AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Znachor w świątyni kiczu

Znachor, reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
fot. Bartek Barczyk  

Jakub Roszkowski w Teatrze im. Słowackiego próbuje opowiedzieć Znachora na nowo. Współczesnym językiem, który zakłada ironię i dystans wobec łatwych wzruszeń, bierze w nawias historię opowiedzianą przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza. Jej bohater nie poddaje się jednak tak łatwo.

Przed spektaklem czytam Dołęgę-Mostowicza i łowię fragmenty, które mogłyby otworzyć interpretacyjny potencjał przed tym romansem o złotorękim warszawskim chirurgu, który został wiejskim uzdrawiaczem. Jest tu zderzenie klas społecznych, jest książę, który stał się żebrakiem i księżniczka, która zamieniła się w dziewczynę z zapałkami. Jest scena pijackiej wędrówki Wilczura, jest maksyma Samuela Obiedzińskiego „nie sztuka być kimś, sztuka być niczym, drobnym insektem za kołnierzem Opatrzności”. Są Marysine dziewczęce marzenia, żeby zostać lekarką, które kończą się na oświadczynach Leszka. „Oto mój znak ochronny – powiedział wesoło, wkładając pierścionek na jej palec. – Abyś pamiętała, żeś jest moją niepodzielną własnością”. I jeszcze: „kształcić się zaś będziesz mogła, ile ci się podoba. Byle nie za wiele, bo nie chciałbym mieć żony o wiele mądrzejszej od siebie”.

Niedużo tego i nie dziwi specjalnie, że Jakub Roszkowski, który dla krakowskiego Słowackiego Znachora adaptuje, cały ten skromny potencjał wyrzuca do kosza. Jeśli z czegoś czerpie, to z telewizora, mniej z literatury. Z popkultury. Ze świata muzyki. I trochę z teatru, bo towarzysz nocnej wędrówki Wilczura mówi nie tekstem Dołęgi, ale Wyspiańskiego: „Musimy coś zrobić, co by od nas zależało, zważywszy, że dzieje się tak dużo, co nie zależy od nikogo”, tyle że to zdanie, powracające w krakowskim spektaklu jak refren, paradoksalnie niewiele znaczy, niewiele do niego wnosi. Choć mogłoby otwierać nową ścieżkę interpretacji tej opowieści – co by było, gdyby wzięty stołeczny chirurg Wilczur świadomie porzucił tytuły, zaszczyty i majątek, żeby leczyć biedotę na prowincji? Ten trop jest jednak w spektaklu Roszkowskiego ledwie zaznaczony, przywołaniem cytatu z Wyspiańskiego, ale też sposobem, w jaki została rozegrana kluczowa dla historii znachora scena pobicia, która owocuje utratą pamięci – tu ledwie zamarkowana tak, że niezorientowany widz może przeoczyć wagę tego skutkującego amnezją wypadku.

Pytanie, czy istnieje taki widz, czy na teatralnej widowni znajdzie się ktokolwiek, komu historia profesora Wilczura jest totalnie obca? Znachor Roszkowskiego istnienia takiej publiczności nie zakłada, odwołując się do istnienia pewnych stałych kodów kulturowych. Umówmy się zatem, że wciąż istnieją – tylko pod takim warunkiem zabawa nimi będzie możliwa. Wierny fabule Dołęgi-Mostowicza, reżyser traktuje ją jako pretekst do takiej zabawy. Opowiada historię profesora Wilczura językiem campowej przesady, próbując wysondować, ile z wpisanych w nią łatwych wzruszeń ocaleje przy takim zderzeniu.

Oglądając spektakl, bierzemy udział w czymś w rodzaju drogi krzyżowej, jaką odbywa każdy Polak uzależniony od telewizora i uwięziony w okresach świątecznych między Kevinem samym w domu a Znachorem właśnie. Kevina Roszkowski zostawia jego rodakom, nam funduje coś w rodzaju sesji terapeutycznej z przymrużeniem oka, która poprzez próbę rozebrania fenomenu najsłynniejszego polskiego melodramatu na czynniki pierwsze pozwoli nam – być może – spod jego hipnotyzującego wpływu się uwolnić. Dlatego jego Znachor jest bardziej z domowego ekranu niż z literatury – i nie chodzi tu tylko o odniesienia do adaptacji Jerzego Hoffmana, odtwarzanej do znudzenia jak zdarta płyta na wszystkich kanałach polskiej telewizji w świąteczne dni wolne, ale też do przedwojennych filmów Michała Waszyńskiego. Zwłaszcza otwierająca spektakl scena wpisuje się w klimat Profesora Wilczura, drugiej części romansowej sagi Mostowicza, kiedy glamour dwudziestolecia wkracza nawet na sterylną salę operacyjną. Tyle że teraz to my, widzowie, gramy role studentów przyglądających się wirtuozerskiej operacji przeprowadzanej przy akompaniamencie jazzowego bandu, uteatralizowanej, zamienionej w rodzaj show.

A potem scena rozpada się na kolejne scenograficzne stacje zaprojektowane przez Mirka Kaczmarka: oto wiejska chałupa Prokopów z portretem Matki Boskiej Ostrobramskiej w otoczeniu promieniście rozchodzących się kul zostawionych przez cudownie uzdrowionych, oto fotel hrabiego Czyńskiego ze sztucznymi palmami, oto sklepik, w którym pracuje Marysia (Alina Szczegielniak), wypełniony fluorescencyjnymi Maryjkami, oto wreszcie kartonowa przeszkoda ku pamięci Hanki Mostowiak, o którą roztrzaska się motor Leszka (Mateusz Bieryt), no i jeszcze ukwiecona mogiła na cmentarzu. W tej świątyni kiczu nie mogło zabraknąć i jelenia na rykowisku, i różowej Marysinej tiulowej spódnicy. Wszystkie te wizualne komunikaty sprowadzają się do czytelnych gagów. A jednocześnie pokazują, że niemal każdy z bohaterów ma ściśle określone miejsce w tej opowieści, która odzwierciedla społeczne podziały. Ma miejsce, do którego został niemalże przyspawany, jak hrabia unieruchomiony na fotelu w swoim dworku, Prokopina w chacie czy nawet Leszek poruszający się na platformie na swoim motorze. I tylko tytułowy bohater ma zdolność wychodzenia z ram, przemieszczania się między kolejnymi stacjami.

Roszkowski zagęszcza akcję, redukuje postaci – małżeństwo Czyńskich reprezentuje sam Hrabia (Wojciech Skibiński), zamiast Prokopa mamy Prokopinę (Lidia Bogaczówna), jej syn (Dominik Stroka) jest zarazem Zenkiem, który z zazdrości spowodował wypadek dwojga młodych. Ukraińska pokojówka doktorostwa Wilczurów (Hanna Syrbu) w drugiej części wraca jako znachorka odpędzająca śmierć Marysi – wszak jesteśmy na Kresach. To wszystko doprawione muzycznymi popkulturowymi hitami: od Everybody Dance Now (także w wersji folkowej) po Something Stupid, z estetyką kiczu i campowej przesady pojawiającej się w kostiumie i – częściowo – podkreślonej grą aktorską niewiele mającymi wspólnego. Generalnie jednak chodzi tutaj o to, żebyśmy odczuli nadmiar bodźców, poczuli się przytłoczeni tempem, docenili lekkość, jaką na tę łzawą historię nakłada ironiczny nawias. Odczarowali Znachora, podkręcając śrubę przesady, wyolbrzymiającą i pokazującą w krzywym zwierciadle mechanizm, po który sięga Dołęga-Mostowicz (i który przenoszą na ekran filmowi adaptatorzy powieści), pozwalający sterować wzruszeniem widza.

Jednak Znachor Roszkowskiego zakłada też sytuację, w której profesor Wilczur vel  Antoni Kosiba w kreacji Macieja Jackowskiego wymyka się tym inscenizacyjnym zabiegom. Nawet ubrany w hipsterski sweter z jeleniem nie pozwala wziąć się w nawias, potraktować z dystansem, zbyć ironicznym uśmiechem. W finale patrzy nam w oczy. I wygrywa tym momentem zawieszenia, kiedy zdajemy sobie sprawę, że ten zdemaskowany znachor nie będzie chciał trzymać się schematu, realizować kolejnych punktów życiorysu napisanego przez Dołęgę-Mostowicza. Że jest być może postacią większą od interpretacyjnych zabiegów teatralnych twórców.

Wymyka się zresztą nie tylko on. Przy sprowadzonym do zgrabnej karykatury Leszku Marysia ma zbyt wiele wewnętrznej prawdy, żeby mogły ją unieważnić sceny, w których wdzięczy się do amanta wśród kolorowych Maryjek. Poruszająca bywa i twarda Prokopina Bogaczówny. A nawet w doktorze Pawlickim Tomasza Augustynowicza mimo przerysowania widać ludzki dramat kompleksów i niespełnionych nadziei na lepszy los. Jeśli więc teatralny Znachor czegoś dowodzi, to siły melodramatu, która wygrywa nawet zderzenie ze stosem kartonów. I siły jego bohatera.

05-10-2022

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Tadeusz Dołęga-Mostowicz
Znachor
adaptacja i reżyseria: Jakub Roszkowski
scenografia, kostiumy i światła: Mirek Kaczmarek
muzyka i opracowanie muzyczne: Antonis Skolias, Zuzanna Skolias
choreografia: Weronika Pelczyńska i Monika Szponar
obsada: Maciej Jackowski, Marta Konarska, Katarzyna Zawiślak-Dolny / Alina Szczegielniak, Anna Tomaszewska / Lidia Bogaczówna, Mateusz Bierut / Adam Wietrzyński, Dominik Stroka / Mateusz Janicki, Tomasz Augustynowicz, Wojciech Skibiński, Anna Syrbu,
muzyka na żywo (I skład): Piotr Nowak, Szymon Frankowski, Michał Kołodziej, Antonis Skolias; (II skład): Dominik Cichy, Tomasz Kupiec, Józef Michalik, Józef Rusinowski
premiera: 10.09.2022

galeria zdjęć Znachor, reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Znachor, reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Znachor, reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Znachor, reż. Jakub Roszkowski, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: