AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O dobrym dniu

Fot. Karol Budrewicz  

Było tak. Śniadanie jak zwykle: kawa, papieros i „Wyborcza” na balkonie. Lubię każdą pogodę, ale tym razem musiałem lubić ją tuż powyżej zera, z zacinającym deszczem oraz z taką zawieruchą, że przygniatanie gazety słoikiem na pety i kubkiem z kawą nie skutkowało.

Potem pojechałem po kontener żarcia dla moich kotów. Nie dojechał, bo wysoka fala na Bałtyku uniemożliwiła wyładunek.

Potem zawiozłem do komisu gitarę, która ostała się po wyprowadzce syna. I tu dzień zaczynał buzować, jego soki jeszcze nie otwierały kwiatu, ale grudniowy pąk nabrzmiewał. Otóż gitary mi nie przyjęli. W ten sposób odebrałem po latach spóźnioną, ale pożyteczną ocenę z klasówy odbębnianej jeszcze w podstawówce lub w początkach gimnazjum swojego ojcostwa. Jeden z najbardziej upierdliwych przedmiotów polegał na trenowaniu powściągliwości w rzutowaniu na córki i synów ojcowskich niespełnionych ambicji oraz niezaleczonych kompleksów. Ludzie! Gitara była nówka sztuka, tyle co sam chwyciłem na niej przed laty C-dura i a-mola, lecz w komisie, po latach, pudło okazało się pęknięte. Pęknięte pewnie w trakcie którejś z tych rozpaczliwych, gimnazjalnych, synowskich domówek, kiedy rodzice wędrowali po bieszczadzkich połoninach…

Potem zadzwoniłem do żony, która logowała się na autostradzie z Poznania. Mężowie! Lepiej zadzwonić wcześniej i powiedzieć, że nic dzisiaj nie załatwiliście! To bardzo dobra rada. Pozwala wyjaśnić, że to, co miało się załatwić od tygodnia albo miesiąca, natrafia na obiektywne trudności!

To był bardzo dobry dzień, bo argumenty tego dobrego dnia były solidne. W rozmowie nie dało rady, tylko „cześć, cześć”, więc po kilku minutach na wygwizdowie przed mokotowskim komisem zmarzłem tak, że zamarzyłem o drugim śniadaniu, o drugiej kawie.

A była sobota, godzina jedenasta. Więc nie potem, ale natychmiast dzwonię do swojego kumpla, choć ośmielam się nazywać go przyjacielem, który loguje przecznicę dalej, że wpadam na kawę i czy idzie ze mną. A ten, że sorki, że ma próbę w Teerze, że interesujący projekt. A ja mu na to, że… pip…pip… artysta i mieszkaniec wieży z kości słoniowej. Ale to też było dobre, bo lubię skurczybyka jak jasna cholera i jak mówi, że poważna sprawa w teatrze, to poważna sprawa i lepiej dyskretnie trzymać kciuki.

Potem wlazłem do restauracyjki, która właśnie się otwierała, z prośbą o kawę na wynos. Spoko. W trakcie bulgotania maszyny zorientowałem się, że jestem w miejscu, o którym właśnie czytałem, że podają tu świetny rosół. Ponieważ to był dobry dzień, mówię gościowi, który bulgotał mleko do mojej kawy, że to musi być jego świetny dzień, skoro wczoraj chwalebnie napisano o jego rosole! Gościu spojrzał na mnie tak, jakbym oznajmił: „Jestem Kevin Spacey i gram w House of Cards”. Poczułem temperaturę jego reakcji siódmym, reżyserskim zmysłem i dla załagodzenia i uproszczenia dialogu dodałem, przechylając się nad kontuarem, z porozumiewawczym uśmiechem: „Idę tam, gdzie dzisiaj wszyscy zmierzają…”.

Chyba nie zostałem właściwie zrozumiany…

A poza tym, do licha ciężkiego, przecież nie wszyscy muszą mieć dobry dzień tego samego dnia…

Potem stanąłem na krawężniku jezdni przy Placu na Rozdrożu. W miejscu, gdzie nie było ani pasów, ani świateł. Stanąłem z chłopakiem ubranym elegancko, jego buty jaśniały czystością, płaszczyk dopięty, ogolenie świeże, okularki druciane, surowa fryzura, bez czapki. Wspólnie stoimy na krawężniku z intencją przekroczenia przepisów o ruchu drogowym. Samochody jadą ciągiem, nie ma jak przekroczyć. A my ewidentnie z intencją zmierzania tam, gdzie wszyscy zmierzają. Pod jeden adres. Wiec bujamy się w oczekiwaniu na jakąś chwilkę przerwy w samochodach, ja z plecaczkiem i laptopem, w którym drzemie obietnica popołudniowego dokończenia habilitacji o Hiobie, bujamy się, bujamy, więc zagaduję porozumiewawczo: „Ryzyk-fizyk?”.

Ale nie odśmiechnął się. A zaraz potem wypruliśmy przez ulicę, on szybciej, ja wolniej, ale w tym samym kierunku.

Potem pomyślałem sobie: i widzisz, fizjonomisto samomianowany… rutyniarzu zamknięty w schematach… Nie oceniaj! Nie oceniaj – to podstawa człowieka pobożnego! Nie oceniaj ludzi po wrażeniach jakichś pseudo coś tam. Poczucie humoru to sprawa intymna, różnie ludzie mają, różni ludzie idą, a ci, których rozpoznajesz, mają akurat próby w wieży z kości słoniowej.

Potem dzień rozkwitł na dobre. I dlatego mówię o nim, że był dobry.

Pierwszy raz spłakałem się, zbliżając do miejsca zbiórki. Z reżyserskiej rutyny staram się być punktualny, czyli przed czasem. Była 11.45. Sporo ludzi. Chyba dla wszystkich, którzy tam docierali, na wstępie najważniejsza była informacja, że w przekraczaniu jakiegoś swoistego obciachu nie są sami. To ulga. Obciach polega na wykonaniu gestu, który łączy strzeliste myśli z habilitacji o Hiobie z namiętnością albo z pamięcią namiętności, która, za przeproszeniem, narusza pudła gitar na gimnazjalnej domówce! Kilku świrusów wcześniej zamówiło piętrowy autobus bez dachu i postawiło głośniki. Z górnego pokładu usłyszałem w tym deszczu i wietrze grudniowym Imagine Lennona. I zacząłem pod okularami beczeć jak norka. Bo to był dobry dzień.

Nigdy nie myślałem i dalej nie myślę, że to moja piosenka, chociaż ma fajną melodię.
Imagine there’s no Heaven
It’s easy if you try
No hell below us
Above us only sky
Imagine all the people
Living for today

Myślę, że Piekło i Niebo nieuchronnie istnieje. Ale rozumiem też, że ta piosenka jest o marzeniu, aby wydobyć się poza ich ciasne definicje i żyć Teraz. I w tym sensie to bardzo, ale to bardzo pobożna piosenka.

Jan Klata w wywiadzie dla „Wyborczej” pyta ironicznie: „Kto jest gotów umierać za Palmę?” i ma na myśli – co najmniej – brak symbolicznego języka, którym mogłyby się posługiwać tabuny III RP. Zgadzam się z Klatą. Jednocześnie idę pod Trybunał Konstytucyjny w Warszawie w sobotnie południe 12 grudnia, a piździ niemiłosiernie, nasłuchuję ze zdziwieniem Johna Lennona i mam w dupie, czy to jest mój język symboliczny. Wiem, że wydobywam się z okopów ironii, a w języku symbolicznym właśnie szturmuję nowe słowa.

Potem nadchodziło jeszcze więcej i więcej ludzi. Człowiek na szczęście nie jest wielkim bratem helikoptera TVN-u i nie widzi z góry, ale było ciasno jak cholera. Autobusowe głośniki bez sensu sprzęgały, laptop z Lennonem zawieszał się i nigdy nie dojechał do końca pierwszego refrenu. Nagłośnieniowo skuteczniejsza była dwudziestka nazioli ulokowana w ciągu ruchu pieszego. O tym, że z autobusu leciały przemówienia, dowiedziałem się później z telewizji, bo stałem kilometr dalej, w kulturalnym towarzystwie wszelkiego imaginarium rodem z Bruegla i Dudy-Gracza. Obok stały dzieci, psy, rowery i rowerzyści, wyzwolone starsze panie i starsi panowie, korpo, renciści, dredziarze, okularnicy od Ray-Bana i ci na receptę, maminsynki z mamusiami, kowboje i kowbojki, singielki i single, gendery, nonejmy wszelakie, hipsterka, skromnisie, peerel, fitnessy, akowcy i sanitariuszki wszelkiego nieszczęścia, pomysłodawcy i racjonalizatorki, strażacy, eleganciki, surwiwale, tapiry i panie bufetowe, bezglutenowcy, pryncypialni, złote rączki, psychiczne żydy i żydówy, instruktorzy BHP, optymistki, erasmusy, obcasiki, prywatna inicjatywa, tołstoje i dickensy, zdrowe rozsądki, ludzie po przejściach, przewodniczki po Puszczy Kampinoskiej, hydraulicy, nudziarze, pszczelarze, nalewkarze, ran-forest-rany, a nawet kilku wyrazistych kibiców Legii. Tałatajstwo kompletne. Od ’89 nie miałem takiego społecznego poczucia zadomowienia.

Stało się tak dobrą godzinę, zanim ruszyło. Ale nie nudno. Nie mogłem się napatrzeć na to ludziowisko. Miałem poczucie uczestnictwa w happeningu kilkudziesięciu tysięcy jakichś Złośliwych Dyziów, udziału w jakimś wyzwalającym żarcie, który w swym rozchwierutaniu odpalał najcelniejsze salwy. I jeśli brać na serio living for today Lennona, miałem poczucie udziału w happeningu, który już nigdy się nie powtórzy.

Potem zobaczyłem znowu tego surowo i elegancko ubranego chłopaka, z którym wspólnie przekraczaliśmy jezdnię i przepisy. Stał teraz w grupce dwudziestu nazioli i krzyczał: „Cała Polska z was się śmieje – komuniści i złodzieje!!!”. Tego dobrego dnia to jeszcze nie był przebój. Podjął go dopiero i wylansował dzień później Kaczyński oraz wicemarszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, niejaki Brudziński, obdarzony lepszym wokalem.

Ten chłopak, schludnie ubrany, który później stał się współautorem ogólnopolskiego hitu, to była jedyna chwila w tym długim dobrym dniu, kiedy pomyślałem, że dzień nie jest najlepszy. Byłem rozczarowany swoim bingo. Rozczarowany potwierdzeniem własnych skojarzeń i klisz. Doprawdy nie chodzi o to, kto nosi jakie okulary. I czy ma wypastowane buty. Sprawy są głębsze i mroczniejsze. Dotyczą przeszłości. Tej, która dotyczy sposobu obecności mamy i taty, ale także spraw, które opisuje Andrzej Leder w książce Prześniona rewolucja, książce, której stałem się niewolnikiem, a właśnie o „wyzwoleniu niewolnictwa” opowiada (książkę polecam z całego serca). Doprawdy nie czułem się lepszy, nie czułem się lepszy, a tym bardziej mądrzejszy, kiedy mijał mnie wcześniej ten krótko ostrzyżony mężczyzna, a teraz ja go mijałem w pochodzie popaprańców mojej własnej maści.

Dopóki ten chłopak nie spuści mi wpierdolu, będę zastanawiał się nad jego dzieciństwem. Czy ktoś go przytulał? Może III RP go nie przytuliła? Jak i kto miał to zrobić? Dzięki Lederowi policzyłem własne pokolenia niewolnictwa. Wyszło mi zdumiewająco, że jestem dopiero pierwszym pokoleniem (rocznik 1960), które nie musiało brać w mordę od panów i nie musiało jebać Żydów i nie zajmowało mienia jednych i drugich. Bo ani jednych, ani drugich już wtedy nie było. Ja akurat dorastałem w mieniu poniemieckim, co w niczym nie upraszcza krajobrazu. Ale sprawy trwają od pokoleń, pamięć albo staranna niepamięć trwa przez wieki! Zdumiewające, że dopiero starszym panem będąc, uświadamiam sobie przenikającą siłę niedomówień w historii moich własnych rodziców i dziadków, która mogłaby stać się materią prawdziwie twórczej habilitacji, a w tym zrozumienia, skąd ten chłopak elegancko ubrany, w drucianych okularkach, krzyczy swoje, a ja swoje.

To wszystko do chwili, kiedy człowiek nie dostaje bęcków umysłowych, a zwłaszcza fizycznych. Ale jaka jest odległość od piosenki o jebaniu i kałachu Kukiza/Kaczyńskiego do zwyczajnego jebania i kałacha? Metaforyczna? Fizyczna?

Potem znów miałem ochotę beczeć, ale zawieszający się laptop na autobusie nie dawał szansy. Puszczali Dziwny jest świat Niemena, laptop dusił się, zawieszał, podskakiwał, więc Czesiek, jak nazywaliśmy go w liceum i konesersko ocenialiśmy po koncercie w opolskiej hali Gwardii, nie dawał rady, żeby wzbić się w słynne „nieeeeeeeee!”.

Potem, na chwilę, nawet słoneczko się przetarło.

A potem się szło tałatajsko, albo skakało, skandując: „Hop, hop, hop”. I to było dobre i dzień rozkwitał aż do zmierzchu.

23-12-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (35)
  • Użytkownik niezalogowany
    2016-01-04   12:35:04
    Cytuj

    prosze zrobić maturę. Odmawiam T(wojemu) brakowi argumentów i inteligencji, oraz sprawdzić znaczenie słowa "debata" ("jkz" tu to troll, a ja zarejestrowany pod innicjałami publicznie znanych imion i nazwiska). www.jacekrzysztof.blog.onet.pl

  • Użytkownik niezalogowany Tomasz
    Tomasz 2016-01-04   12:03:21
    Cytuj

    jkz napisał(a):

    skoro już zdemaskowałem Cieplaka zdemaskuję sam siebie - w Śnie nocy letniej z 1998 roku, który wyreżyserowałem w Chorzowie w Teatrze Rozrywki okradłem Petera Brooka z jego pomysłu na przestrzeń i konwencję gry aktorskiej. Nikt mnie nie złapał za rękę, bo jesteście cieniasy bez matury!!!!
    Niepotrzebnie. I tak wszyscy wiedzą że "jkz" to Jacek Zembrzuski. A nawet i bez tego "jkz", po ilości, jakości i treści wpisów byłoby to oczywiste. Panie Jacku, proszę już przestać zatruwać przestrzeń publicznej debaty. Nie te środki, proszę to wreszcie zrozumieć. Pozdrawiam serdecznie.

  • Użytkownik niezalogowany Jacek Zembrzuski (jkz) www.jacekrzysztof.blog.onet.pl
    Jacek Zembrzuski (jkz) www.jacekrzysztof.blog.onet.pl 2016-01-02   11:10:17
    Cytuj

    Piotruś pan: wywiad wymyślony 1 grudnia 2012 (Artysta nie powinien okłamywać ani siebie, ani innych. Marina Abramović) Ja: Jesteś laureatem… On: Ale gdzie ta, ale gdzie ta… Ja: Pan poeta, pan poeta? On: Robiło się tego wieszcza, no wiesz: „Albośmy to jacy, tacy”… Ja: Jacy? Tacy, jak nam podyktują? On: No… Rodacy? Ja: Nie wszyscy. Przyjezdni? On: Wykształceni. Oburzeni. Ci z Krytyki, bo reszta… Ach, neoliberalni, niepostępowi. Ja: POstępowi? On: Byleby nie pisowscy, bo wiesz… Ja: Wiem, bo mnie pytałeś. To argument? On: Większościowy. Proeuropejski, nowoczesny i ekologiczny… Rospuda! Rospuda! Rospuda! Ja: Zjadłszy już tę żabę, czy… On: Rowerem do Portugalii… Ja: Pięknie, a Artur? On: Kolega! No, co? Autor. Ja: „Dziwny był ten dom. / Co najmniej dziwny…” On: To jego. Ja: A „Kontakthof mit Damen und Herren”? On: Nie znam. Ja: Na „Pinie” Wima Wendersa… On: A tak! Bardzo się uśmialiśmy ze scenografem… Ja: Że…? On: Że… i nasze pomysły chodzą podobnymi drogami. Ja: Za Piną Bausch? On: Ja to widziałem w rodzinnym Opolu. Ja: Dom kultury, jak u Borzika, bo u Pałygi rzecz dzieje się w kamienicy… On: W tekście. Ja interpretuję. Ja: A nie ściągasz? On: Wszystko już było? Ja: To, co będzie? On: Sztuka. Wolność. Modernizacja… Ja: A przyzwoitość? Na przykład w praktyce? On: O czym mówisz? Ja: O własności intelektualnej. On: Dzisiaj? To przestarzałe. Żyjemy w kulturze sampli – copy/paste… Ja: Czyli skopiowałeś przestrzeń Borzika i Bausch? On: Wpadłem na podobny pomysł. Ja: I jak zobaczyłeś, że ktoś wcześniej już to w teatrze wykorzystał, to nie… On: Nie! Tak nie można… Ja: Właśnie… On: Ja o tym, że już u Szekspira… Ja: W „Hamlecie”? On: W „Hamlecie”… Ja: A prawo autorskie? On: Przeżytek. Ja: Czyli wykopujemy Zapasiewicza? On: Nie rozumiem? Ja: Nie rozumiesz, że on uczył nas czego nie wolno, bo nie wypada? On: Ja z nim scenografii nie miałem… Ja: Majka kiedyś powiedziała, że tylko średniówkę. On: No widzisz! Ja: Nie widzę, bo wiem, że nie tylko… On: Czego ty chcesz? Ja: Prawdy… On: Józef Tischner… Ja: Ksiądz profesor tym znanym powiedzonkiem tylko opisywał rzeczywistość a nie rozstrzygał o jej wartości. On: A ty byś chciał rozstrzygać? Ja: Ja nie muszę. Ja wiem. On: Właśnie, wiesz… Ja: Widziałem! Świadectwo własnych oczu, rozumiesz? On: Rozmawiamy o sztuce. Ja: Rozmawiamy o uczciwości. On: Artysta musi być wolny. Ja: Prawo jest równe dla wszystkich. On: Chcesz mnie ciągać po sądach? Ja: Chcę byś zrozumiał! By ludzie się dowiedzieli, że skorzystałeś z cudzej pracy. On: Po co? Wpadłem na podobny pomysł. Ja: Podpisałeś własnym nazwiskiem coś, co zostało wcześniej wymyślone i pokazane w teatrze tańca… On: Przypadek. Ja: A skutek? On: Jaki skutek… Ludziom się podoba. Ja: Krytykom. On: Właśnie. Ja: Właśnie przyznali ci specjalną nagrodę. A wcześniej nie dosyć, że za spektakl, to jeszcze dodatkowo za scenografię. On: Jest wiele różnic. Ja: W kostiumach, rekwizytach, tonacji kolorystycznej i skali, ze względu na to, że w Wuppertalu jest większa scena. Ale przestrzeń… On: Dom kultury wszędzie tak wygląda. Ja: Owszem. Tylko u Piny to jest temat przedstawienia, a u ciebie kopia wbrew temu, co autor napisał. On: To już nie mogę wymyślać, co mi jest potrzebne do inscenizacji? Ja: Kopiować z tego, co powstało wcześniej. On: Przypadek… Ja: Przyklepany eksploatacją pod twoim nazwiskiem i przyjęciem nagród. On: Zazdrościsz? Ja: Katolikowi? Ojcu dzieciom? Autorytetowi? On: Może… Ja: Może… „Może byśmy zrobili coś, co od nas samych zależy, zważywszy, że dzieje się tak wiele, co nie zależy od nikogo”? On: To śmieszne… Kurtyna opada wolno, aczkolwiek znacząco (podobieństwo osób i sytuacji zamierzone) komentarz → ~Koleżanka 1 grudnia 2012 o 11:04 Straszna jest ta plaga kopiowania – niesamodzielności – co się nad polskim unosi teatrem. ~jkz 2 grudnia 2012 o 15:40 jak się robi za katolicki autorytet w teatrze i nauczyciela dzieciom, a także rowerzystę, to trzeba dbać o standardy. Zawsze warto ~K. Owal 3 grudnia 2012 o 01:48 Widziałem Pinę. To nie jest podobieństwo, to jest podróbka. ~Koleżanka 4 grudnia 2012 o 15:55 dziś w GW: „Plagiat na KUL. Ksiądz profesor z zarzutem prokuratorskim Po tekście „Gazety”. Ks. prof. Stanisław T., wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego usłyszał w poniedziałek zarzut plagiatu. Duchowny zrezygnował z funkcji sekretarza Towarzystwa Naukowego KUL” Otóż to, po tekście w Gazecie. Stąd tu taka cisza ~jkz 5 grudnia 2012 o 02:25 KONTAKTHOF Piny Bausch http://www.youtube.com/watch?v=4e3U0flBwJ0 NIEDOKOŃCZONA HISTORIA Piotra Cieplaka http://www.youtube.com/watch?v=oHUTiTqN7CY ~jkz 25 grudnia 2012 o 02:23 Dlaczego nie wierzę Cieplakowi? Przecież w rozmowie „O praktykowaniu wiary w ogrodzie” jest taki słodki. Właśnie, ZA SŁODKI i precyzyjnie wymyślony… Ewangelicznie obznajomiony i na odpowiednio sympatyczno-zadumaną nutę nastrojony. Wszystko, jak trzeba: kulturalnie, intelektualnie i l e t n i o . On mówi, że tak (u Boga) ma być, trochę wiedząc, trochę nie wiedząc. Ale to „trochę” go zdradza. Chadza utartymi ścieżkami i po wyrobionym gruncie. Zagospodarował sobie poletko reżysera-katolika, specjalisty od Pana Boga (pamiętacie Klatę z różańcem w kieszeni i jak to było entuzjastycznie przyjmowane, i jak się to skończyło – populizmem). Piotruś lubi się podobać, ale zapodaje o tym skromniuteńko… P o z a taka sama, jak każda inna. Zdradza go te – przez zęby – „może jesteś z PiSu?” do mnie, gdy dopytywałem o zapożyczenie scenografii od Piny Bausch, bo wygodnej pozycji na „oświeconej lewicy” (ekologia, GW i te sprawy), by za nic nie zaryzykował. Otóż to. To wszystko bardzo wypośrodkowane, co mówi, i słuszne do wyrzygania. Obłe, poprawne i przymilne – niczym nie ryzykujące („ja jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”). Kręci facet.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-28   09:06:13
    Cytuj

    Oto świadectwo d e g r a d a c j i inteligenta (owszem, tutaj przeze mnie nieobiektywnie skrócone i zmontowane, chciałoby się powiedzieć: „przepisane”, jak w jego teatrze). Żadnych argumentów, tylko uruchamianie „wspólnotowych” emocji. Nie aksjologia tylko interes z poczucie zagrożenia przez „onych” (co „dają bęcki w ryja”) i „nazioli” – bez oddania im głosu, racji i jakiegokolwiek dowodu. Stygmatyzacja i wykluczenie - metoda lewicy (na mnie trenowana poprzez stalinowski język Krakowskiej). Niedaleko pada argumentacja od Żdanowa! A jaka zgrabna wyliczanka – od dzieci do zdrowych rozsądków, co ma pokazać, że to (ich) Polska właśnie… Otóż nie, przecież to słowo ani razu nie pada – to tylko „ten kraj”: jego strefa wpływów i apanaży zagrożona przez ciemnogród, obciachowych, a w domyśle potomków tych, co jebali Żydów… Byłem w obie soboty na tych parteitagach spod żółtych gwiazdek „w obronie zagrożonej demokracji”. Iluż tam było znajomych: aktorek mówiących cudzym tekstem i reżyserów z napisanymi scenariuszami. Wszyscy wyluzowani i bogato ubrani – nikt nie pytał, kto płaci za te hurtowe trąbki i wymalowane kamizelki służbowe… Europa! Trybunalstwo! Tiepier my! Biedni umysłowo ludzie: stopień „ugryzienia” nienawiścią i pogardą dla przeciwnika wydał mi się bardziej wkuty pod czaszkę niż kiedyś wiara w socjalizm. Wtedy w komunistyczną utopię nikt nie wierzył, nawet jego funkcjonariusze tylko dukali z kartki, w domu przeklinając partię i rząd, a teraz wyprane ośmioletnią propagandą sukcesu mandelbaumy aż się prześcigały, żeby dać wyraz, wyartykułować słuszny gniew (złe języki szeptały, że zarobić parę groszy), dać świadectwo i wystąpić w telewizorze; był sukces! Nowoczesność… Pan Piotruś idzie… filozofując młotem i nie tylko prymitywnie upraszcza, ale najzwyczajniej k ł a m i e - o Kaczyńskim, o „niejakim” wicemarszałku Rzeczpospolitej: recytuje bezmyślnie za Gazetą Wyborczą? Lubi to! Pokątnie wspominając o „pobożności” daje wyraz mimowolnemu strachowi, że projekt „modernizacji” – wychowania tego ciemnego narodu, kiedyś „panów”, a dziś tylko „niedomówionych” zajmujących mienie jednych i drugich – przegrał wolą wyborczą większości! Zasłania się, jak zwykle, szyderstwem, kpi z „komuniści i złodzieje”, jakby nie podskakiwał za Giertychem i Kaliszem, Petru i całą tą partyjniacką zbieraniną spadów po odsuniętej demokratycznie od władzy platformie zawłaszczania państwa i pieniędzy dla siebie i kolegów królika; g a r d z i : mówi, że się nie wywyższa, ale to ściema (wypiera ze świadomości), bo jego słowa są właśnie świadectwem irracjonalnej wyższości nad współrodakami myślącymi inaczej – orewllowskim dwójmyśleniem, w którym „wojna to pokój” a on to „racja”: nie historyczna, bo lewicowe złudzenia są tylko pryszczem na dupie cywilizacji, utopijnie obiecującym gruszki na wierzbie od nie więcej niż stulecia, i nie praktyczna, bo jego towarzysze u władzy urządzają ludziom porządek już jak nie w ZSRR to w Północnej Korei – nigdzie to leninowskie łgarstwo nie przyniosło niczego innego poza drutem kolczastym dla wątpiących – nigdy i nigdzie! Nie widzi, że było go (ich) dziesięć razy mniej niż solidarnych dzień później – dominacja w mediach „głównego ścieku” zapewnia bezkarność i całkowite oderwanie od rzeczywistości – zarabia na śmieszność i brak wiarygodności dla siebie i swej formacji ideologicznej. Z butów wystaje mu słoma historycznej konieczności, którą, ten wykształcony przecież człowiek, wypiera (z zaciśniętymi na zdjęciu zębami, co wielbiciele przyjmują jako przejaw „dowcipu”) na rzecz politycznej doraźności, czyniąc się w ten sposób bohaterem mojej książki o zdradzie klerków; z wdrukowanej mu przez partię i poprzedni rząd propagandy przyjmowanej na wiarę bez sprawdzenia, „zawraca gitarę” i „lokuje się”, służąc złej, bo przeciwnej woli narodu, mniejszości. Biedny Winston – przecież czytelnik Moliera – nawet nie wie, że plecie prozą i pod okiem Wielkiego Brata. PS A wszystko to skutkuje w dziedzinie etyki i praw autorskich. Piotr Cieplak jest winien kradzieży własności intelektualnej, czego nie przestanę powtarzać, póki ten manifestujący katolik, nie przyzna się publicznie do kradzieży dekoracji Rolfa Borzika i Piny Bausch ze spektaklu: „Kontakthof mit Damen und Herren” (25 luty 2000) przy własnej „Nieskończonej historii” w Teatrze Powszechnym (10 marca 2012), oraz wyciągnięcia ręki po nagrody ministerialne za scenografię z Andrzejem Witkowskim obejrzawszy film „Pina” Wima Wendersa (2010), który tamten spektakl dokumentuje; Cieplak sam mi to w rozmowie przyznał, ale ręce po pieniąchy wyciągnął, a mające się za szanowne i profesjonalne jury (Dziewulska, Majchrowski, Kopciński, laudująca nagrodę Omiljanowska) – powiadomione przeze mnie o plagiacie – zamiotło sprawę pod dywan… Oto „komitet obrony dominacji” reprezentowany w sobotnie popołudnie przez Piotusia Pana z kolegami pod Trybunałem utrzymywania status quo: aby, „było tak jak było„, jak bezpretensjonalnie wyznała koleżanka Holland po fachu. Uzależnieni od (przegranej) władzy: z kogo się śmiejecie…? www.jacekrzysztof.blog.onet.pl

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-28   09:05:04
    Cytuj

    Po pierwsze: mijasz się z prawdą. Po drugie: Trybunał Konstytucyjny i UE nie zabrania. Po trzecie: będąc wychowankiem "klikalności" i "lajkowalności" (?) niczego nie rozumiesz z inteligencji, której powinnością ("jak wczoraj tak i jutro") jest rozpowszechnianie informacji zgodnych z faktami (konserwatyści zwą to prawdą - i słusznie), ho, ho... Nie ciekaw jestem, czy masz maturę

  • Użytkownik niezalogowany zdzicho
    zdzicho 2015-12-28   01:01:56
    Cytuj

    Panie Jacku! Ciekaw jestem, czemu jest Pan bardziej aktywny tutaj niż na swoim blogu? Na blogu wpisy ma Pan co parę dni, na teatralnym.pl komentuje Pan artykuły innych autorów co kilka godzin. Nawet w Wigilię! Nie rozumiem tej strategii. Co jest dla Pana ważniejsze: swój blog czy nawalanki z innymi autorami pod ich tekstami? W ten sposób działa Pan na swoja niekorzyść. Osoby, które chciałby Pana poczytać, jak ja, zwiększają klikalność teatralnego.pl zamiast pańskiej strony. Bo po co wchodzić do Pana jak Pan jest tutaj? Dziwię się, że Pan tej zależności nie widzi, taki przenikliwy umysł, że ho, ho! No i gdzie Pan będzie pisał, jak zamkną ten portal?

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-28   00:50:30
    Cytuj

    skoro już zdemaskowałem Cieplaka zdemaskuję sam siebie - w Śnie nocy letniej z 1998 roku, który wyreżyserowałem w Chorzowie w Teatrze Rozrywki okradłem Petera Brooka z jego pomysłu na przestrzeń i konwencję gry aktorskiej. Nikt mnie nie złapał za rękę, bo jesteście cieniasy bez matury!!!!

  • Użytkownik niezalogowany www.jacekrzysztof.blog.onet.pl
    www.jacekrzysztof.blog.onet.pl 2015-12-28   00:11:12
    Cytuj

    Oto świadectwo d e g r a d a c j i inteligenta (owszem, tutaj przeze mnie nieobiektywnie skrócone i zmontowane, chciałoby się powiedzieć: „przepisane”, jak w jego teatrze). Żadnych argumentów, tylko uruchamianie „wspólnotowych” emocji. Nie aksjologia tylko interes z poczucie zagrożenia przez „onych” (co „dają bęcki w ryja”) i „nazioli” – bez oddania im głosu, racji i jakiegokolwiek dowodu. Stygmatyzacja i wykluczenie - metoda lewicy (na mnie trenowana poprzez stalinowski język Krakowskiej). Niedaleko pada argumentacja od Żdanowa! A jaka zgrabna wyliczanka – od dzieci do zdrowych rozsądków, co ma pokazać, że to (ich) Polska właśnie… Otóż nie, przecież to słowo ani razu nie pada – to tylko „ten kraj”: jego strefa wpływów i apanaży zagrożona przez ciemnogród, obciachowych, a w domyśle potomków tych, co jebali Żydów… Byłem w obie soboty na tych parteitagach spod żółtych gwiazdek „w obronie zagrożonej demokracji”. Iluż tam było znajomych: aktorek mówiących cudzym tekstem i reżyserów z napisanymi scenariuszami. Wszyscy wyluzowani i bogato ubrani – nikt nie pytał, kto płaci za te hurtowe trąbki i wymalowane kamizelki służbowe… Europa! Trybunalstwo! Tiepier my! Biedni umysłowo ludzie: stopień „ugryzienia” nienawiścią i pogardą dla przeciwnika wydał mi się bardziej wkuty pod czaszkę niż kiedyś wiara w socjalizm. Wtedy w komunistyczną utopię nikt nie wierzył, nawet jego funkcjonariusze tylko dukali z kartki, w domu przeklinając partię i rząd, a teraz wyprane ośmioletnią propagandą sukcesu mandelbaumy aż się prześcigały, żeby dać wyraz, wyartykułować słuszny gniew (złe języki szeptały, że zarobić parę groszy), dać świadectwo i wystąpić w telewizorze; był sukces! Nowoczesność… Pan Piotruś idzie… filozofując młotem i nie tylko prymitywnie upraszcza, ale najzwyczajniej k ł a m i e - o Kaczyńskim, o „niejakim” wicemarszałku Rzeczpospolitej: recytuje bezmyślnie za Gazetą Wyborczą? Lubi to! Pokątnie wspominając o „pobożności” daje wyraz mimowolnemu strachowi, że projekt „modernizacji” – wychowania tego ciemnego narodu, kiedyś „panów”, a dziś tylko „niedomówionych” zajmujących mienie jednych i drugich – przegrał wolą wyborczą większości! Zasłania się, jak zwykle, szyderstwem, kpi z „komuniści i złodzieje”, jakby nie podskakiwał za Giertychem i Kaliszem, Petru i całą tą partyjniacką zbieraniną spadów po odsuniętej demokratycznie od władzy platformie zawłaszczania państwa i pieniędzy dla siebie i kolegów królika; g a r d z i : mówi, że się nie wywyższa, ale to ściema (wypiera ze świadomości), bo jego słowa są właśnie świadectwem irracjonalnej wyższości nad współrodakami myślącymi inaczej – orewllowskim dwójmyśleniem, w którym „wojna to pokój” a on to „racja”: nie historyczna, bo lewicowe złudzenia są tylko pryszczem na dupie cywilizacji, utopijnie obiecującym gruszki na wierzbie od nie więcej niż stulecia, i nie praktyczna, bo jego towarzysze u władzy urządzają ludziom porządek już jak nie w ZSRR to w Północnej Korei – nigdzie to leninowskie łgarstwo nie przyniosło niczego innego poza drutem kolczastym dla wątpiących – nigdy i nigdzie! Nie widzi, że było go (ich) dziesięć razy mniej niż solidarnych dzień później – dominacja w mediach „głównego ścieku” zapewnia bezkarność i całkowite oderwanie od rzeczywistości – zarabia na śmieszność i brak wiarygodności dla siebie i swej formacji ideologicznej. Z butów wystaje mu słoma historycznej konieczności, którą, ten wykształcony przecież człowiek, wypiera (z zaciśniętymi na zdjęciu zębami, co wielbiciele przyjmują jako przejaw „dowcipu”) na rzecz politycznej doraźności, czyniąc się w ten sposób bohaterem mojej książki o zdradzie klerków; z wdrukowanej mu przez partię i poprzedni rząd propagandy przyjmowanej na wiarę bez sprawdzenia, „zawraca gitarę” i „lokuje się”, służąc złej, bo przeciwnej woli narodu, mniejszości. Biedny Winston – przecież czytelnik Moliera – nawet nie wie, że plecie prozą i pod okiem Wielkiego Brata. PS A wszystko to skutkuje w dziedzinie etyki i praw autorskich. Piotr Cieplak jest winien kradzieży własności intelektualnej, czego nie przestanę powtarzać, póki ten manifestujący katolik, nie przyzna się publicznie do kradzieży dekoracji Rolfa Borzika i Piny Bausch ze spektaklu: „Kontakthof mit Damen und Herren” (25 luty 2000) przy własnej „Nieskończonej historii” w Teatrze Powszechnym (10 marca 2012), oraz wyciągnięcia ręki po nagrody ministerialne za scenografię z Andrzejem Witkowskim obejrzawszy film „Pina” Wima Wendersa (2010), który tamten spektakl dokumentuje; Cieplak sam mi to w rozmowie przyznał, ale ręce po pieniąchy wyciągnął, a mające się za szanowne i profesjonalne jury (Dziewulska, Majchrowski, Kopciński, laudująca nagrodę Omiljanowska) – powiadomione przeze mnie o plagiacie – zamiotło sprawę pod dywan… Oto „komitet obrony dominacji” reprezentowany w sobotnie popołudnie przez Piotusia Pana z kolegami pod Trybunałem utrzymywania status quo: aby, „było tak jak było„, jak bezpretensjonalnie wyznała koleżanka Holland po fachu. Uzależnieni od (przegranej) władzy: z kogo się śmiejecie…? www.jacekrzysztof.blog.onet.pl

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-27   10:49:20
    Cytuj

    O! Właśnie Pani Krystyna nazwała po imieniu intencje i metody tej "konfederacyjki". Tyle, że nie "przy władzy", dlatego tylko mocni w gębie. Wszędzie, gdzie za pomocą przewrotu im się udawało produkowali jedynie drut kolczasty dla oponentów! Tylko i jedynie to potrafili, bo nawet balet i hokej na lodzie wymyślił kto inny - oni tylko biorą to na sztandary swego związku. I tak od 100 lat - gruszki obiecanek na wierzbie rzeczywistości: "równość", "jutrzenka", "demokracja" jako przykrycie dla k ł a m s t w a skutkującego głodem, terrorem, Gułagiem i Nordstreamem... Nowocześni targowiczanie zapomnieli, że w Brukseli krucho z kirasjerami i ich "nowy wspaniały świat" bankrutuje. Poczytaliby Houellebecqa

  • Użytkownik niezalogowany Krystyna K.
    Krystyna K. 2015-12-27   00:59:30
    Cytuj

    Serce rośnie. Miło czytać, że są jeszcze ludzie w naszej ojczyźnie, są siły, zdecydowane na twardą rozprawę z tą hołotą. Z tą bandą, przez którą musimy się teraz wstydzić przed całym cywilizowanym światem. Pan, Panie Piotrze natychmiast po ukończeniu habilitacji powinien stanąć na czele. Pokazać moherom, że żarty się skończyły. Ma Pan 200 procent racji. Lennon to mięczak, Czesław to cienias. Następnym razem, niech zabrzmi coś bardziej nastrojowego- Tomorrow belongs to me - na przykład. Albo, dla zachowania symetrii coś z repertuaru niezwyciężonej Armii Czerwonej. I żeby porządni ludzie, tacy jak Pan Profesorze, się nie mylili, to tych nazioli trzeba jakoś oznaczyć. mogliby nosić jakieś opaski. Na początek na przykład żółte, albo białe, z jakimś symbolem. no i z chodnika, żeby schodzili, kiedy my idziemy.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-24   12:28:14
    Cytuj

    tak, panie ': robi to tak "dowcipnie", jak pan argumentuje ad rem, a nie o "jesteś" z piaskownicy. A poza tym, oczywiście, w Ameryce Murzynów biją! Zaraz, może przestali, tylko mi coś umknęło? Donoście towarzysze, donoście... PS i czytajcie o Józefie (S), Waszym mentalnym prekursorze

  • Użytkownik niezalogowany Łukasz Warzecha
    Łukasz Warzecha 2015-12-24   10:41:50
    Cytuj

    Józef S. znany obrońca demokracji Największym obrońcą demokracji w dziejach Europy był niewątpliwie Józef Stalin. Organizowane przez jego jaczejki wiece, pochody i masówki można było liczyć w milionach. Obecne były na wszystkich kontynentach i zawsze, bez wyjątku pod hasłami obrony demokracji i pokoju. W owych wiecach, pochodach i masówkach brali udział kołchoźnicy i kołchoźnice, robotnicy i robotnice oraz tzw. inteligencja pracująca. Jestem przekonany, że i kołchoźnicy i robotnicy, a także co poniektórzy inteligenci, szczerze wierzyli, że bronią demokracji, walczą o demokrację i co najważniejsze wiedzą dobrze o co im chodzi. Gdy Stalin umarł łzy większości obrońców demokracji, kołchoźnic i kołchoźników, robotnic i robotników, a także co poniektórych inteligentów, były szczere. Wszak bliski Stalinowi Jozef Goebbels, w końcu też socjalista tyle, że narodowy, powiedział stara prawdę, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Dlatego ze wzruszeniem oglądałem fotografię symbol, na której obrońcy demokracji dzisiejszej, niosą transparent o treści: „KOD Obywatele dla demokracji”. Którzy obywatele niosą ten transparent i występują w pierwszym szeregu obrońców demokracji? Patrząc od prawej do lewej – poseł Sławomir Arkadiusz Neumann, znany obrońca demokracji z PO, Barbara Lewacka, niestety do sejmu nie weszła, organizator demonstracji niejaki Kijowski, obrońca demokracji Petru, broni demokracji od dawna w różnych bankach, obrońca demokracji Kosiniak, bronił demokracji w spółce „Elewar” i innych, z tyłu, tuż za plecami Kosiniaka słynny już obrońca demokracji Giertych oraz nieco przygnieciona przez czołowych obrońców Kidawa Błońska, też broniła jak mogła, szczególnie jako marszałek przeszłej kadencji. Siła nie samej demokracji jest wielka, bo jak to powiedział Churchill – demokracja jest najgorszym ustrojem, ale lepszego nikt jeszcze ni wymyślił – a więc siła nie samej demokracji, ale siła obrony demokracji jest wielka i atrakcyjna, bo na innej fotografii zauważyłem obrońcę demokracji niejakiego Marka Barańskiego, podobno najlepszego esbeka wśród dziennikarzy TV w stanie wojennym. Zobaczyłem tez obrońcę demokracji niejakiego Lisa, oskarżanego przez niektórych, że broni koryta. Jeżeli jednak koryto jest demokratyczne, to zapewne przyjemniej, niż gdy jest tylko zwykłem korytem. Zobaczyłem też obrońcę demokracji niejakiego Kondrata, twarz pewnego banku w sumie za 10 milionów, który to bank wydał małostkowe oświadczenie odcinające się od obrońcy i jego poglądów. Czyżby bank ów nie chciał demokratycznie wesprzeć swojej demokratycznej twarzy, która kosztowała go niemałe pieniądze? Wszak to się wliczy w koszta kredytów. Nie rozumiem czemu nie? Wśród obrońców pojawił się też niejaki Ryszard Kalisz, a także Jerzy Urban, kwintesencja obrony demokracji. Nie wspomnę o niejakim Maternie, który przecież nie broni swoich apanaży obficie ciągniętych z publicznej kasy, ale demokracji. Do obrony chałtur nigdy by się bowiem nie zniżył, tak mniemam. Za nimi, z tyłu wielki tłum, jak owi kołchoźnicy i kołchoźnice, przekonany do obrony demokracji, wzruszony, zjednoczony. Jak niegdyś, jak wtedy. Oni wiedzą, że chodzi o demokrację, a nie o wulgarne oszczerstwa jakoby chodziło o obronę odrywanych od koryta ryjów. De-mo-kracja, de-mo-kracja. Wierzę w szczerość intencji tych mas, jak wierzę w szczerość niegdysiejszych kołchoźnic i kołchoźników. Wierzę. A jednak, jak to bywa z niespokojnymi duchami, dręczy mnie kilka kwestii. Być może drobnych, być może nic nieznaczących, ale jednak. Jak to się stało, że nagle z nicości wychynął niejaki chyba Mateusz, Kijowski i ni z tego ni z owego zaczął bronić demokracji? Jako, że nic się nie dzieje samo z siebie ciekawy jestem sił, które go do tego natchnęły? Jestem jak najdalszy od tego, by jak to niektórzy, upatrywać owe siły w tzw. ludziach służb, zagrożonych w swoich interesach. Jak najdalszy. Raczej upatruję jakiś wpływ proroczych snów, bo o duchu świętym nie śmiem wspominać, nie znając stosunku pana Kijowskiego do owego. Jak to się stało i za czyje się stało, że obrońcy demokracji zjawili się z wydrukowanymi chorągwiami i to w znacznej ilości, które przecież musiały swoje kosztować, a uczestnicy składek nie płacą. Kto za nie zapłacił, ile i czy odprowadził stosowany podatek do urzędu skarbowego. Jak to jest, że pan Kijowski, bezrobotny jak sam oświadczył, nie je, nie pije a chodzi i żyje – jak to się kiedyś mawiało. Kto go utrzymuje i w imię czego. Bo w jednym z wywiadów wyznał, że obrona demokracji pochlania mu teraz tyle czasu, że musiał zrezygnować z pracy. Czy obrona demokracji może dawać utrzymanie? Bo w tym wypadku tak to właśnie wygląda. Podobno na warszawską demonstrację sporo ludzi przyjechało spoza stolicy. Kto płacił za ich przejazdy? Kto płacił za stroje, wynajęcie ludzi i organizację ochrony – tzw. milicję. Bo jak na wolontariuszy byli zbyt fachowi. Chyba, że postesbeckie spółki ochroniarskie samorzutnie włączyły się w obronę demokracji. Jest jeszcze tych pytań sporo, ale byłoby z mojej strony nietaktem, gdybym przyjemności ich zadawania, chociaż w części, nie pozostawił szanownym dyskutantom. Pozdrawiam.

  • Użytkownik niezalogowany
    2015-12-24   02:41:33
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z niego) Piotruś Pan "p i ź d z i" (j. w.) i wyklucza! Udaje jakiegoś Becketta, ale jest tylko działaczem: nie obok "Cześka", ale z Ryśkiem, Rychem i Baśką. "Sowa" czeka i jak to było w tej ferajnie: "luj, dupa i kamieni kupa..." Upadła post-peerelówka. Ach, jak im żal... A poza tym, w Ameryce Murzynów biją!

  • Użytkownik niezalogowany '
    ' 2015-12-24   01:33:00
    Cytuj

    piotruś pan piździ pięknie panie jacku jest dowcipny a pan tylko agresywny co pan zrobi jak pis pana wybrzuszy z kim pan i gdzie pójdzie z kukizem? kto sie przezywa tak samo się nazywa pan jesteś działacz, pan!

  • Użytkownik niezalogowany
    2015-12-24   01:13:28
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z niego) Piotruś Pan "p i ź d z i" (j. w.) i wyklucza! Udaje jakiegoś Becketta, ale jest tylko działaczem: nie obok "Cześka", ale z Ryśkiem, Rychem i Baśką. "Sowa" czeka i jak to było w tej ferajnie: "luj, dupa i kamieni kupa..." Upadła post-peerelówka. Ach, jak im żal...

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   23:03:20
    Cytuj

    nie mam pomyslu na kolejny wpis wiec po prostu zaśpiewam Kolende-Zaleską Przybiezali do Betlejem pasterze pasterze

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   18:00:55
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z niego) Piotruś Pan "p i ź d z i" (j. w.) i wyklucza! Udaje jakiegoś Becketta, ale jest tylko działaczem: nie obok "Cześka", ale z Ryśkiem, Rychem i Baśką. "Sowa" czeka i jak to było w tej ferajnie: "luj, dupa i kamieni kupa..." Upadła post-peerelówka. Ach, jak im żal...

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:59:38
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z mego dzieła) Jacek kończy maturę. Zdaje do szkoły ponadnaturalnej (kto geniuszowi zabroni?!). Siedzi w ławce z Ryśkiem, Rychem, Baśką, Krysią, Zosią. Czytają Samuela, Williama, Antona i Antoniego, Kleopatrzę i Antonisza, Romea czytają, ale Julii już nie. „Luj-lulaj” – śpiewają kolędy na jasełkach wyreżyserowanych szkolnymi siłami. Upadła sztuka przed śmiganiem, choć prawie nówka, neonówka kabaret śmieszny nie śmieszny nie wiem, nie rozpoznaję. Gdzie są klucze od mojego mieszkania? Połknąłeś, jak połykałeś wieloryba, który połknął Dawida czy jak mu tam było, temu co go ryba połknęła i nie ryba Gobi. Nie rozumiecie? UCZYĆ SIĘ, UCZYĆ!!!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:41:29
    Cytuj

    A znacie jakiś cytat z mojego dzieła? No poza „WYNOCHA, WYNOCHA, WYNOCHA”? Nie znacie? Trzeba się było uczyć, śmierdzące lenie, skorumpowane pajace! Beztalencia bez przyzwoitości!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:40:22
    Cytuj

    NIE!!! „niejaki to cytat z mego dzieła”. A właściwie z recenzji mego dzieła. Kiedyś zrobiłem spektakl (no dobra, nie do końca, ale prawie) i dostałem recenzję. Niejaką! Że niby moje dziło było niejakie. Ale ono było nijakie, a recenzja była bez sensu!!!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:38:57
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z mego dzieła) Jacek kończy maturę. Zdaje do szkoły ponadnaturalnej (kto geniuszowi zabroni?!). Siedzi w ławce z Ryśkiem, Rychem, Baśką, Krysią, Zosią. Czytają Samuela, Williama, Antona i Antoniego, Kleopatrzę i Antonisza, Romea czytają, ale Julii już nie. „Luj-lulaj” – śpiewają kolędy na jasełkach wyreżyserowanych szkolnymi siłami. Upadła sztuka przed śmiganiem, choć prawie nówka, neonówka kabaret śmieszny nie śmieszny nie wiem, nie rozpoznaję. Gdzie są klucze od mojego mieszkania? Połknąłeś, jak połykałeś wieloryba, który połknął Dawida czy jak mu tam było, temu co go ryba połknęła i nie ryba Gobi. Nie rozumiecie? UCZYĆ SIĘ, UCZYĆ!!!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:35:44
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z niego) Piotruś Pan "p i ź d z i" (j. w.) i wyklucza! Udaje jakiegoś Becketta, ale jest tylko działaczem: nie obok "Cześka", ale z Ryśkiem, Rychem i Baśką. "Sowa" czeka i jak to było w tej ferajnie: "luj, dupa i kamieni kupa..." Upadła post-peerelówka. Ach, jak im żal...

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:34:41
    Cytuj

    MUZA Pieśń moja wybieży przede mną na wasze spotkanie. O Pieśni, czyli ty nie będziesz daremną? O Pieśni, co się z tobą stanie? Będzieszli ulgą siostrze, bratu? REŻYSER Widocznie brak ci tematu.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:33:33
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z niego) Piotruś Pan "p i ź d z i" (j. w.) i wyklucza! Udaje jakiegoś Becketta, ale jest tylko działaczem: nie obok "Cześka", ale z Ryśkiem, Rychem i Baśką. "Sowa" czeka i jak to było w tej ferajnie: "luj, dupa i kamieni kupa..." Upadła post-peerelówka. Ach, jak im żal...

  • Użytkownik niezalogowany jkz (sprostowanie)
    jkz (sprostowanie) 2015-12-23   17:29:43
    Cytuj

    Nic takiego na mojej stronie nie podaję, że nie ukończyłem prawie 8 spektakli. To jest fejkowa strona. Ktoś się pode mnie (przepraszam) podszywa!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:28:37
    Cytuj

    Skąd kodowcy wracali? Z dziennej wracali wycieczki. / Kogo na drodze spotkali? Twórców świątecznej piosneczki. Stille Nacht! Heilige Nacht! Alles schläft; einsam wacht! Kochani czytelnicy teatralnego.pl: Dobrych Świąt Wam życzę! Bez nienawiści, bez zazdrości, bez jadu, bez spiskowania. Stille Nacht! Heilige Nacht! Alles schläft; einsam wacht!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:23:15
    Cytuj

    a wiecie że zembrzuski podaje na swojej stronie że od 1996 nie ukończył prawie 8 spektakli czyli wtedy zaczął się spisek i wykluczanie a potem narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał narastał cbdo

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:20:13
    Cytuj

    Lepiej rymować/niż głowę popsować co sie zrymuje/to sie nie zespusje hej! Swięta idą - kocham was moje trolle cudne bez matury chowane tylko się tak z wami droczę walcie we mnie prosze bo bez tej lektury wieczór zmarnowany Piotrek jest super! Całuski świąteczne!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:07:14
    Cytuj

    A na wigilię zjem razem z kotem / karpia. I pośpię potem

  • Użytkownik niezalogowany jkz (ten, co się podszywa)
    jkz (ten, co się podszywa) 2015-12-23   17:05:27
    Cytuj

    W mej głowie dziś rymów chmara. Idę po karpia. Nara!

  • Użytkownik niezalogowany jkz (ten prawdziwy)
    jkz (ten prawdziwy) 2015-12-23   17:04:43
    Cytuj

    „niejaki (to cytat z niego) nie wiedział o co tu biego. W tych rymów świątecznej zadymce, prezentów podpełnej choince” (ok, bez sensu, ale się starałem)

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:01:43
    Cytuj

    Śpiewam, piszę, we mnie święta, święta radość niepojęta, nie spamięta kto pamięta, jaka radość ze mnie święta.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:01:13
    Cytuj

    Piotrze, drogi, Piotrze miły, kocham ciebie z całej siły, bo choć złości wokół sporo, ja uwielbiam cię z pokorą.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   17:00:48
    Cytuj

    Piszę czasem wręcz bez sensu, lecz z miłości, nie z nonsensu, bo w mej głowie może chemii burza: jak pokocham, to się wkurzam.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-12-23   13:32:39
    Cytuj

    "niejaki" (to cytat z niego) Piotruś Pan "p i ź d z i" (j. w.) i wyklucza! Udaje jakiegoś Becketta, ale jest tylko działaczem: nie obok "Cześka", ale z Ryśkiem, Rychem i Baśką. "Sowa" czeka i jak to było w tej ferajnie: "luj, dupa i kamieni kupa..." Upadła post-peerelówka. Ach, jak im żal...