AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Piekło. Piękne chwile

I była miłość w getcie, reż. Tomasz Cyz, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie
fot. Jacek Poremba  

„Nie wiem, o czym sztuka, ale będę płakać” – rzuca roześmiana kobieta do nowopoznanego mężczyzny. Złapał, rozmawiają. Staram się nie podsłuchiwać. Stoimy stłoczeni we foyer, w ciasnym przedsionku. Czekamy na wejście do wąskiej, przypominającej korytarz sali przy ulicy Senatorskiej. Zazwyczaj prowadzi w zaświaty – dziś też. Usadzono nas wzdłuż ścian, scena przebiega środkiem. Jasny pas wykładziny przedstawiającej upstrzone obłokami niebo. Kicz to nie grzech. No dobrze, może i grzech, ale warto odpuścić (to od razu załatwmy zdjęcia – wyświetlane od czasu do czasu na białej ścianie).

„O, jak tu czyściutko. Moja mama zawsze, gdy coś sprzątała, to wydłubywała palcem, tak jak ten aktor” – mówi do swojego partnera starsza pani. „Ślady człowieka zaciera” – komentuje dalsze poczynania Jerzego Walczaka, czyli Marka Edelmana, który co prawda ślady ludzi ocalał, ale coś jest na rzeczy, bo w rozpoczynającym sztukę monologu mówi: „za mną jest nicość”. Edelman w spektaklu Tomasza Cyza zaczyna od tych samych słów, co Edelman w napisanej wspólnie z Paulą Sawicką książce, którą reżyser w Teatrze Żydowskim zaadaptował. Ten krótki rozdział-wstęp, a właściwie zapis przemowy z 2005 roku, nosi tytuł Zło może urosnąć. Urosło. I dokazuje.

I była miłość w getcie – obracam w głowie te pięć słów. Trochę pod wpływem Jacka Bocheńskiego i przedmowy, którą do książki Edelmana i Sawickiej napisał. Trochę ze względu na codzienne wiadomości z walczącej Ukrainy. Nowa wojna jest wyraźnie obecna w spektaklu, choć twórcy nie robią niczego, co miałoby warszawskie wspomnienia z lat czterdziestych uczynić bardziej kijowskimi bądź mariupolskimi. Nie muszą. Jest oczywiste, że to, o czym nam Edelman opowiada, dzieje się cały czas – teraz w Ukrainie. Włos się jeży, oczy szklą. Jak u kobiety w czarnych okularach, siedzącej naprzeciwko. A zdanie-tytuł brzmi różnie, jakby nie mogło się zdecydować – czy jest pocieszeniem, czy rozdzierająco smutnym wspomnieniem. A może wyrazem podziwu.

„Nie rezygnować z miłości tu, teraz” – przykazanie swoje dają nam te duchy, abyśmy się wzajemnie podtrzymywali w tym dziwnym biegu do piekielnych kryjówek. Miłość sprawiła, że stłoczeni w nich ludzie „znów nie czuli strachu”. Przez noc, przez tydzień, przez trzy miesiące – to niedużo, ale to wszystko. Więcej czasu może nie być. Jak do oczu łzy, tak na klawiaturę cisną się coelhizmy w rodzaju: „żyj i kochaj dziś, jutro możesz nie mieć okazji”. Myślowskazy na każdą okazję. Warszawskiego wieczoru zimną wiosną, kiedy to opatuleni w koc zamykacie okno i nastawiacie wodę na herbatę. Charkowskiego słonecznego poranka, którego nie widzicie, bo w piwnicy nie ma okien, a wyjście na zewnątrz nie jest dobrym pomysłem. Orkowie cały czas strzelają.

Jak nazwać ludzi, którzy postępują nieludzko? Czytam Ukraińców, którzy mówią dziś o Rosjanach: „to nie ludzie!”. Pamiętam z biblioteki stare czasopisma, w których Polacy pisali „niemcy”. Od małej litery do orków jest kawałek drogi. Pytanie, czy we właściwym idziemy kierunku. Bocheński we wspomnianej przedmowie też ma z ludźmi kłopot, pisze: „bestie gwałcące”. Mądry Edelman kłopotu nie ma i mówi: „Niemcy”. Bez złowrogiej wiwisekcji natury narodu znanej choćby z Kinderszenen Rymkiewicza. Po prostu: Niemcy, Polacy, Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi – ludzie. To chyba dobra rada i odpowiedź na pilące pytanie. Nie zakładajmy bliźnim fantastycznych masek, przyglądajmy się twarzom.
Spektakl ma formułę rozmowy. Edelman mówi także do nas, ale przede wszystkim do Sawickiej (Alina Świdowska), która siedzi na krześle w końcu sceny. W spektaklu bohaterka dopytuje, przyjmuje emocje rozmówcy, również te trudne. Bliżej jej do Jolanty Dylewskiej, która przepytywała bohatera w fabularyzowanym dokumencie Marek Edelman… i była miłość w getcie. Na papierze obecność Sawickiej jest widmowa, domyślamy się jej z konstrukcji zdań Edelmana. Zdań – co warto nadmienić – pięknych, bo użytecznych. Całą grozę i całe piękno opowiadanych historii zamknął (lub zamknęła redagująca je rozmówczyni) w skondensowanych, ale ciągle naturalnych i żywych językowych pigułkach. Teatr z jednej strony świetność tekstu eksponuje, a z drugiej ujawnia swoją wobec niego bezradność. Bo co z tym wszystkim można zrobić? Czy to w ogóle da się zagrać? Kochanie i umieranie splecione w uścisku; trzymające się za ręce na spacerze po wojennym mieście, w agonii szpitala, w tłumie idącym na Umschlagplatz, przed murem getta, na australijskiej plaży po wojnie?

U Edelmana i Sawickiej często jeden akapit dostarcza materiału na całe przedstawienie. Cyz, co zrozumiałe, większość książki pomija i koncentruje się na temacie z tytułu, ale fragmenty i tak oszałamiają. Twórcy zaś jeszcze je intensyfikują. Tekst wędruje między bohaterami, pojawia się w różnych miejscach sceny: zapętlany, śpiewany, deklamowany. Raz wypowiedziany wraca, niby odbity od ścian, od czaszek ludzi wyciągniętych z jakiegoś nieba. Tak, myślę, że z nieba. Po pierwsze – gdzie indziej mogli trafić, skoro żyli w piekle. Po drugie – stopy mają niebieskie. To o nich opowiada Edelman: pani Tenenbaumowa, jej córka Deda, Estusia i inni często bez imion i nazwisk: lekarka, stary Żyd z długą brodą... Grają ich wszystkich: Marcin Błaszak – z pewną powściągliwością, Piotr Chomik – z amanckim rozmachem i Małgorzata Majewska – magnetycznie. Trochę szkoda, że teatr nie eksploruje tych dziwnych niejasności wyzierających z porównania książki i filmu. Nie zagląda w szczeliny, w których przestaje być jasne, czy Edelman opowiada o jakimś „chłopcu”, czy o sobie.

Jest taki piękny mazurek: „Byłem ja, byłem ja po kolana w niebie / ale się wróciłem, dziewczyno, do ciebie”. W opowieściach Edelmana do nieba można tylko razem. To zresztą niedaleko – gdzieś na strychu kamienicy w getcie albo po aryjskiej stronie – w wynajmowanym z kochankiem mieszkaniu. Niebo się w tych miejscach otwiera i zamyka. Nie samo z siebie oczywiście, ktoś pomaga, na przykład właściciel-donosiciel. „Serce, moje serce, na dwoje się dzieli / Jedna strona płacze, druga się weseli” – to też z tego mazurka i też na temat, choć nikt tych słów w spektaklu nie śpiewa. Piosenki dobrano inne – popularne, estradowe (podobnie jak we wspomnianym filmie). A to ferajna z Gnojnej, a to Rebeka, co w zamyśleniu czeka. Niespecjalnie mnie to śpiewanie przekonuje. Wydaje się elementem obcym i niepotrzebnie odwracającym uwagę. Aczkolwiek rozumiem, że miało pozwolić na wytchnienie i dodać ciepłych, codziennych kolorów do czarno-białych zdjęć i filmów, które przypominamy sobie na hasło „getto warszawskie”.  

„Ale przecież warto było przetrwać getto i powstanie warszawskie” – powtarza Sawicka jak zaklęcie, domagając się potwierdzenia. Trzeba zaklinać, bo jakkolwiek nie byłyby piękne i wzruszające opowieści Edelmana i jakkolwiek nie koncentrowaliby się na ich ocalającym wymiarze inscenizatorzy, to nie wymażą lęku przed tą grozą, o której nie można już nawet powiedzieć, że jest historyczna. Tyle że to nie jest sprawa strachu albo odwagi. Edelman mówi, że miłość jest zadaniem. Trudnym, owszem, dużo trudniejszym niż nienawiść, ale przykłady, które nam podaje, powinny nas przekonać, że potrafimy mu sprostać. I będzie miłość wokół i w nas, skoro była i w getcie.

27-05-2022

Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie
Marek Edelman, Paula Sawicka
I była miłość w getcie
reżyseria i adaptacja: Tomasz Cyz
scenografia i kostiumy: Anna Maria Karczmarska
muzyka: Aleksander Dębicz
choreografia: Weronika Bartold
reżyseria światła: Ewa Garniec
fotografie: Jacek Poremba
obsada: Marcin Błaszak, Piotr Chomik, Małgorzata Majewska, Alina Świdowska, Jerzy Walczak
premiera: 19.04.2022

galeria zdjęć I była miłość w getcie, reż. Tomasz Cyz, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie I była miłość w getcie, reż. Tomasz Cyz, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie I była miłość w getcie, reż. Tomasz Cyz, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie I była miłość w getcie, reż. Tomasz Cyz, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: