AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gogol albo popraweczki

Rewizor. Komedia w pięciu aktach, reż. Jurij Murawicki, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Krytyk teatralny, dziennikarz. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Autor książek: Teatry Warszawy 1939, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Teatry Warszawy 1944-45. Współpracował z czasopismami „Po prostu” i „Życiem”. Recenzent teatralny „Dziennika” i „Odry”. Współpracuje z Polskim Radiem, prowadząc audycje poświęcone współczesnemu życiu teatralnemu. Artysta fotografik.
A A A
fot. K. Bieliński  

Rewizor na scenie Teatru Dramatycznego wzbudza mieszane uczucia. Skłania do podziwu dla realizatorów, a równocześnie każe myśleć, czy ten sposób potraktowania tekstu nie sprawdziłby się lepiej w innym miejscu.

Jurij Murawicki, reżyser tego przedstawienia nie ukrywa swego powinowactwa duchowego czy może raczej  artystycznego długu wdzięczności w stosunku do Wsiewołoda Meyerholda i jego teatralnych doktryn: widowiska odchodzącego od ściśle pojmowanego psychologicznego realizmu, wzbogaconego o biomechaniczne elementy: akrobatykę, clownadę, rzeczywistego świata zdekonstruowanego i złożonego na nowo według rygorystycznego planu. Rewizor w Teatrze Dramatycznym takim pozarealistycznym przedstawieniem niewątpliwie jest – a w dodatku, gdy rozważy się, czy plan reżysera został zrealizowany – odpowiedź brzmi: tak, to jest przedstawienie „zrobione”, i zrobione niesłychanie konsekwentnie. Ruch sceniczny, gest, sposób dialogowania, kostiumy są ściśle sformalizowane, i w tym aspekcie przedstawienie Murawickiego jest znakomite. Horodniczy Henryka Niebudka z karykaturalnie wymodelowaną sylwetką (ten brzuch wypchany pod mundurem watówką!), sprawiający wrażenie, że przez scenę nie kroczy, ale turla się niczym gigantyczna piłka; świetnie narysowana przez scenografkę postać jego córki, z wydętymi jak balony bufiastymi rękawami z tiulu, w czarnych rękawiczkach skrywających wiecznie rozcapierzone dłonie, przemawiająca drewnianym głosem, ciągle niemal z tą samą intonacją niczym jakaś upiorna lalka; Horodniczyna w fioletowej sukni skrojonej tak, że nosząca ją Małgorzata Rożniatowska przypomina jakiegoś karykaturalnego owada; upiorni mieszkańcy tej mieściny leżącej in the middle of nowhere, ci miejscy urzędnicy, podwładni Horodniczego o zmechanizowanych gestach automatów; zabawni kupcy przychodzący na skargę na włodarza miasta, chłopy o długaśnych brodziskach i w ogromnych futrzanych czapach, podobni do siebie kubek w kubek; a wreszcie Chlestakow nadruchliwy, fircykowaty, raczej mały chłopczyk zrazu zdumiony, a potem zachwycony tym panopticum, traktujący je jak nową i wyjątkowo zajmującą zabawkę – cały świat wymyślony przez Murawickiego i jego scenografkę Galinę Sołodownikową zrobiony jest bezbłędnie. Ma zresztą wyraźny adres kierujący nasze myśli ku niememu ekspresjonistycznemu kinu lat dwudziestych – przed każdym z pięciu aktów Gogolowskiej sztuki na zasłoniętej kurtynie wyświetlana jest ozdobna winieta niczym napis w dawnym filmie informująca nas o tym, co za chwilę zobaczymy (który to pomysł można, swoją drogą, z czystym sumieniem pominąć, bo jest scenicznym bibelotem niewiele wnoszącym w całość przedstawienia). Wyrazy najwyższego uznania należą się i reżyserowi, i jego aktorom za plastyczny pomysł na przedstawienie oraz za jego realizację – cały trud przeprowadzenia przez siebie tego apsychologicznego założenia, poddanie się tak surowemu formalnemu rygorowi. Bo ten przedstawienie Murawickiego ma. I to taki, że mógłby ten Rewizor świecić przykładem polskiemu teatrowi, który od ponad dwóch dekad formę teatralną odrzucił na rzecz tak zwanego aktorstwa osobowościowego, którego istota sprowadza się do znanego powiedzenia: „jakim mnie, Panie Boże, stworzyłeś, takiego mnie masz”.

Jest jednak pewne „ale”. Może nawet dwa. Pierwsze „ale” to pytanie: jakie przesłanie niesie to skrajnie sformalizowane przedstawienie? Bo wycyzelowana forma zdaje się w nim gubić to, co u Gogola w tym tekście najważniejsze: mechanizm zastraszenia, życia w wiecznym lęku odbierającym władzę trzeźwego osądu świata, lęku, który w nic nieznaczącym chłystku i lekkoduchu każe zobaczyć postać niosącą zagrożenie dla tego kawałka świata. Realizm Gogola, nawet jeśli sprowadzony do zjadliwej karykatury, wciąż zdaje się otwierać większe możliwości interpretacji (przytoczone w programie fragmenty recenzji Konstantego Puzyny z legendarnego Rewizora z 1952 roku z Janem Kurnakowiczem jako Horodniczym czy nowatorskie w technice telewizyjnej, a równocześnie tradycyjnie psychologiczne przedstawienie Jerzego Gruzy z 1975 roku pokazują dobitnie, jakie możliwości otwiera przed realizatorami tekst tej komedii, jeśli potraktuje się go realistycznie!). I kiedy patrzy się na te figury stworzone na scenie Teatru Dramatycznego przez Murawickiego i Sołodownikową, to po odrzuceniu rozważań o Meyerholdzie czy meyerholdowszczyźnie tej inscenizacji, całego teoretycznego aparatu teatrologa – większość widzów nie ma go, zresztą to nie ich sprawa – pozostaje zaskakująca refleksja: ten Rewizor to paradoks. Przewaga strony formalnej, sprowadzenie aktorów do roli figur na scenie każe sądzić, że w gruncie rzeczy mamy do czynienia z teatrem lalkowym wykonanym w „żywym planie”. I kto wie, czy przeniesienie takiej inscenizacji na lalkową scenę, nie tchnęłoby w nią życia – lalki w jakiś sposób „dowartościowałyby” ją psychologicznie. Odebranie żywym ludziom większości psychologicznej prawdy zamiana ich w typy, to zaś zabieg w druga stronę. Wyjątkiem jest postać zagrana przez Małgorzatę Rożniatowską – ta karykatura matrony, jakby wyjęta ze słynnego wiersza Boya, mogłaby z powodzeniem funkcjonować pośród postaci narysowanych całkowicie realistycznie.

Są w tym przedstawieniu dwie sceny zrealizowane w dużej części jeśli nie wbrew tekstowi Gogola, to z pewnością cokolwiek na przekór autorowi. Jedna z nich to niespodzianka – zazwyczaj w Rewizorze jak na popisową arię czeka się na słynny monolog okpionego Horodniczego, tę erupcję wściekłości, rozpaczy, skowyt zranionej miłości własnej. Zazwyczaj to jest crescendo, którego kulminacją jest jedno z najsłynniejszych teatralnych zdań, tak słynne, jak „być albo nie być” – a więc to wykrzyczane w widownię pytanie: „Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”. W przedstawieniu na deskach Teatru Dramatycznego Henryk Niebudek prowadzi ten monolog zupełnie inaczej – to nie jest linia wznosząca się, ale wręcz diminuendo, coraz ciszej, coraz intymniej. Miało być inaczej – i jest inaczej. Tyle że przypomina się Agnieszka Osiecka i jej powiedzenie, że „popraweczki” często znaczą „pogorszeczki”. Tak jest i tutaj. Monolog niknie. To pokazuje, że tradycja w teatrze nie oznacza wyłącznie skostnienia – najczęściej stoi za nią praktyka pokoleń artystów, a odejście od niej nader często kończy się „sukcesem inaczej”.

Jest jednak w przedstawieniu Murawickiego scena, która w pewnym sensie kasuje cały zagrany już tekst. Oto w finale, kiedy u Gogola Chlestakowa już nie ma, bo zwiał, wystrychnąwszy na dudka i ośmieszywszy wszystkich miejskich podleców i głupców – tym sposobem Gogol wymierza im przecież karę, na którą zasłużyli całym swoim życiem! – u Murawickiego Chlestakow pojawia się na scenie jeszcze raz, wniesiony za kołnierz przez żandarma w skórzanym płaszczu wyraźnie nawiązującym do ubiorów katów z NKWD. Mieszkańcy rzucają się na nieszczęśnika – i do finalnych oklasków wychodzą z ustami umazanymi czerwoną farbą. Domyślamy się, że właśnie zagryźli Chlestakowa, a więc wymierzyli mu sprawiedliwość. A tego Gogol jako żywo nie napisał. Niemal trzy godziny Rewizora interpretacyjnie na nic – trujący urok tej komedii polega też i na tym, że Chlestakow swoim pojawieniem się w mieście kompromituje jego mieszkańców i tacy właśnie powinni pozostać do samego końca: głupi, bezbronni w swojej śmieszności i drżący na nowo, bo żarty się skończyły – przybył prawdziwy rewizor i dopiero teraz zacznie się ich gehenna. Nie majstrujmy przy arcydziełach – ich twórcy są zazwyczaj mądrzejsi od biorących je na warsztat realizatorów.

Drobna uwaga dla autorki nowego tłumaczenia: oryginału Rewizora „k sożaleniju” nie znam, nie wiem zatem, czy określenie Horodniczego, że „głupi jak dziurawy but” jest bliższe tekstu Gogola. Wiem jedno: w liczącym sobie blisko wiek przekładzie Juliana Tuwima Horodniczy „głupi jak siwy wałach” jest i śmieszniejszy, i bardziej dotkliwy.

12-01-2022

Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Mikołaj Gogol
Rewizor. Komedia w pięciu aktach
reżyseria: Jurij Murawicki
przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
scenografia i kostiumy: Galya Sołodownikowa
muzyka: Luis Lebee
choreografia: Maćko Prusak
światło: Paulina Góral
obsada: Henryk Niebudek, Małgorzata Rożniatowska, Agata Góral, Jakub Szyperski, Waldemar Barwiński, Maciej Wyczański, Tomasz Budyta, Piotr Siwkiewicz, Mariusz Drężek, Kamil Mróz, Kamil Siegmund, Mateusz Weber, Karol Wróblewski, Kamil Szklany, Łukasz Wójcik, Anna Gorajska, Anna Kłos
premiera 10.12.2021

galeria zdjęć Rewizor. Komedia w pięciu aktach, reż. Jurij Murawicki, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy Rewizor. Komedia w pięciu aktach, reż. Jurij Murawicki, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy Rewizor. Komedia w pięciu aktach, reż. Jurij Murawicki, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy Rewizor. Komedia w pięciu aktach, reż. Jurij Murawicki, Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany klacz czystej krwi arabskiej
    klacz czystej krwi arabskiej 2022-01-14   23:00:15
    Cytuj

    Niestety to przedstawienie to kolejna porażka inscenizacyjna Słabegodzianka. Nie wiem po co w takiej lalkowej wersji wystawiać dziś Rewizora? Przerost formy nad treścią. Recenzent zaś, jak to zwykle on, popisuje się co nie miara, mimo że „głupi jak dziurawy but” vel „siwy wałach”.