Kartaginy zmieniła im się w porzuconą panią Dydonę. Bo wydaje się, że im trudniejsza jest teraźniejszość, tym chętniej sięga się w przeszłość. Teatr właśnie to czyni.

18-11-2022

Warszawska Opera Kameralna w Warszawie
Henry Purcell
Dydona i Eneasz
libretto: Nahum Tate
kierownictwo muzyczne: Dirk Vermeulen
inscenizacja i reżyseria: Tomasz Cyz
scenografia i kostiumy: Natalia Kitamikado
choreografia: Weronika Bartold
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
obsada: Margarita Slepakova / Natalia Rubiś, Artur Janda / Paweł Horodyński, Joanna Radziszewska, Dorota Szczepańska, Wanda Franek / Roksana Wardenga, Anna Koehler, Ewa Puchalska / Karolina Róża Kowalczyk, Aleksander Łojewski / Tomasz Grygo
oraz Weronika Bartold, Weronika Humaj, Małgorzata Czyżowska, Szymon Roszak, Maciej Cymorek, Maciej Zuchowicz
Zespół Wokalny Warszawskiej Opery Kameralnej, kierownik: Krzysztof Kusiel-Moroz
Orkiestra Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej Musicae Antiquae Collegium Varsoviense
premiera: 7.10.2022

galeria zdjęć Dydona i Eneasz, reż. Tomasz Cyz, Warszawska Opera Kameralna w Warszawie Dydona i Eneasz, reż. Tomasz Cyz, Warszawska Opera Kameralna w Warszawie Dydona i Eneasz, reż. Tomasz Cyz, Warszawska Opera Kameralna w Warszawie ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: