AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ryszard łapie się na wędkę

27. Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski w Gdańsku
Art & Action Photography Dawid Linkowski  

Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski od kilku lat mierzy się z sytuacją słabnącego zainteresowania teatralnych twórców dziełami mistrza ze Stratford. Jak? Mnożąc wędki. Kto złapał się na nie w tym roku?

Do Złotego Yoricka, przyznawanego w Gdańsku od 1994 roku, i SzekspirOFF za najlepsze przedstawienie realizowane niezależnie, poza instytucjami, od kilku lat odbywającego się w nowym trybie produkcji ze wsparciem festiwalu, dołączył w tym roku Nowy Yorick. Konkurs ma pobudzić zainteresowanie teatrów instytucjonalnych adaptacjami dzieł Szekspira. Startują w nim młodzi reżyserzy, którzy mają na koncie nie więcej niż trzy profesjonalne realizacje, a o wyborze finałowej trójki decydują dyrektorzy trzech zaproszonych do współpracy teatrów (w tym roku były to poznański Polski, warszawski Powszechny i legnicka Modrzejewska). Inscenizacja ma mieć charakter work in progress i podlega licznym ograniczeniom: obowiązują limity prób (nie więcej niż dwadzieścia), aktorów biorących udział w spektaklu (nie więcej niż sześcioro) i czasu jego trwania (między 45 a 90 minut). Na realizację festiwal przyznaje teatrom po 25 tysięcy złotych, z czego 7 tysięcy brutto dostaje reżyser. Teatr, w którym powstaje inscenizacja, może (ale nie musi) kontynuować projekt, doprowadzając do pełnoprawnej premiery.

Od takich ograniczeń jest wolny SzekspirOFF – tu festiwal wspiera produkcje kwotą 20 tysięcy złotych (plus 10 tysięcy zwrotu kosztów związanych z prezentacją na festiwalu), nie wprowadzając limitów „Szekspira w Szekspirze”, liczby osób na scenie czy długości przedstawienia, które ma być „oparte na twórczości Williama Szekspira lub nią inspirowane” i „powinno odnosić się twórczo do myśli przewodniej festiwalu”.

Jeśli mierzyć skuteczność obu konkursów w liczbach, to wydaje się imponująca – do SzekspirOFF wpłynęło w tym roku 46 zgłoszeń, do Nowego Yoricka 26. W pierwszej kategorii wybrano do realizacji pięć projektów, w drugim, jak już wspomniałam, trzy. W obu wypadkach zwycięskie produkcje są obarczone tym samym ryzykiem krótkiego scenicznego życia. Jeśli chodzi o off, jest ono wpisane w jego naturę – kolektywy pozbawione instytucjonalnego wsparcia od zawsze mają kłopot z eksploatacją przedstawień. W drugim wynika ono z regulaminu, który nie zobowiązuje współpracujących z festiwalem teatrów do umożliwienia zwycięskim twórcom kontynuacji pracy.

Zacznijmy zatem od tego, co najświeższe, czyli od Nowego Yoricka. W konkursie startowały trzy prace: Zimowa opowieść w reżyserii Pameli Leończyk zrealizowana w Teatrze Powszechnym, Ryszard III Jana Marka Kamińskiego – w Legnicy, i Lover’s Complaint Miry Mańki – w Poznaniu. Zwyciężyła pierwsza z nich, co nie było zaskoczeniem – Leończyk wraz z dramaturżką Darią Sobik przygotowały dla swojej opowieści najczytelniejszą interpretacyjną ramę, w którą udało się w przejrzysty sposób wpisać dramat małżeński Hermiony (Karolina Adamczyk) i Leontesa (Grzegorz Artman), którym na scenie towarzyszą Aleksandra Bożek w roli terapeutki i Mikołaj Śliwa – w rolach wielu. A choć w tym pomyśle przeniesienia Szekspirowskiego dramatu na psychoterapeutyczną kozetkę, zamienioną w inscenizacji Powszechnego na dwa fotele, podkreślające dystans między bohaterami, nie wszystko jeszcze zgadza się i dopina, to klucz został wybrany, a kierunek wyznaczony. Leończyk i Sobik odchodzą tu od zerojedynkowych rozstrzygnięć, przedmiotem ich zainteresowania nie jest wynik śledztwa w sprawie rzekomej lub prawdziwej zdrady Hermiony, ale odpowiedź na pytanie, czy niezależnie od rozstrzygnięcia Leontes ma prawo do dyktowanej zazdrością przemocy wobec małżonki. Twórczynie robią wszystko, żeby sensownie wykorzystać margines na ingerencję w tekst Szekspira i oddają go niemal w całości Hermionie, która w przeciwieństwie do oryginału ma tu przestrzeń na własny monolog.

Tej czytelnej interpretacyjnej ramy zabrakło w Ryszardzie III, który w interpretacji Kamińskiego jest kalejdoskopem niekiedy bardzo świeżych pomysłów, które jednak nie łączą się w spójną całość. Widowiskowa scenografia Eweliny Węgiel z rozpadającym się sklepieniem gnijącej katedry, pomysł rozpisania postaci drugoplanowych bohaterów na trzy postaci ukryte pod zwierzęcymi maskami, bieżnia, która przenosi Ryszarda na jałowy bieg, w którym podąża za swoją marchewką – maską króla, pożądaniem władzy przeplecionym z pożądaniem kobiet, które wydają się równie niedosiężne – ta wyliczanka atrakcji pruje się w szwach. Maski zwierząt nie budują silnego komunikatu i nie różnicują postaci, na Annę Anny Sienickiej po jej mocnym wejściu zabrakło pomysłu, który pozwoliłby jej dotrwać na scenie do finału, a Dominik Rubaj w roli Ryszarda nie jest w stanie nas przybliżyć do pomysłu na postać zakompleksionego tyrana. Jednocześnie, wbrew reżyserskiemu zaproszeniu na „szkic spektaklu”, w prezentowanej formie łatwiej znaleźć ambicje gotowego, skończonego przedstawienia niż charakter brudnopisu. W rezultacie trudno chwalić Kamińskiego, bo jak docenić brawurę skoku na główkę do basenu, który nie zdążył wypełnić się wodą?

Brak przejrzystości formy jest z kolei wadą Lover’s Complaint Miry Mańki. Reżyserkę, która tworzy na scenie mieszany zespół z aktorów Głuchych i słyszących, i przekłada tekst Skargi ukochanej na różne języki, także (a może przede wszystkim) te pozawerbalne, wykorzystujące alternatywne formy ekspresji, warto docenić za bardzo trafny wybór tekstu. Bo w tej rzeczy o miłosnym zawodzie i miłosnym oszustwie zarazem wszystko rozgrywa się poza słowami – kłamliwe są nie padające wprost deklaracje, ale rumieniec czy łza w oku niewiernego kochanka. No ale zaraz potem zaczynają się schody. Może gdybym wiedziała, że tekst Szekspira będzie powracał tu jak refren, odkleiłabym się od ekranu, na którym był wyświetlany, zwłaszcza na początku spektaklu, kiedy zdecydowanie więcej uwagi wymagał jego przekład na Polski Język Migowy. Może wystarczyło wręczyć widzom przed spektaklem tekst Skargi i pozwolić im skupić się na tym, co dzieje się na scenie, żeby projekt mógł stać się rodzajem testu dla różnych obecnych w spektaklu języków, ale też scenicznego „sprawdzam”, na ile faktycznie ciałem można oszukać, omamić drugie ciało. Tymczasem nie wiedząc, na co patrzeć – czy starać się nadążyć za wyświetlanym na ekranie tekstem, czy obserwować aktorów na scenie, czy może skupić się na mężczyźnie, który przysiada na podłodze, między rzędami widowni, widz tej bez wątpienia intrygującej pracy czuje się przez większość czasu pogubiony.

W SzekspirOFF, podobnie jak w Nowym Yoricku, łatwo było wskazać konkursowego faworyta – jakkolwiek liczba mnoga i rodzaj żeński mają tu większy sens. Co nie znaczy, że VERY FUNNY przygotowane przez duet Gruba i Głupia, czyli Patrycję Kowańską i Dominikę Knapik nie miał tu godnej konkurencji. Warte zauważenia był chociażby spektakl Chcę przespać ten jałowy czas, kiedy nie ma jej przy mnie Klaudii Hartung-Wójciak i kolektywu Nostalgic Boys – całkowicie analogowa i mocno campowa opowieść, mająca swój początek w figurze szekspirowskiej powiernicy, znakomicie poprowadzona przez reżyserkę, która usypiając czujność widzów, prowadzi od klasycznej opery po horror zombie. W tej nieco szalonej wizji rozgrywającej się w rytmie nowohoryzontowej produkcji (no dobrze, na odrobinę podkręconych obrotach) klasyka spotyka się z popem, Małgorzata Biela śpiewa arie, scenografka Hanka Podraza debiutuje na scenie w duecie z gigantyczną różą, Michał Surówka walczy z kornetem, a opowieści o zawiedzionej miłości zderzają się z refleksją o wampirycznej naturze zwierzeń. Nieoczywista, podszyta absurdalnym humorem, niedomknięta opowieść jest jak narkotyczny sen, na który – jak na każdy tego typu trip – załapuje się tylko część publiczności.

Inaczej jest z Imperium zespołu Strefa WolnoSłowa – tu dostajemy instalację mocno osadzoną w relacjach z polsko-białoruskiej granicy, która łączy ich dokumentalną siłę z echami Szekspirowskich tekstów: Makbeta, ale też Burzy. „Jak to jest: spać w lesie podczas burzy” – pytają twórcy, w rzędach drzew będących kryjówką dla migrantów widzą las Birnamski, a w gestach współczesnych polityków odzwierciedlenie okrutnego władcy owładniętego wyrzutami sumienia. Kłopot w tym, że te trzy plany – rzeczywisty, dokumentalny i meta, w którym odzywa się Szekspir – nie do końca się kleją, teatralny spektakl nie jest w stanie poruszyć nami bardziej niż news wyłowiony z serwisu, a włożenie w to wszystko opowieści o koszmarach nękających Makbeta projektuje na polityków dość naiwną, życzeniową wizję. Niektóre gesty budzą wątpliwości – kiedy aktorzy zostawiają widzów samych z dzwoniącymi na scenie telefonami, na których wyświetlają się SMS-y z wezwaniami na granicę. Ktoś je musi odebrać, a odmowa wejścia na scenę i odczytania wiadomości do mikrofonu ma symbolizować obojętność, z jaką większość Polaków przygląda się uchodźczemu dramatowi. Tyle że to niebezpieczne uproszczenie – naiwnością byłoby sądzić, że niechęć do interakcji z pozycji widza przekłada się na brak rzeczywistego zaangażowania.

O VERY FUNNY można z kolei powiedzieć, że nie stosuje półśrodków i nie bierze jeńców. To propozycja, w której można albo się zakochać (to mój przypadek), albo ją znienawidzić (to przypadek kilku panów, którym nie spodobało się, że Knapik i Kowańska zajmują się w tym projekcie sobą, jakby był to wyłącznie męski przywilej). Nagrodzona w konkursie i doceniona przez jury dziennikarzy, łączy kilka, a kto wie – trudno zliczyć w tym tempie – może i kilkanaście poetyk i tematów. Czego tu nie ma: stand-up, żywe obrazy, kabaret, minifestiwal piosenki i tańca, a nawet balet komputerowych ekranów. Jest tu wizja totalnego chaosu, z którego rodzi się twórczy świat, jest twórcze przepracowanie figury Falstaffa, jest autotematyczna opowieść o marnym losie artystek, które uparły się, żeby na teatralnej autostradzie wykonać zakazany manewr – ostry zakręt z zawracaniem – i wybrać dla siebie nowe role. No i historia siostrzanej przyjaźni, takiej, która oprócz spijania sobie z dzióbków i poklepywania po plecach, daje prawo do walenia prawdy między oczy, jakkolwiek niewygodna by była.

A Złoty Yorick? Narzekania na kolejny słaby szekspirowski sezon powtarzały się w kuluarach jak refren. Także po ogłoszeniu werdyktu, którego komentować nie mogę – przyjechałam na festiwal już po pokazie Romea i Julii Dominiki Feiglewicz i Zdenki Pszczołowskiej. Ponieważ nie mam wyjścia i muszę wziąć ten spektakl w nawias, w moim odbiorze najmocniejszym i właściwie jedynym kandydatem do głównej nagrody wydawał się Sen nocy letniej wyreżyserowany w Szczecinie przez Justynę Sobczyk i Jakuba Skrzywanka – jakkolwiek wątek szekspirowski nie w każdym punkcie sklejał się ze współczesną historią, to na korzyść spektaklu działały i temat (prawo osób niepełnosprawnych intelektualnie do życia seksualnego), i znakomite wykonanie przez połączone siły etatowych aktorów Współczesnego i zaproszonych do współpracy artystów z niepełnosprawnościami, i piętrowa scenograficzna konstrukcja Agaty Skwarczyńskiej, w której „grzeszne” pragnienia zostaną ukryte głęboko pod korzeniami drzew rosnących w lesie Ateńskim. Sobczyk i Skrzywanek w debacie o seksualności osób niepełnosprawnych idą o kilka kroków dalej niż Dorota Bielska w Podchodzisz moją samotność Teatru Razem, który wydaje się zbyt gładką i uproszczoną wypowiedzią na ten sam temat. Niezależnie od ocen, wartym zauważenia wątkiem w konkursie głównym (ale nie tylko, biorąc pod uwagę Lover’s Complaint Mańki) jest przepuszczenie Szekspira przez rejestry językowe i teatralne formy zakładające udział osób, do których słowo dociera na inne od tradycyjnej wypowiedzi scenicznej sposoby (współpraca Głuchych ze słyszącymi u Feiglewicz i Pszczołowskiej) czy wykorzystanie klasycznych opowieści (Romeo i Julia, Sen nocy letniej) jako rodzaju wehikułu pozwalającego opowiedzieć w głównym teatralnym nurcie o społecznie wypartych potrzebach osób niepełnosprawnych.

Jak będzie wyglądał przyszłoroczny konkurs? Już ogłoszone przez część teatrów zapowiedzi repertuarowe pokazują, że szykuje się mocny zestaw nazwisk – i to niezależnie od festiwalowych wędek. Przed nami wrześniowa premiera Snu nocy letniej w reżyserii Jana Klaty w poznańskim Nowym, Narodowy na 2024 planuje Króla Leara w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, w Lublinie jeden z Szekspirowskich dramatów zaadaptuje Anna Augustynowicz. A to dopiero początek. Wygląda na to, że po kilku sezonach nastąpi koniec szekspirowskiej posuchy. Czas pokaże, czy będzie to chwilowy, czy też trwały powrót. Ale już pokazuje, że konkursy nie mają na te trendy wpływu – twórcy wracają do Szekspira nie pod wpływem open callów (wyżej wymienieni na Nowego Yoricka mają zdecydowanie za duży dorobek), ale ponieważ czują taką potrzebę.

Czy to znaczy, że Nowy Yorick jest w festiwalowym programie zbędnym dodatkiem? Nie, bo daje szansę na pracę nad klasycznym tekstem młodym twórcom, którzy w innych warunkach nie mogliby liczyć na takie wyzwanie. Dobrze by było, żeby towarzyszyła mu w większym stopniu kuratorska opieka dyrektorów teatrów. Nie twierdzę, że jej nie było, ale takie uważniejsze spojrzenie z zewnątrz pozwoliłoby powściągnąć rozpędzone ambicje, które siłą rzeczy ciążą w kierunku przygotowania na festiwal gotowego, skończonego spektaklu – właściwie wszystkie trzy przygotowane w ramach Nowego Yoricka produkcje są świadectwem takiego myślenia. Tymczasem na przykład w przypadku Ryszarda III wolałabym zobaczyć kilka solidnie przygotowanych scen, w których można by było znaleźć odzwierciedlenie wizji i interpretacji reżysera, o których tak przekonująco mówił na spotkaniu z publicznością. Podobnie było ze spektaklem Miry Mańki, który ma w sobie potencjał interesującej pracy, cóż jednak z tego, skoro część zastosowanych na scenie rozwiązań była z perspektywy widza nieczytelna. Publiczność zresztą musiała mocno wczytać się w program, żeby znaleźć informację, że to, z czym się mierzy na pokazach nowoyorickowych projektów, ma charakter work in progress, tym bardziej że były one biletowane na podobnej zasadzie, co inne prezentacje odbywające się w ramach i poza konkursem.

Trwający 12 dni festiwal wydawał się rekordowo rozciągnięty w czasie. W dodatku w sposób nie do końca usprawiedliwiony, jeśli się weźmie pod uwagę artystyczną jakość wielu propozycji – można było odnieść wrażenie, że organizatorzy zaprosili do Gdańska niemal wszystko, co mieściło się pod szyldem Szekspira i co było w zasięgu ich możliwości. Jako próba ogrania szekspirowskiego „słabego roku” ten zabieg wydawał się przeciwskuteczny – „więcej” rzadko przecież znaczy „lepiej”. Ponieważ jednak Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski to nie tylko rozmnożone konkursy, o pozostałej części programu opowiem w kolejnym odcinku.

16-08-2023

27. Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski w Gdańsku

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (33)